Brazylia: São Paulo

Brazylii nie da się ogarnąć za jednym podejściem. 8.5 miliona kilometrów kwadratowych powierzchni (czyli prawie tyle, co USA), 205 milionów mieszkańców (ponad pięć razy tyle co w Polsce), piąty największy kraj świata, siódma gospodarka, a zarazem siedemnasta pod względem nierówności ekonomicznych (index Giniego: 51.9, czyli cholernie dużo).

Jednocześnie: ponad 60% powierzchni kraju zajmuje tropikalna dżungla.

sao     skyline

Brazylia kojarzy nam się z potworną biedą miejskich favelas, ale w ciągu ostatnich kilkunastu lat, mimo rosnącego długu i gospodarczej apokalipsy, dzięki największemu na świecie programowi pomocy socjalnej zainicjowanemu przez byłego prezydenta Inácio Lula da Silvę (Fome Zero i Bolsa Familia), ponad 30% najbiedniejszych Brazylijczyków dołączyło do klasy średniej. O tyle niewiele to dało, że tak czy siak obecnie wszyscy tu zajęci są aksamitnym zamachem stanu, w którym władzę straciła prezydent Dilma Rousseff (jej własny wiceprezydent, Michel Temer, podłożył jej świnię i stworzył rząd tymczasowy złożony z samych białych, bogatych facetów). Dilma może i ma swoje za uszami, ale usuwający ją ze stanowiska są niewątpliwie nieporównywalnie bardziej skorumpowani od niej, co powoli zaczyna wychodzić na jaw. Pod tym względem Brazylia jest od lat w głębokim kryzysie, bo od zawsze panuje tu piętrowa korupcja na skalę, przy której bledną wszystkie afery Rywina, starachowickie i hazardowe. Poza tym władza łapie się szelkich możliwych sposobów, używając drastycznych i represyjnych metod, żeby zaprowadzić porządek w dzielnicach nędzy (jest o tym film), ze średnim, jak dotąd skutkiem: jeśli chodzi o liczbę morderstw na 100 000 mieszkańców, Brazylia do tej pory utrzymuje się w pierwszej dwudziestce.

W tej atmosferze odbędą się tu zaraz Igrzyska Olimpijskie, chociaż lekarze apelują do WHO, żeby je przenieść albo przesunąć, z uwagi na zagrożenie wirusem Zika (mnie już prawdopodobnie dopadło to świństwo w Kolumbii) i dengą.

paulo

Nie jest jednak tak źle: to dalej kraj samby, kawy, Amazonii, pięknych ludzi, operacji plastycznych, caipirinhi i futbolu. Chociaż akurat entuzjazm co do tego ostatniego nieco tu opadł po tym, jak nasi zachodni sąsiedzi spuścili Brazylijczykom na ich własnym boisku na ostatnich Mistrzostwach Świata tak koncertowy łomot. Moim zdaniem jest to jednak żaden wstyd w porównaniu z faktem, na świecie sprzedano już ponad 200 milionów egzemplarzy Alchemika w 80 językach i nie ma przed tym zalewem bezguścia żadnego ratunku (Paolo Coelho jest tym samym najpoczytniejszym brazylijskim pisarzem, o czym usilnie staram się zapomnieć). To jest dopiero brazylijska zaraza, a nie jakaś tam Zika.

São Paulo to z kolei największe miasto na całej półkuli. Mieszka tu 21 milionów ludzi, ale w ogóle tego nie czujemy, bo miasto nie jest ani szczególnie zatłoczone, ani zasmrodzone ani brudne, czego nie można powiedzieć o paru innych trzecioświatowych metropoliach podbnych rozmiarów, typu Kair, Bombaj czy Delhi, które wyglądają, delikatnie mówiąc, jak karnawał w sraczu. Spodziewałam się zatem stać cały dzień po kostki w gównie, a zobaczyłam parki, skwery, wieżowce i – rzecz jasna – dzielnice nędzy, które jednak nie wyglądają już tak potwornie, jak na filmach z lat dziewięćdziesiątych. Niby stolica jest gdzie indziej, ale to tu jest centrum brazylijskiego życia, sztuki i finansjery. Mieszka tu całkiem sporo japońskich imigrantów (sushi zatem po cenach dumpingowych), podobnie jak libańskich, polskich, tureckich, włoskich i żydowskich. Wychodzi z tego bardzo przyjemna, kolorowa mieszanka, no prawie, prawie jak Buenos Aires.

Zdjęcia tu.

portal   azjatki