Malezja: Kuala Lumpur – Cameron Highlands

Podstawowa zasada tropików: powietrze składa się tu głównie z wody, więc wszystko dookoła jest cały czas mokre. Nie ważne, czy pada, czy nie: mokry jest plecak, mokre są buty, paszport, pieniądze w portfelu, elektronika, okulary, ciuchy, ręczniki. Należy wobec tego przyzwyczaić się, że:
– ubranie na tobie gnije
– rzecz raz zamoczona nie schnie już nigdy. W szczególności nie schną raz zamoczone jeansy.
– masz ochotę na 3-4 prysznice dziennie
– pustynna patelnia w Iranie nagle wydaje się możliwa do zniesienia.

Tak właśnie jest w Kuala Lumpur przez większość roku, ze szczególnym uwzględnieniem monsunowego października. To wyjaśnia, dlaczego bilety były takie tanie.

    

Po ośmiu godzinach w wyziębionym samolocie, Malezja przywitała mnie 30 stopniami, 80% wilgotnością i apokaliptyczną burzą z piorunami. Wieczorne Chinatown, w strugach deszczu, z migającymi chińskimi neonami, ulicznymi smażalniami niezidentyfikowanych kawałków mięsa i lekko zaśmieconym chodnikiem wyglądało jak dekoracje do Blade Runnera. Reszta miasta, już w świetle dnia, jak Nowy Jork, Kalkuta i Tokio w jednym, starające się nie dać się zeżreć tropikalnej zgniliźnie. 60-piętrowe bloki mieszkalne i luksusowe hotele, obok porośniętych bluszczem wieżowców ze stali i szkła, malajskich meczetów, buddyjskich świątyni, indyjskich bazarów i straganów z chińską taniochą.

        

Malezja, dawna brytyjska kolonia, od początku swojego istnienia (1957) wielokulturowość, wieloetniczność, wielojęzyczność i wieloreligijność traktuje niezmiernie poważnie. Według najnowszych danych, 61.3% z 32 milionów mieszkańców tego kraju to wyznawcy islamu, 19.8% to buddyści, 9.2% – chrześcijanie, 6.3% – hinduiści. Języków też jest mnóstwo: oficjalne są angielski i malezyjski bahasa, ale usłyszymy także tamilski, mandaryński, tajski i kantoński; a na jednej ulicy zobaczymy ludzi wszystkich ras i kolorów, legitymujących się malezyjskim paszportem. Islamskie święta są obchodzone tak samo hucznie jak Diwali i Chiński Nowy Rok. Można? Można.

   

   

Poza rewelacyjnym Muzeum Sztuki Islamskiej, jaskiniami Batu, ogrodem botanicznym oraz Petronas Towers, podstawowym powodem, żeby przyjechać do Kuala Lumpur jest żarcie. Sama jestem tu głównie po to, żeby się najeść, zwłaszcza po tym, jak w Iranie byłam zmuszona żywić się chlebem i bakłażanami, ponieważ perska kuchnia to niestety głównie krojone barany w sosie z innych baranów. Tutaj z kolei większości artykułów żywnościowych w ogóle nie jestem w stanie zidentyfikować, bo a)widzę je pierwszy raz w życiu na oczy, b)są opisane po chińsku lub malajsku, c) utopiono je w sosie sojowym albo innym syropie. Mogę tylko mieć nadzieję, że to, co właśnie zjadam nie biegało przed chwilą pod moim stołem i że sprzedawca zrozumiał, co to znaczy „no meat” i nie serwuje mi właśnie ropuchy w sosie z chomika (względnie chomika w sosie z ropuchy). Cokolwiek to jest, smakuje rewelacyjnie i wypala dziurę w żołądku.

    

Jedynym miejscem, do którego można uciec od tego przeraźliwego upału, są Cameron Highlands, czyli herbaciane góry trzy godziny na północ od stolicy. Dżungla, motylki, truskawki i potwornie kiczowate plantacje herbaty. Miasteczko Tanah Rata to co prawda koszmar gorszy niż Zakopane i Jastarnia razem wzięte (zwłaszcza w weekend, kiedy przyjeżdża tu całe Kuala Lumpur i pół Singapuru), ale zawsze można wybrać się do lasu i oglądać kolorowe motyle, stojąc po kolana w błocie.

Zdjęcia tutaj i tutaj.