Kambodża: Phnom Penh

Choeung Ek dziś wygląda jak zwykły podmiejski ogród z pagodą w środku. Równo przystrzyżone klomby, staw, kwiaty, motyle. Między 1974 a 1979 rokiem, przy akompaniamencie rewolucyjnych piosenek z rozwieszonych na drzewach głośników, kilkunastoletni chłopcy z Czerwonych Khmerów zamordowali tutaj ponad 20 tysięcy ludzi.

   

Więźniów na pola śmierci przywożono z położonej w centrum miasta katowni Tuol Sleng (S-21), mówiąc im, że są przenoszeni w inne miejsce, że będą pracować na wsi, tak jak reszta populacji, która została przymusowo wysiedlona z miast. Naboje były drogie, więc zabijano zazwyczaj przez uderzenie w głowę tępym przedmiotem lub poderżnięciem gardła. Niemowlęta zabijano, uderzając nimi o drzewo, które do dziś tu stoi, oznaczone tabliczką „the Killing Tree”.
Wszystkich ciał nigdy nie ekshumowano: kości i ubrania do tej pory wystają z ziemi – od czasu do czasu są zbierane przez pracowników muzeum i umieszczane we wnętrzu pagody.

   

Masowych grobów, takich jak ten w Choeung Ek, jest w Kambodży ok. dwudziestu tysięcy. Na polach śmierci, w obozach pracy, w więzieniach, z głodu lub przemęczenia zginęło podczas rządów Czerwonych Khmerów od 2.5 do 3 milionów ludzi, czyli ponad jedna czwarta ówczesnej populacji. Jakimś sposobem, kiedy w 1978 roku przyjechała tam delegacja szwedzkich komunistów, udało im się ten fakt przeoczyć i po powrocie opisywać rzekome sukcesy Demokratycznej Kambodży w europejskiej prasie (jest o tym książka).

   

W styczniu 1979 roku, kiedy wojska wietnamskie wkroczyły do Phnom Penh, zastali niemal kompletnie opuszczone miasto. W Tuol Sleng, dawnej szkole średniej, zamienionej na więzienie, znaleźli w salach tortuch 14 ciał, niemożliwych do zidentyfikowania. Z ponad 17 000 więźniów Tuol Sleng przeżyło tylko siedem osób. Wszyscy byli fotografowani tuż po aresztowaniu i często również po śmierci, jeśli zginęli przed wywózką do Choeung Ek. Te makabryczne zdjęcia wiszą dziś na ścianach muzeum. Tortury nie miały na celu zdobycie jakichkolwiek przydatnych reżimowi informacji, a jedynie przyznanie się więźnia do zarzucanego mu sabotażu, kradzieży czy wspópracy z obcymi służbami. Aresztowany i zabity w 1974 roku nowozelandzki żeglarz, Kerry Hamill (jego łódź zgubiła kurs podczas sztormu u wybrzeży Tajlandii), podczas tortur jako swoich rzekomych mocodawców w CIA wskazał takie postaci jak Sergeant Pepper (z albumu Beatlesów) i Colonel Sanders (widniejący w logo KFC), co zostało skrupulatnie odnotowane w więziennych archiwach.

   

Phnom Penh, rzecz jasna, jest dzisiaj przyjemnym, nowoczesnym miastem z wyraźnym, francuskim kolorytem. Gdzieniegdzie znajdziemy odrestaurowane buddyjskie świątynie i królewskie pałace, bulwary, podniszczone francuskie szyldy i kamience w stylu art deco. Więzienie S-21 obrosło w osiedla, sklepy, restauracje, stoiska z pamiątkami i knajpy dla turystów. Zastanawiające jest jednak, jak mało na ulicach widać starszych ludzi. Nikt już prawie nie mówi tu po francusku (mimo, że protektorat skończył się dopiero w 1953 roku), może dlatego, że poligloci, albo nawet posiadacze francuskiej literatury, byli pierwsi w kolejce pod topór.

Fakt, że zepchnięci przez wojska wietnamskie do dżungli Czerwoni Khmerzy oficjalnie reprezentowali Kambodżę w ONZ aż do 1993 roku brzmi dzisiaj jak ponury żart, podobnie jak fakt, że większość katów nigdy nie została osądzona.

Więcej zdjęć z Phnom Penh tutaj.