Urugwaj: Colonia – Montevideo

Kiedy po dwóch godzinach leniwego snucia się promem między szuwarami wreszcie dopływasz na drugą stronę rzeki La Plata, od razu widać, że dotarłeś do światowej stolicy marihuany: miasteczko Carmelo, mimo poniedziałku i rześkiej, jesiennej tempatrury, nie wykazuje absolutnie żadnej aktywności. Samochodów jest mało i jeżdżą powoli, jakby bały się kogoś potrącić (a nie ma przecież kogo), sklepy zamknięte, bary nieczynne, bank otwierają o trzynastej.

stolik   kocur

Chyba na tym właśnie polega urok Urugwaju: nikt nie pamięta, kiedy ostatni raz coś się tutaj wydarzyło, ale również nikomu to nie przeszkadza, a wręcz odnosimy wrażenie, że tak powinno być. Od granicy do granicy tylko trawiaste pagórki, wysmagane wiatrem parterowe miasteczka, konie i krowy. Wszędzie krowy. Mają nad ludźmi przytłaczającą przewagę liczebną: na każdego Urugwajczyka (których jest tylko 3.4 miliona) przypada 3.8 sztuk bydła. No i te zardzewiałe samochody, stare Volksvageny, kamienne domki i uliczki wybrukowane kocimi łbami: wszystko kameralne i pocztówkowe.

ulica1   zalatrnie

Nawet Montevideo jakoś się szczególnie nie wysila, żeby udawać duże miasto z prawdziwego zdarzenia. Niby są tu jakieś okazałe budynki, dziewiętnastowieczne kamienice, gdzieniegdzie wieżowce. Ale nie ma śladu po wielkomiejskim pośpiechu Buenos Aires: mieszkańcy paradują z termosami do mate, a co poniektórzy zupełnie spokojnie popalają na ławkach skręty, w przerwie na kawę. Każdy może mieć tu swoje drzewko i dowolnie z niego korzystać, bo Urugwajczycy, jako społeczeństwo cywilizowane, zauważyli że nikomu to specjalnie nie szkodzi, a o wiele mocniejsze syfy oraz proste trucizny można kupić na całym świecie w aptekach bez recepty, o supermarketach nie wspominając. Po latach brutalnej dyktatury, Urugwaj wykonał nieprawdopodobną wręcz woltę, i stał się „jedyną pełnoprawną demokracją w Ameryce Południowej” (zdaniem the Economist): nie ma istotnych problemów z korupcją, przestępczością, wolnością prasy i zgromadzeń, społeczeństwo jest bogate, laicki i tolerancyjne, legalne są małżeństwa między osobami tej samej płci, oraz kobiety miały tu prawo do rozwodu już w 1913, a do głosowania w wyborach już od 1927, czyli o wiele wcześniej niż w sąsiednich krajach. Symbolem tutejszego stylu życia jest niewątpliwie niezwykle popularny był prezydent, José Mujica, który jako lewicowy rebeliant spędził 13 lat w więzieniu w czasie dyktatury, a jako polityk odmówił przeniesienia się do pałacu (do dziś mieszka na małej farmie na obrzeżach Montevideo), jeździł starym Volkswagenem i nigdy nie nosił garnituru.

samochod    zaglowka

 

Niemniej jednak maj nie jest najlepszym momentem na odwiedzenie Urugwaju, bo popołudniowy wiatr znad pampy urywa głowę. Teoretycznie, zgodnie z tytułem bloga, to już koniec trasy. Ale dzięki uprzejmości linii lotniczych Condor, której ceny na tych trasach są wręcz niepokojąco niskie, w bonusie dostaniecie jeszcze jeden kraj.

scniana

Zaraz będzie Brazylia.

Zdjęcia z Urugwaju tutaj.

 

Argentyna: Buenos Aires

Buenos, istotnie, jest boskie. Po bazarowo-nijakich środkowoamerykańskich stolicach, brudnej Limie, zimnym La Paz i zadymionym Santiago nareszcie mamy miasto, które nadaje się do życia. Gdyby nie to, że praca wzywa, i czas wygenerować trochę PKB w jakiejś stabilnej, wymienialnej walucie (czego nie można powiedzieć o pesos), zupełnie na serio rozpakowałabym tu plecak na stałe. A oto dlaczego:

buenos   gardel

 

  1. Buenos zbudowano z nowojorskim rozmachem, paryską elegancją i madryckim wdziękiem. Jest rzeka, jest metro, jest port, są kina, teatry, galerie, muzea, kluby jazzowe, wiedeńskie kawiarnie i największy meczet w Ameryce Południowej. Oraz 14 milionów ludzi. Zawsze było to miasto totalne, gdzie reszta świata uciekała przed wojnami, biedą, beznadzieją (Polacy, Hiszpanie) albo sprawiedliwością (Naziści), skutkiem czego powstało miasto-mozaika, otwarte, tolerancyjne i bogate, nawet w czasie najmroczniejszej, wojskowej dyktatury (1976-1983) czy peronistycznego szaleństwa. W Nowym Jorku jest zbyt zimno, w Londynie leje, w Berlinie mówią po niemiecku, a w Paryżu mieszkają Francuzi. Zatem zostaje Buenos Aires.
  2. Mieszkam w dzielnicy żydowskiej, gdzie koło mnie w supermarkecie zakupy robią pejsaci panowie w chałatach. Bezdyskusyjnie uwielbiam takie klimaty. Gdyby towarzystwo jeszcze mówiło w jidysz, to chyba bym ich z miejsca wyściskała, ale niestety raczą mówić wyłącznie po hiszpańsku.
  3. Buenos Aires ma najwięcej księgarni na świecie w przeliczeniu na jednego mieszkańca. (I są to księgarnie nie byle jakie. Na przykład: El Ateneo). Poza tym miłośnicy literatury na widok cienistych, zabazgranych uliczek w Palermo, San Telmo albo la Boca cieszą się jak małe zwierzęta, bo są to krajobrazy żywcem wyjęte z opowiadań Borgesa i Cortazara, „Gry w Klasy” (kto nie czytał, niech się wstydzi), o dziennikach Gombrowicza nie wspominając.
  4. Porteños mają zdrowy dystans do wszystkiego poza piłką nożną (tu akurat żartów nie ma), nie wyłączając słynnych Argentyńczyków. Można w miejscowych sklepach z pamiątkami zakupić pluszowego Papieża Franciszka (rodowitego porteño), Che Guevarę w formie wycinanki, albo zrobić sobie zdjęcie z sobowtórem Maradony w El Caminito.
  5. Mieszkają tu bez wątpienia najprzystojniejsi mężczyźni na świecie. Argentyńczycy to w 50% potomkowie imigrantów z Włoch, w 25% z Hiszpanii i 25% z reszty Europy, w tym Żydów z Polski. To się po prostu nie może nie udać.
  6. Buenos to jedna ze światowych stolic tatuażu. Wydziarane są pielęgniarki, kasjerki, kierowcy autobusów, urzędnicy na poczcie i lekarze. Nawet hollywoodzkie gwiazdy przyjeżdżają się tu pokolorować.
  7. Nie ma nic lepszego niż rozmowy z porteños o polityce. Jedni twierdzą, że dwanaście lat rządów Kirchnerów to katastrofa, i cieszą się, że ostatnie wybory wygrała prawica z Mauricio Macrim na czele. Inni, że to koniec, kaplica, tragedia, i wskazują na drastyczne podwyżki cen, rosnącą biedę i strach przed powrotem starej elity z czasów dyktatury. Jedni mówią, że peronizm to najgorsza zaraza, jaka kiedykolwiek spotkała Argentynę, a inni, że przeciwnie, nic lepszego nie wymyślono. Wnioskuję zatem, że jedno i drugie to gruba przesada, a musical Evita to jednak potworna, sentymentalna ściema.
  8. Z Argentyny wraca się o kilka kilo grubszym, i nic tu nie pomoże wegetarianizm. Bezdyskusyjnie najlepsze gelati na świecie są w Scannapieco, Jauja i Cadoré, a pizza w Las Cuartetas przegonila najlepszy włoski pierwowzór. Jak nie wierzycie, to sami sprawdźcie.

recoleta   madero

Zdjęcia tu.

 

Argentyna: Mendoza – Córdoba

Pewnie się domyślacie, że tutaj obecnie panuje listopad.

Poza mżawką, wiatrem i dużą ilością gorącego mate, oznacza to dwie rzeczy:

Pierwsza: wydostanie się z Chile trwa cztery dni. Przejście graniczne Los Liberadores, położone bardzo wysoko w Andach, zostaje sparaliżowane przy pomocy śniegu na 72 godziny. Odgruzowane, szybko zostaje zablokowane po raz kolejny, tym razem przez zastępy Argentyńczyków, którzy jeżdżą do Santiago kupować elektronikę, meble, AGD i co tylko się da, ponieważ w Argentynie produkty luksusowe i z importu są absurdalnie wręcz drogie. Tym sposobem, ponieważ chilijska policja jest wyjątkowo bezlitosna, podróż do Mendozy trwa bite piętnaście godzin.

Druga: w Mendozie właśnie skończyło się winobranie, zatem spędziłam cztery dni na zupełnym gazie.

Argentyna, mimo tego, że kiedyś była jednym z najbogatszych państw świata, teraz ma gospodarkę postawioną na głowie do tego stopnia, że miejscowi są kompletnie wyluzowani na punkcie pieniędzy. Stopa inflacji obecnie wynosi 35% w skali roku, więc jakiekolwiek oszczędzanie jest zupełnie pozbawione sensu. Od czasu katastrofy gospodarczej w 2002 roku żyje się tu w przeświadczeniu, że w każdej chwili można stracić oszczędności, a pieniądze to tylko kupa papieru, którą najbezpieczniej jest trzymać w tapczanie, albo od razu zamienić na chilijską lodówkę lub dwie krowy. Kiedy zatem wreszcie w środku nocy dotarłam do Mendozy, znalezienie bankomatu, który raczyłby udostępnić mi jakąś gotówkę, zajęło mi kolejne dwie godziny, ponieważ wszystkie były kompletnie opróżnione. A kiedy dwa dni później na dworcu w Carlos Paz ktoś zajumał mi portfel, miejscowi wyjaśnili mi z właściwym sobie czarnym humorem, że przecież nic się nie stało, bo lokalna waluta i tak jest kompletnie bezwartościowa, i w razie czego zawsze mamy w domu dwa upasione kundle, z których można zrobić rosół.

Co by się nie działo, Argentyńczycy cieszą się życiem: palą jointy na przystanku autobusowym, piją mate i Fernet z Coca-Colą i objadają się włoskimi ciastkami. Jak dla mnie, to trochę przeginają z wołowiną – ulubionym sposobem spędzania niedzielnego popołudnia jest stanie z piwem w ręku dookoła paleniska z poćwiartowaną martwą krową (tzw. asado). Przeciętny Argentyńczyk rocznie zjada tyle wołowiny, ile sam waży, oraz twierdzi, że jedzenie kiełbasy na śniadanie, steków na obiad i żeberek na kolację nie jest niczym niezwykłym, ani broń Boże niezdrowym. W Mendozie z kolei hitem są wycieczki rowerowe od winnicy do winnicy, które u nas prawdopodobnie natychmiast zostałyby oprotestowane, bo po wizycie w dwóch bodegas nie ma na trasie do miasta ani jednego trzeźwego rowerzysty. Jeśli kiedyś tu zawitacie, polecam winnicę Carmelo Patti – właściciel, stary Sycylijczyk w tureckim sweterku, w pomieszczeniu wyglądającym jak osiedlowy garaż, sprzedaje rewelacyjne, jedenastoletnie Cabernet Sauvignon za 75 zł, oprowadza po piwnicach i twierdzi, że jego wino można pić tylko na siedząco i koniecznie w wolne popołudnie, bo inaczej jest niesmaczne. Dookoła pełno jest wielkich, komercyjnych, eksportowych bodegas, ale i tak wszyscy jeżdżą kupować wino do niego, gdzie nawet nie ma szyldu na drzwiach.

♪ ♫ ♬ Ale teraz – muszę jechać – do Buenos Aires! ♪ ♫ ♬

Zdjęcia tu.

Chorillana

… czyli ulubione danie Chilijczyków w wersji wegetariańskiej. Bierzemy: cebulę pokrojoną w plasterki, 4 obrane ziemniaki, sól, paprykę, pieczarki, żółty ser, awokado. Na patelni podsmażamy cebulę, pokrojone pieczarki i paprykę, dodajemy szczyptę oregano. W międzyczasie kroimy ziemniaki i smażymy w oleju (= frytki). Usmażone kładziemy na talerzu i posypujemy warzywami, serem i świeżym awokado pokrojonym w kostkę. Możemy też dodać jajko sadzone, szczypiorek i kukurydzę.

Chile: Rapa Nui

Jak to jest, mieszkać na środku Pacyfiku? Cztery godziny lotu od najbliższego lądu? Na wyspie wielkości Widzewa, której jedną piątą zajmuje lotnisko, a mieszkańców jest tyle, co w Mikołajkach?

guayaba    krater

Należało to sprawdzić: wsiąść do samolotu w Santiago i po pięciu godzinach nad wielką wodą gonić swój namiot dookoła kempingu (albowiem na Rapa Nui czego jak czego, ale wiatru akurat nie brakuje). Może dlatego nie ma tu drzew? Bo wszystkie wywiało do Nowej Zelandii?

anakena    krajobraz    wysepki

Jest na ten temat sporo różych teorii: co też się takiego wydarzyło na Wyspie Wielkanocnej, że kiedy dopłynęli tam Europejczycy pod koniec XVIII wieku, znaleźli garstkę wychudzonych tubylców na gołej ziemi i setki kamiennych posągów, porozwalanych po górkach i dołkach. Ta, która najbardziej do mnie przemawia mówi mniej więcej tyle: między 800 a 1200 rokiem pierwsi osadnicy przypłynęli tam z zachodniej Polinezji, wioząc ze sobą kury, szczury i nasiona. Znali się na nawigacji i musieli mieć całkiem niezłe łodzie, bo najbliższa wyspa, Pitcairn, jest ponad 2000 km na zachód, a Tahiti aż 4000 km. Mimo, że Rapa Nui jest mikroskopijna, podobno polinezyjscy żeglarze byli ją w stanie łatwo namierzyć z daleka, dzięki wędrownym ptakom i zmieniającym się nad lądem układem chmur. Zasiedlili wyspę, dzieląc ją między klanami na kilkanaście sektorów i stawiając nad brzegiem morza wielkie platformy (ahu), z kilkunastotonowymi figurami (moai), reprezentującymi (podobno) czcigodnych przodków. Nie bardzo wiadomo, jak to zrobili bez odpowiednich narzędzi, kół ani dźwigów, więc Daeniken z właściwym sobie rasizmem jak zwykle kombinuje, że to na pewno kosmici, a Thor Heyerdahl, że Indianie. W pewnym momencie jednak przeholowali z polowaniem i wycinką drzew i okazało się, że nie tylko nie bardzo jest co jeść i czym budować, ale również, co gorsza, nie ma dokąd uciekać. Skończyło się apokaliptycznym głodem, wojną domową oraz masowym niszczeniem moai (nie wiadomo, czy z zemsty, czy ze złości). Potem jeszcze Europejczycy dołożyli swoje trzy grosze w postaci chorób i wyzysku (a Peruwiańczycy wywieźli stamtąd mnóstwo ludzi, sprzedanych potem na targach niewolników), więc ostatecznie na wyspie zostało tylko kilkuset rdzennych mieszkańców, którym w dodatku nie wolno było wychodzić poza Hanga Roa aż do lat sześćdziesiątych.

ovahe    kwiatyczerwone

Nie wiem, co powiedział tamten koleś z siekierą trzy wieki temu, kiedy wycinał ostatnie drzewo na wyspie, ale założę się, że było tam coś o korniku, lewackim spisku, ekoterrorystach i gorszym sorcie Polinezyjczyków. Faktem jest, że dziś szczęśliwie drzewa na wyspie gdzieniegdzie są – przywiezione z Chile palmy, dzikie guayaby, fikusy i coś, co nie wiem, jak się nazywa, ale bardzo pięknie kwitnie na czerwono. Jak na miejsce kompletnej ekologicznej katastrofy, Wyspa Wielkanocna prezentuje się bardzo malowniczo: dzikie konie, plaże, trawiaste pagórki, porzucone wioski, wulkany i wszechobecne prehistoryczne kamienne kurniki.  Jak pisał Jared Diamond w „Upadku”, gdyby nie moai, Rapa Nui zostałoby zapamiętane przez resztę świata jako wyspa kamiennych kurników.

rybak    ovahe2

Co tam robić przez tydzień? Łazić i podziwiać. Jeździć stopem w tę i nazad, wspinać się na wulkany i oglądać zachody słońca. Ja do tego postanowiłam zafundować sobie mały survival i wybrać się na wycieczkę na ten kawałek wyspy, gdzie nie ma dróg, domów ani odrestaurowanych moai, za to są opuszczone wioski (a raczej pozostałe po nich krawężniki i obsceniczne petroglify), dzikie konie i krowie trupy. Przez sześć godzin marszu po kamorach minął mnie tylko jeden strażnik na koniu, i dopiero potem dowiedziałam się od tubylców, że „w tej części wyspy nikt nie mieszka, bo pełno tam duchów”.

tongariki    moairaraku

Nie wiem, żadna zjawa mnie nie goniła po łące, nawet kiedy lazłam ostatnie dwa kilometry po ćmoku, świecąc sobie komórką i potykając się o te nieszczęsne prehistoryczne kurniki. Ale nie tylko tam czujemy się jak ostatni człowiek na ziemi – w zasadzie kiedy tylko wyjdziemy z Hanga Roa (gdzie istnieje namiastka cywilizacji w postaci samochodów, poczty, bankomatu i paru knajp), możemy całymi godzinami dyrdać polami i lasami i nikogo nie spotkać. Mieszkańcy, zarówno rdzenni Rapa Nui i przyjezdni Chilijczycy zgodnie twierdzą, że na końcu świata żyje im się świetnie, może poza tym, że wszyscy tu o wszystkich wszystko wiedzą, jedzenie jest drogie, a internet przedpotopowy.

Zatem zachciało mi się więcej tego Pacyfiku i już kombinuję jak by tu kiedyś ogarnąć te wszystkie wypryski na oceanie za Australią (Fiji, Nauru, Tahihi), które ledwo jestem w stanie zlokalizować na mapie.

laka    stateczki

Zdjęcia tu.

Chile: Santiago – Valparaíso

Kiedy o szóstej rano krótkie trzęsienie ziemi wywaliło mnie z wyra, przypomniałam sobie, że właśnie dotarłam na centralny punkt Pacyficznego Pierścienia Ognia, gdzie w niektórych miejscach mniej więcej co tydzień trzeba złapać za kieliszki, żeby nie pospadały ze stołu, albo w środku nocy sama otwiera się szafa. Od czasu do czasu, tak jak na przykład sześć lat temu, zatelepie mocniej, co skutkuje tsunami i trzycyfrową liczbą ofiar. Zresztą, najsilniejsze zarejestrowane trzęsienie ziemi w historii było właśnie w Chile, w 1960 roku w Valdivia (9.5 stopnia w skali Richtera). W Valparaíso z kolei całe miasto jest obstawione znakami, dokąd uciekać w razie tsunami (ma się rozumieć, jak najdalej na górę). Miejscowi są do tego przyzwyczajeni: obsługa hostelu nawet się nie obudziła, kiedy 5.5 postawiło na równe nogi cały mój pokój.

Zawsze chciałam przyjechać do Chile. Po pierwsze dlatego, że Poema 20 Pablo Nerudy o miłości i przemijaniu (wersja angielska) do tej pory wyrecytuję obudzona w środku nocy, a na studiach chilijska dyktatura była moim ulubionym tematem przepychanek z prawicowcami. I może właśnie dlatego teraz, zamiast wina, górskich krajobrazów, papai i kawiarenek wszędzie w Santiago widzę dawne więzienia i obecne pomniki ofiar reżimu. Niestety, Kapuścińskiego nie można za młodu czytać bezkarnie. Lektura „Chrystusa z karabinem na ramieniu” kończy to się tak, że pobyt w stolicy spędzasz między cmentarzem a muzeum.

mural   krzyze

Historię pewnie znacie. 11 września 1973 to oficjalny początek czarnej dekady w Ameryce Południowej, kiedy w ramach sponsorowanej przez CIA operacji „Kondor”, chilijskie wojsko obaliło chwiejący się socjalistyczny rząd prezydenta Salvadora Allende (po trzech latach ekonomiczny ch tortur), wprowadzając zamordyzm na skalę wcześniej w Chile niespotykaną. Bezpośrednio po zamachu stanu, w którym zginął również prezydent, zabito lub „zniknięto” ponad 3000 osób, a w całym kraju powstały tajne więzienia, katownie i obozy tortur, przez które w sumie przewinęło się prawie 40 000 ludzi. Ponad 200 000 wyjechało z kraju, w obawie przed represjami. Prawdopodobnie najsłynniejszą ofiarą junty został Víctor Jara (piosenkarz, poeta, komunista), publicznie zakatowany na Stadionie Narodowym trzy dni po zamachu stanu, o czym opowiada jego ostatni wiersz, cudem przemycony w czyjejś kieszeni. Kilka dni potem na raka umarł też Pablo Neruda (poeta, ambasador, noblista), a jego pogrzeb stał się gigantyczną manifestacją przeciwko reżimowi. Po drugiej stronie barykady, kiedy wojskowe samoloty zrzucały bomby na pałac prezydencki, bogatsza część chilijskich konserwatystów odkorkowywała szampana i organizowała uliczne fiesty na cześć nowej władzy, która wkrótce zakazała partii politycznych, wprowadziła stan wyjątkowy, godzinę policyjną oraz DINA – tajną policję polityczną.

13041087_10154764205848136_1235765752965677010_o   desaparecidos

Generał Augusto Pinochet Ugarte rządził aż do 1989 roku, kiedy junta przegrała referendum, które w założeniu miało utrzymać jej władzę na kolejne osiem lat (jest o tym film). Umarł 10 lat temu, zabierając do grobu kilkaset różnych oskarżeń, od  łamania praw człowieka po gigantyczne malwersacje finansowe. W kolejnych, demokratycznych już wyborach wygrał świętej pamięci Patricio Aylwin (umarł cztery dni temu), którego Komisja Prawdy i Pojednania jako pierwsza ujawniła skalę zbrodni popełnionych przez juntę (pełne opracowanie, Raport Valecha, ukazało się dopiero w 2004). Dzisiaj Chile rządzi socjalistka, córka jednej z ofiar reżimu, Michelle Bachelet, a kraj jest prawdopodobniej najlepiej rozwiniętym kawałkiem Ameryki Południowej, mimo że index Gini jest tu taki jak w Boliwii. Z jednej strony gigantyczne zyski z eksportu miedzi i wina, autostrady, porty, wymuskane budynki i turystyka, a z drugiej wciąż obecne rozległe dzielnice nędzy, i wyjątkowo ostry podział na tych, co studiują, podróżują, balują i mają na lekarza oraz na tych, co siedzą cały dzień między bezdomnymi psami przed supermarketem i sprzedają za grosze domowej roboty naleśniki, żeby zarobić na horrendalnie wysoki czynsz.

45    12

Niemniej jednak z miejsca czujemy się jak w Europie, bo kiedy idziemy przejściem dla pieszych, nikt na nas nie trąbi i nam nie złorzeczy, próbując nas rozjechać (jak w Peru), nigdzie nie kupimy suszonych owczych płodów (jak w Boliwii), na stacjach metra są świetnie wyposażone, publiczne biblioteki, a słowo „gringo” zasadniczo wychodzi z mody. Do tego jest zimno, liście lecą, a na rynku w Valparaíso kupimy świeżą, jesienną dynię.

26   35

Valparaíso, do którego wzdychają wszyscy backpackerzy (łącznie ze mną), bo wzgórza, bo wino, bo ocean, bo koty, bo kolorowe domki i wszechobecne graffiti. Prawdopodobnie większość z was zapragnęłaby tu zamieszkać, bo Valparaíso to takie skrzyżowanie Łodzi (bohema, menelnia, rozwalone budynki, street art) z Santorini (górki, domki, woda, zachody słońca, pomarańcze), i cały czas masz wrażenie, że to jakaś lekko przybrudzona chagallowska sielanka. Zdaje mi się, że właśnie po to zachrzaniałam tu aż z Meksyku: żeby potem w jakieś słoneczne, jesienne popołudnie siedzieć z izraelskim hipisem na kolorowych schodach dwie przecznice od Pablo Nerudy, pić wino, zbierać kasztany i patrzeć na sterty niemieckich kontenerów w porcie na dole; jeździć rozklekotanymi ulicznymi windami, fotografować grube, rude koty na gzymsach, dachach i okiennicach, czytać sentymentalne wiersze, oglądać głupie seriale i wspinać się po rynnie na pierwsze piętro, bo akurat nam odbiło. W dzień robisz śniadanie innym backpackerom, jeździsz na szmacie i grabisz liście w ogrodzie (wolontariat, proszę państwa), a wieczorem włazisz na murek przy Ascensor Espíritu Santo, żeby przez godzinę gapić się na zatokę, i na wielki, żółty księżyc nad miastem. Właściwie nie może już być lepiej, bo by straciło na wiargodności.

32    44

Ale dosyć tego dobrego, trza się pożegnać z Valparaíso, hipisami, backpackerami, kotami i portowym syfem i polecieć na sam środek Pacyfiku. Jutro.

Zdjęcia tu i tam.

Chile: San Pedro de Atacama

Po przejechaniu na chilijską stronę granicy od razu zaczyna się asfalt, pobocze, znaki drogowe, wymuskane ulice oraz ceny powiększone o jedno zero. San Pedro to mała, zakurzona, gliniana mieścina w oazie na środku pustyni, pełna hipisów, drogich restauracji i bezpańskich, ale wyjątkowo dobrze odkarmionych psów. Kierowca wiozący mnie od granicy do hostelu postanowił zafundować mi szybki kurs przetrwania w San Pedro:

„Tu masz aptekę. Kup sobie syrop z awokado, bo się zakaszlesz na śmierć. Tu, w tych barakach, jest tanie jedzenie, zjesz obiad za 3000 pesos. A tu mieszka Ziutek. Zuitek ma najlepszą marihuanę w mieście. Chcesz pojechać do obserwatorium?”

Są dwa powody, żeby przyjechać do San Pedro: solne góry na pustyni i obserwatorium ALMA. Marsjański krajobraz: czerwone wydmy, kamory, sól, kolorowe laguny, plus kilka dymiących wulkanów na horyzoncie (w całym Chile jest ich aż 137. Nieźle, prawda?) znajdziemy też w Boliwii, ale tylko na pustyni Atacama są tak rewelacyjne warunki do oglądania kosmosu. Stały wiatr znad Pacyfiku, bezchmurne niebo, położony na 5000 m płaskowyż, żadnych dużych miast w pobliżu – więc nawet jeśli nie wybierzemy się do ALMA, to nawet w San Pedro, gołym okiem, zobaczymy całą Drogę Mleczną. A jeśli pojedziemy na „stargazing tour” na pustynię, to dostaniemy wino, teleskop i zajrzymy Jowiszowi między księżyce.

Niby mogłabym sobie poleżeć na wydmie, pijąc wino i jedząc lody z drzewa karobowego albo z kaktusa. Ale miałam ochotę na trochę chilijskiej martyrologii, więc wybrałam się do Santiago (o czym jutro).

Zdjęcia tu.

Boliwia: La Paz – Uyuni

Szanowny Panie Ambasadorze, 

Jako że byłam na ostatnich dwóch DA-eventach nieoficjalnym fotografem, pomyślałam, że może chciałby Pan Ambasador mięć dostęp do zdjęć, które przy tej okazji zrobiłam. Szczególnie polecam uwadze Pana Ambasadora to zdjęcie, na którym trzyma Pan Ambasador w ręku dwie paczki liści boliwijskiej koki.

Z poważaniem, JH.
 
Szanowna Pani Julio,

Serdecznie dziękuję za zdjęcia. Gwoli sprostowania: w prezencie od Prezydenta Boliwii otrzymałem nie narkotyki, lecz liście koki do parzenia w charakterze herbaty.

Pozdrawiam serdecznie, Amb. Hans Winkler.
Kiedy cztery lata temu Prezydent Boliwii Evo Morales wręczył naszemu rektorowi ten kłopotliwy prezent (nielegalny w Europie, do tej pory nie rozumiem dlaczego), nie myślałam, że będę kiedyś pochłaniać te same liście w ilościach przemysłowych. Nie ma innego sposobu, żeby zasuwać pod górę na 4000 m npm, w mieście, gdzie z tlenem jest wyjątkowo słabo. Słabo jest zresztą nie tylko z tlenem, cały kraj przedstawia się dość rozpaczliwie.

wulkanlapaz   cmentarz
Dzielnica hosteli w La Paz to smutne, odrapane kolonialne budynki, poprzeplatane jeszcze bardziej ponurym industrialem. W chmurne, niedzielne popołudnie nie było tam żywej duszy, co tylko potęgowało wrażenie, że jestem właśnie w jakimś upiornym, czarno-białym filmie Davida Lyncha, a w tle słychać tylko wycie psów i wiatr znad wulkanu. To wrażenie, że w Boliwii jest smutno, strasznie i pięknie, miało już mnie nie opuścić, więc z ulgą znalazłam się po chilijskiej stronie granicy.
Ale po kolei.

kapelusz   soki    lamy
La Paz to najwyżej na świecie położona stolica (dalej jest Thimphu, Quito i Bogota). Na dole mamy rozwleczone w szerokiej dolinie między wulkanami miasto, na górze jeszcze większe, za to puste i wysmagane wiatrem El Alto. Wszystko jest tam nieco pokraczne, spsiałe, pękate i odrapane, jakby trochę pozbawione entuzjazmu, jakby wszystko, co miało się wydarzyć już dawno miało miejsce, a teraz tylko czekamy na napisy końcowe. Ludzie wyglądają na smutnych, zmęczonych i osowiałych, chociaż może to zasługa surowości tutejszego klimatu – w La Paz i na płaskowyżu ciągnącym się aż do granicy cały rok jest przeraźliwie zimno, sucho i wietrznie. Od razu przypominają się najbardziej rozdzierające fragmenty Las Venas Abiertas de América Latina Eduardo Galeano, książki o gospodarczej ruinie i wyzysku Ameryki przez całe stulecia, którą czyta się z rosnącym przekonaniem, że trudniej mieć większego pecha niż Boliwia.

paranacmentarzu   elalto   cmentarz2
Rzeczywiście, Boliwia jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Nie ma dostępu do morza, ale posiada za to bogactwa mineralne w sporych ilościach, co jednak do niedawna kompletnie nie pomagało w wyjściu z absolutnie pornograficznej nędzy. Do niedawna, bo wspomniany już wczęśniej kontrowersyjny prezydent Evo Morales ma spore zasługi w tej dziedzinie – ten niepozorny Indianin w pasiastym sweterku wykiwał IMF i amerykańskie koncerny paliwowe oraz wprowadził szeroki i ambitny program reform, dzięki któremu bieda w Boliwii spadła o 43% przez ostatnie 10 lat. Przegrał ostatnio jednak referendum, więc nie będzie prezydentem dożywotnio.
Za to z uwagi na owe referendum całe miasto zabazgrane jest graffiti: „EVO SÍ” na przemian z „EVO NO”, co tylko dodaje koloru w tym morzu pstrokacizny, której nie powstydziłyby się Krupówki w szczycie sezonu. W samym centum miasta znajdziemy Targ Czarownic, pełen wysuszonych trucheł różnych zwierząt, proszków na nieszczęśliwą miłość i kadzideł do okopcania nowego samochodu. Dalej, przystanek wyżej kolejką górską, jest moje ulubione miejsce, czyli miejski cmentarz, gdzie miejscowi na grobach zostawiają swoim zmarłym puszki coli, butelki whiskey, pamiątki, zabawki, listy, kawałki uorodzinowego tortu, liście koki, wafelki, ciasteczka i całe Bizancjum innych uroczych prezentów, przy których blednie cały polski zaduszkowy przemysł.

salar   roja   licancabur
Kiedy tylko wyjedziemy za stolicy, zaczyna się pusty, spalony słońcem płaskowyż, gdzie widzimy tylko gdzieniegdzie gliniane domki i stada ubłoconych lam, albo przemysłowo-kopalniane koszmary w rodzaju Oruro, które wygląda jak Katowice po bombardowaniu. Pejzaż jak z Mad Maxa kończy się wielką, solną pustynią przy chilijskiej granicy, gdzie czujemy się jak na innej planecie: po kilkudziesięciu kilometrach białej skorupy następują góry, wulkany i kolorowe laguny, po których przechadzają się flamingi. Chyba nigdy też nie było mi aż tak zimno, mimo wielowarstwowej odzieży, a nocleg na wysokości bliskiej 5000 m, kiedy starasz się zwalczyć galopujące zapalenie oskrzeli, również nie należy do przyjemności.

flamingi   flagi   colorada
Z tego względu, popołudnie spędzone na rozmrażaniu butów i leczeniu przeziębienia przy pomocy chilijskiego wina w hamaku w San Pedro de Atacama było najprzyjemniejszym momentem ostatnich kilku miesięcy.

Ale o tym później.

Zdjęcia z Boliwii są tu i tu.

Kolumbia dla backpackerów, czyli ile będą cię kosztowały wakacje twojego życia

Kiedyś było to jedno z najbardziej niebezpiecznych państw na świecie. Nie dość, że wojna, narkotyki, wojny gangów, Pablo Escobar, kryzys gospodarczy, to jeszcze zamachy i porwania. Nie ma po tym śladu. Dziś wycieczka do Kolumbii, chociaż ten kraj dalej boryka się z niemałymi problemami, jest bezpieczniejsza niż wieczorny spacer po Piotrkowskiej. Poza tym jest tam cudownie, ludzie są weseli i wyluzowani, ceny przystępne i jedzenie smaczne. Nie bez powodu sterczałam tam trzy bite miesiące, i właściwie mogłabym nigdy nie wyjeżdżać, a wrócę na pewno, i to szybko. Polecam gorąco – przestańcie okupować te upiorne tureckie kurorty, nauczcie się podstaw hiszpańskiego i lećcie do Kolumbii, zanim reszta świata się zorientuje, jakie to fajne (można tanio, np. Condorem).

Transport: O dziwo ten międzymiastowy nie należy do najtańszych, i znowu kierowcy autobusów wykazują zamiłowanie do krioterapii przy pomocy klimy. Wszędzie jedzie się długo, bo kraj wielki i górzysty, za to linie są luksusowe i punktualne. Ceny europejskie: za 20-godzinną podróż z Barranquilla do Bogoty zapłacimy aż 120 000 COP, więc na dużych dystansach warto rozważyć tanie linie lotnicze Viva Colombia – lot jest często sporo tańszy niż autobus). Krótkie dystanse są obsługiwane przez małe, lokalne firmy transportowe, więc ceny są o wiele niższe (np. za bilet z Salento do Filandia zapłacimy ok 3000 COP). Przykładowe ceny (autobus): Medellin – Cartagena: 85 000 COP, Cartagena – Barranquilla: 10 000 COP, Bogota – Cali: 55 0000 COP.

Spanie: Najwyższe ceny odnotujemy w szczycie sezonu (listopad – styczeń), zwłaszcza w Cartagena, gdzie hostele potrafią nawet podwajać opłaty za nocleg. Standardowo, za łóżko zapłacimy od 25000 do 35000 COP, często razem ze śniadaniem. Baza hostelowa jest świetnie rozwinięta. Polecam: Bamboo Glamping House w Medellin, Casa Nativa w Cartagena,  La Casa del Viajero w Mompox, Casa Loma w Minca (mogłabym tam zamieszkać), La Casa de Felipe w Taganga, Musicology Hostel w Bogocie, Hostal Colina de Lluvia w Filandia, Park Life Hostel w Popayan.

Jedzenie: Lokalna kuchnia jest bardzo bogata i tania – można się spokojnie wyżywić na ulicy za bardzo skromną sumę. Arepas de choclo kosztują od 1000 do 2000 COP, a obiad w dobrej restauracji zjemy nawet za 8000 – 15 000 COP. Jeśli zawitacie do Filandia, koniecznie (koniecznie!) idźcie do restauracji Helena Adentro (jest trochę droga, ale nigdy nie jadłam czegoś tak smacznego), a w Bogocie do Quinua y Amaranto oraz Restaurante Nativo (pyszne, wielkie menú del día za 8000 COP). W Medellín polecam Verdeo.

Chlanie: Miejscowi są niezmiernie rozrywkowi, więc nie zabraknie nam okazji do wypicia zimnej Costeñi za 3000 COP, albo Aguila la 5000 COP.

Zwiedzanie i po dżungli bieganie: Kolumbijczycy jeszcze nie wyczuli interesu, więc dalej możemy zwiedzać wiele obiektów za darmo, albo za niewielką opłatą (wyjątkiem jest Cartagena, ale tam wszystko jest za drogie). Wejście do Parku narodowego Tayrona kosztuje 41 000 COP (zapewniam, że warto).

Płacenie: Lokalna waluta to kolumbijskie peso. Ok 3000 COP = 1 USD.

Chorowanie: Wirus Zika jest wszędzie na nizinach, podobnie jak okazjonalnie denga. Nic na to nie poradzimy, więc chodzimy i śmierdzimy OFFem całodobowo.

Kiedy jechać: W Kolumbii cały rok jest pięknie i zielono, ale warto unikać okresu świątecznego (grudzień-styczeń) z uwagi na wysokie ceny.

Peru: Macchu Picchu

Są różne sposoby, żeby dostać się z Cusco do Macchu Picchu i niestety prawie wszystkie są albo skomplikowane i drogie, albo zupełnie do dupy. Można zarezerwować klasyczny Inca Trail (4 dni szlakiem inkaskich piechurów), ale trzeba wyłożyć na to kilkaset dolarów (najdroższa wycieczka, z archeologiem, lekarzem i ekskluzywnym menu, kosztuje aż 15 000 USD) i zaplanować conajmniej na kilka miesięcy naprzód. Można zasuwać po górach szlakiem Salkantay (4 dni na mrozie, ale za to piękne widoki), pojechać pociągiem za 140 dolarów (opcja dla bogatych i leniwych) albo zachrzaniać przez kilka dni piechotą po torach (opcja dla wytrwałych, pozbawionych funduszy i umiejących odpowiednio szybko zeskoczyć z nasypu). Można też wreszcie wybrać się na Inca Jungle Trail, co oznacza cztery dni zasuwania po dżungli, jazdę na rowerze, gorące źródła, rafting, zip-lining, kilkanaście kilometrów torami Peru Rail, oraz parę innych near death experiences, łącznie z byciem obgryzanym żywcem przez krwiożercze, upierdliwe, pomarańczowe muszki.

incatrail   kfjatek

Wybrałam tę opcję, bo w folderze reklamowym było dużo małych, włochatych stworów, zielona trawka i urokliwe górskie dróżki, oraz dlatego, że nikt mi nie powiedział, że będę musiała kilkakrotnie przemieszczać się nad przepaścią w konstrukcjach zbudowanych, zaprojektowanych i utrzymywanych przez Peruwiańczyków z wioski obok. Niestety mam tak, że po roku w Kairze zostały mi już tylko najbardziej idiotyczne fobie. Nie boję się jakoś szczególnie wybuchów, strzałów z karabinu, policjantów uzbrojonych po zęby, burz piaskowych i wielotysięcznych demonstracji, ale spróbuj mnie zmusić, żebym wlazła na lekko rachityczny wiszący most nad rzeką Urubamba. Do raftingowego pontonu wlazłam tylko dlatego, że zdążyłam zapłacić 25 dolarów za te dwie godziny czystej adrenaliny w zimnej wodzie, a kiedy zobaczyłam tzw. cable car (metalowy koszyk na linie nad przepaścią, przesuwany ręcznie przez dwóch kolesi po dwóch stronach rzeki), do którego dwójkami włazili turyści, myślałam, że robią sobie ze mnie jaja. Ostatecznie usiadłam między dwoma facetami, wsadziłam głowę do plecaka i dałam się przepchnąć na drugą stronę.

urubamba   malpa

Ostatnia prosta to trasa wzdłuż torów z Hidroelectrica do Aguas Calientes (wioska dla turystów parę kilometrów od Macchu Picchu), pobudka o 4 rano, dyrdanie pod górę aż do ruin (ja odpadłam, pojechałam autobusem), oraz dreptanie gęsiego w tłumie turystów. Mimo tego, że wejście kosztuje 128 soli, nie wolno tam jeść, palić, podskakiwać ani zawracać na ścieżce, Macchu Picchu jest nie z tego świata. Między dwiema zielonymi górami, nad przepaścią, wygląda jak zły sen Beksińskiego. Są różne teorie: ta romantyczna mówi, że Inkowie zamknęli miasto i uciekli, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócą (i zachowali położenie miasta w tajemnicy, żeby Hiszpanie wszystkiego nie zjedli i nie splądrowali). Ta bardziej prozaiczna głosi, że wszyscy kopnęli w kalendarz w 1572 roku wyniku jakiejś przywleczonej tam europejskiej choroby. Tak czy owak, zapłaciłabym dwa razy tyle, żeby tam połazić w nocy, kiedy nie ma takiego tłumu.

dolina   macchu

A teraz będzie Boliwia.

Zdjęcia tu.