Isfahan – Jazd – Shiraz

Już same te nazwy brzmią jak ze starożytnego zaklęcia. Jak miasta, które można oglądać z wysokości nocnego lotu na czarodziejskim dywanie, ewentualnie z grzbietu wielbłąda Marco Polo zaparkowanego pod karawanserajem. Coś w ten deseń.

Rzeczywiście, niewiele jest miejsc na ziemi, gdzie ludzie wyczyniają takie cuda z architekturą. Pałace wydrążone w ziemi, wyposażone w wysokie, gliniane wieże do łapania wiatru (tzw. badgiry: irańska klimatyzacja), meczety całe w niebieskich kafelkach i zapętlonych kaligrafiach we wnętrzach kopuł i iwanów, wyglądające jak starożytne planetaria. Witraże, dywany z jedwabiu i złote rybki w przypałacowych sadzawkach. Niczego nie brakuje, ilustracje z „Baśni z tysiąca i jeden nocy” istnieją w trzech wymiarach.

   

    

   

Najlepsze, co można zrobić w Isfahanie, poza spacerowaniem w nocy po mostach nad wyschniętym korytem rzeki Zayanderud i piciem herbaty pod kościołem w ormiańskiej dzielnicy, jest siedzenie wczesnym wieczorem na trawniku na placu Naqsh-e-Jahan i patrzenie w niebo, które zmienia kolor razem z bazarem, meczetem, fontannami i pałacami dookoła. Każdy opis tego zjawiska będzie pretensjonalny. Siedzisz, gapisz się, rozdziawiasz gębę i przypominasz sobie różne sonety krymskie i inne orientalistyczne fajerwerki, które nie są ani trochę przerysowane.

Z placu Naqsh-e-Jahan, zaprojektowanego w XVI wieku, kiedy Isfahan był stolicą, nie widać, jak wielkie jest to miasto. Kiedy wejdzie się na któryś z dachów, albo na górę Sofeh, można zobaczyć odbite na ksero blokowiska i smrodzące fabryki, jak w każdej dużej, bliskowschodniej metropolii. Wszystko jest jednak schowane za drzewami, przez to cały Isfahan wydaje się kameralnym, przypałacowym ogrodem, w którym dorodni mieszkańcy urządzają sobie pikniki.

   

   

Jazd z kolei to fatamorgana, miasto wyrwane pustyni przed tysiącami lat, przystanek na Jedwabnym Szlaku, gdzie progi muszą być odpowiednio wysokie, żeby skorpiony nie biegały po łazience. Wszystko jest tu niewyobrażalnie wręcz stare, począwszy od zamku Narin w Meybod, pamiętającego piąte tysiąclecie przed naszą erą, aż do świętego ognia w zoroastryjskiej świątyni w centrum miasta, który pali się nieprzerwanie od 700 lat. Powietrze przesycone jest pyłem, a temperatura trudna do zniesienia, ale wieczorem to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Siedzisz na dywanie na dachu, pijesz herbatę z kardamonem, słuchasz izanu i czujesz się jak perska księżniczka w brudnych sandałkach. Kiedy przyjechałam, zaczynał się akurat Muharram, czyli miesiąc żałoby po rodzinie Proroka Mahometa, celebrowany przez szyitów z południa Iranu z wyjątkowo malowniczym zaangażowaniem. Całe miasto było z tej okazji ubrane na czarno, przez co ludzie wieczorem wyglądali jak duchy, na tych ulicach koloru musztardy i pyłu.

   

    

10 dnia miesiąca muharram roku 680, w bitwie pod Karbalą zginął Husajn Ibn Ali wnuk Proroka, zabity przez wojsko kalifa Jazyda I. Zdaniem szyitów, Husajn był jedynym prawowitym spadkobiercą proroka, Podobnie jak dziewięciu następujących po nim imamów (przewodników duchowych), z których ostatni, Al-Mahdi, jak wierzą, jest imamem ukrytym, który powróci na ziemię tuż przed końcem świata. Ostatecznie, postać Husajna w dzisiejszym wyobrażeniu zawiera w sobie również dawnych perskich bohaterów, więc z antropologicznego punktu widzenia Aszura jest dziś również oddaniem hołdu męczeństwu, ofierze i poświęceniu. Przez pierwsze dni, ludzie gromadzą się wieczorami w meczetach, śpiewając żałobne pieśni, modląc się i słuchając kazań. Mężczyźni biją się w piersi, pod sufitem powiewają zielone, czarne i czerwone flagi. W dniu samego święta Aszury byłam już w Szirazie, gdzie żałobne procesje wypełniły całe centrum miasta. Ubrani na czarno żałobnicy walili w bębny, śpiewali i okładali się po plecach metalowymi sprzączkami. Nie wyglądało, szczerze mówiąc, żeby robili sobie jakąś szczególną krzywdę (jest to nawet w Iranie zabronione). Zdaniem niektórych, raczej chodzi o to, żeby wszystkie laski w Szirazie zobaczyły, jaki jesteś zgrabny w tej nowej czarnej koszuli, ale atmosfera misterium zostaje zachowana.

     

    

W Szirazie nie napijemy się niestety wina o tej nazwie, ale możemy przejść się po Ogrodu Spokoju (Bagh-e-Eram), odwiedzić grób poety Hafeza i przeczytać swoją przyszłość na karteczce papieru z jego wierszem (wyciągniętej z koperty przez oswojonego kanarka za jedyne 20 000 Riali – Irańska wersja wróżenia z fusów), zobaczyć najbardziej obłędne witraże w różowym meczecie i próbować sobie wyobrazić, jak też mogło wyglądać Persepolis (60 km za miastem), zanim Aleksander Wielki wszystko splądrował.

   

   

A potem wracasz nocnym autobusem do Kaszanu, przejeżdżasz, znowu, przez Isfahan jeszcze przed świtem i myślisz sobie: „Jak to, mam wyjechać? Już za pięć dni? To chyba jakieś żarty. Ja nigdzie nie jadę, ja tu chętnie zostanę, proszę bardzo, może być nawet w charakterze gołębia wyżerającego kukurydzę z worka na bazarze, albo odrapanej ławki pod meczetem.” Nie przesadzam.

Więcej zdjęć: Isfahan, Yazd i Shiraz.