Brazylia: Paraty

Ostatnia prosta: zima w Brazylii.

Leje, wieje i grzmi, ale małe, kolonialne miasteczka takie jak Paraty niespecjalnie tracą na uroku, a nawet nieco zyskują, z uwagi na mniej gromadną obecność turystów. Ulice momentalnie zamieniają się w kałuże, komary nie dają żyć, a próba kąpieli w oceanie oznacza walkę z postępującą hipotermią w wodzie i mżawką na plaży. Ale mimo to są tu ogrody, małpy, kolorowe domki i kilkanaście rodzajów cachaçy, co trochę poprawia humor w mieście, które jak każde inne kolonialne miasteczko zostało zamienione w Kazimierz nad Wisłą: drogie knajpy, drogie butiki, chińskie pamiątki. Stąd wypływało kiedyś do Portugalii całe brazylijskie złoto z Minas Gerais: jest fort, kilka kościołów, setki małych wysepek dookoła, ciężkie chmury, błoto, nadgniłe stateczki w porcie i papugi rozgrzebujące śmieci na ulicy. Powietrze ciężkie od kwiatów.

Przypomina mi się Goa, ze zrujnowanymi portugalskimi kościołami w środku dżungli, zniszczonymi przez wilgoć kolonialnymi domami i malarycznym powietrzem. Zapewne latem wygląda to podobnie, zwłaszcza, kiedy wszystko zakwitnie i zacznie gnić w pełnym słońcu.

Trza zatem wrócić do Brazylii za pół roku.

Zdjęcia tutaj.