Urugwaj: Colonia – Montevideo

Kiedy po dwóch godzinach leniwego snucia się promem między szuwarami wreszcie dopływasz na drugą stronę rzeki La Plata, od razu widać, że dotarłeś do światowej stolicy marihuany: miasteczko Carmelo, mimo poniedziałku i rześkiej, jesiennej tempatrury, nie wykazuje absolutnie żadnej aktywności. Samochodów jest mało i jeżdżą powoli, jakby bały się kogoś potrącić (a nie ma przecież kogo), sklepy zamknięte, bary nieczynne, bank otwierają o trzynastej.

stolik   kocur

Chyba na tym właśnie polega urok Urugwaju: nikt nie pamięta, kiedy ostatni raz coś się tutaj wydarzyło, ale również nikomu to nie przeszkadza, a wręcz odnosimy wrażenie, że tak powinno być. Od granicy do granicy tylko trawiaste pagórki, wysmagane wiatrem parterowe miasteczka, konie i krowy. Wszędzie krowy. Mają nad ludźmi przytłaczającą przewagę liczebną: na każdego Urugwajczyka (których jest tylko 3.4 miliona) przypada 3.8 sztuk bydła. No i te zardzewiałe samochody, stare Volksvageny, kamienne domki i uliczki wybrukowane kocimi łbami: wszystko kameralne i pocztówkowe.

ulica1   zalatrnie

Nawet Montevideo jakoś się szczególnie nie wysila, żeby udawać duże miasto z prawdziwego zdarzenia. Niby są tu jakieś okazałe budynki, dziewiętnastowieczne kamienice, gdzieniegdzie wieżowce. Ale nie ma śladu po wielkomiejskim pośpiechu Buenos Aires: mieszkańcy paradują z termosami do mate, a co poniektórzy zupełnie spokojnie popalają na ławkach skręty, w przerwie na kawę. Każdy może mieć tu swoje drzewko i dowolnie z niego korzystać, bo Urugwajczycy, jako społeczeństwo cywilizowane, zauważyli że nikomu to specjalnie nie szkodzi, a o wiele mocniejsze syfy oraz proste trucizny można kupić na całym świecie w aptekach bez recepty, o supermarketach nie wspominając. Po latach brutalnej dyktatury, Urugwaj wykonał nieprawdopodobną wręcz woltę, i stał się „jedyną pełnoprawną demokracją w Ameryce Południowej” (zdaniem the Economist): nie ma istotnych problemów z korupcją, przestępczością, wolnością prasy i zgromadzeń, społeczeństwo jest bogate, laicki i tolerancyjne, legalne są małżeństwa między osobami tej samej płci, oraz kobiety miały tu prawo do rozwodu już w 1913, a do głosowania w wyborach już od 1927, czyli o wiele wcześniej niż w sąsiednich krajach. Symbolem tutejszego stylu życia jest niewątpliwie niezwykle popularny był prezydent, José Mujica, który jako lewicowy rebeliant spędził 13 lat w więzieniu w czasie dyktatury, a jako polityk odmówił przeniesienia się do pałacu (do dziś mieszka na małej farmie na obrzeżach Montevideo), jeździł starym Volkswagenem i nigdy nie nosił garnituru.

samochod    zaglowka

 

Niemniej jednak maj nie jest najlepszym momentem na odwiedzenie Urugwaju, bo popołudniowy wiatr znad pampy urywa głowę. Teoretycznie, zgodnie z tytułem bloga, to już koniec trasy. Ale dzięki uprzejmości linii lotniczych Condor, której ceny na tych trasach są wręcz niepokojąco niskie, w bonusie dostaniecie jeszcze jeden kraj.

scniana

Zaraz będzie Brazylia.

Zdjęcia z Urugwaju tutaj.

 

Argentyna: Buenos Aires

Buenos, istotnie, jest boskie. Po bazarowo-nijakich środkowoamerykańskich stolicach, brudnej Limie, zimnym La Paz i zadymionym Santiago nareszcie mamy miasto, które nadaje się do życia. Gdyby nie to, że praca wzywa, i czas wygenerować trochę PKB w jakiejś stabilnej, wymienialnej walucie (czego nie można powiedzieć o pesos), zupełnie na serio rozpakowałabym tu plecak na stałe. A oto dlaczego:

buenos   gardel

 

  1. Buenos zbudowano z nowojorskim rozmachem, paryską elegancją i madryckim wdziękiem. Jest rzeka, jest metro, jest port, są kina, teatry, galerie, muzea, kluby jazzowe, wiedeńskie kawiarnie i największy meczet w Ameryce Południowej. Oraz 14 milionów ludzi. Zawsze było to miasto totalne, gdzie reszta świata uciekała przed wojnami, biedą, beznadzieją (Polacy, Hiszpanie) albo sprawiedliwością (Naziści), skutkiem czego powstało miasto-mozaika, otwarte, tolerancyjne i bogate, nawet w czasie najmroczniejszej, wojskowej dyktatury (1976-1983) czy peronistycznego szaleństwa. W Nowym Jorku jest zbyt zimno, w Londynie leje, w Berlinie mówią po niemiecku, a w Paryżu mieszkają Francuzi. Zatem zostaje Buenos Aires.
  2. Mieszkam w dzielnicy żydowskiej, gdzie koło mnie w supermarkecie zakupy robią pejsaci panowie w chałatach. Bezdyskusyjnie uwielbiam takie klimaty. Gdyby towarzystwo jeszcze mówiło w jidysz, to chyba bym ich z miejsca wyściskała, ale niestety raczą mówić wyłącznie po hiszpańsku.
  3. Buenos Aires ma najwięcej księgarni na świecie w przeliczeniu na jednego mieszkańca. (I są to księgarnie nie byle jakie. Na przykład: El Ateneo). Poza tym miłośnicy literatury na widok cienistych, zabazgranych uliczek w Palermo, San Telmo albo la Boca cieszą się jak małe zwierzęta, bo są to krajobrazy żywcem wyjęte z opowiadań Borgesa i Cortazara, „Gry w Klasy” (kto nie czytał, niech się wstydzi), o dziennikach Gombrowicza nie wspominając.
  4. Porteños mają zdrowy dystans do wszystkiego poza piłką nożną (tu akurat żartów nie ma), nie wyłączając słynnych Argentyńczyków. Można w miejscowych sklepach z pamiątkami zakupić pluszowego Papieża Franciszka (rodowitego porteño), Che Guevarę w formie wycinanki, albo zrobić sobie zdjęcie z sobowtórem Maradony w El Caminito.
  5. Mieszkają tu bez wątpienia najprzystojniejsi mężczyźni na świecie. Argentyńczycy to w 50% potomkowie imigrantów z Włoch, w 25% z Hiszpanii i 25% z reszty Europy, w tym Żydów z Polski. To się po prostu nie może nie udać.
  6. Buenos to jedna ze światowych stolic tatuażu. Wydziarane są pielęgniarki, kasjerki, kierowcy autobusów, urzędnicy na poczcie i lekarze. Nawet hollywoodzkie gwiazdy przyjeżdżają się tu pokolorować.
  7. Nie ma nic lepszego niż rozmowy z porteños o polityce. Jedni twierdzą, że dwanaście lat rządów Kirchnerów to katastrofa, i cieszą się, że ostatnie wybory wygrała prawica z Mauricio Macrim na czele. Inni, że to koniec, kaplica, tragedia, i wskazują na drastyczne podwyżki cen, rosnącą biedę i strach przed powrotem starej elity z czasów dyktatury. Jedni mówią, że peronizm to najgorsza zaraza, jaka kiedykolwiek spotkała Argentynę, a inni, że przeciwnie, nic lepszego nie wymyślono. Wnioskuję zatem, że jedno i drugie to gruba przesada, a musical Evita to jednak potworna, sentymentalna ściema.
  8. Z Argentyny wraca się o kilka kilo grubszym, i nic tu nie pomoże wegetarianizm. Bezdyskusyjnie najlepsze gelati na świecie są w Scannapieco, Jauja i Cadoré, a pizza w Las Cuartetas przegonila najlepszy włoski pierwowzór. Jak nie wierzycie, to sami sprawdźcie.

recoleta   madero

Zdjęcia tu.

 

Argentyna: Mendoza – Córdoba

Pewnie się domyślacie, że tutaj obecnie panuje listopad.

Poza mżawką, wiatrem i dużą ilością gorącego mate, oznacza to dwie rzeczy:

Pierwsza: wydostanie się z Chile trwa cztery dni. Przejście graniczne Los Liberadores, położone bardzo wysoko w Andach, zostaje sparaliżowane przy pomocy śniegu na 72 godziny. Odgruzowane, szybko zostaje zablokowane po raz kolejny, tym razem przez zastępy Argentyńczyków, którzy jeżdżą do Santiago kupować elektronikę, meble, AGD i co tylko się da, ponieważ w Argentynie produkty luksusowe i z importu są absurdalnie wręcz drogie. Tym sposobem, ponieważ chilijska policja jest wyjątkowo bezlitosna, podróż do Mendozy trwa bite piętnaście godzin.

Druga: w Mendozie właśnie skończyło się winobranie, zatem spędziłam cztery dni na zupełnym gazie.

Argentyna, mimo tego, że kiedyś była jednym z najbogatszych państw świata, teraz ma gospodarkę postawioną na głowie do tego stopnia, że miejscowi są kompletnie wyluzowani na punkcie pieniędzy. Stopa inflacji obecnie wynosi 35% w skali roku, więc jakiekolwiek oszczędzanie jest zupełnie pozbawione sensu. Od czasu katastrofy gospodarczej w 2002 roku żyje się tu w przeświadczeniu, że w każdej chwili można stracić oszczędności, a pieniądze to tylko kupa papieru, którą najbezpieczniej jest trzymać w tapczanie, albo od razu zamienić na chilijską lodówkę lub dwie krowy. Kiedy zatem wreszcie w środku nocy dotarłam do Mendozy, znalezienie bankomatu, który raczyłby udostępnić mi jakąś gotówkę, zajęło mi kolejne dwie godziny, ponieważ wszystkie były kompletnie opróżnione. A kiedy dwa dni później na dworcu w Carlos Paz ktoś zajumał mi portfel, miejscowi wyjaśnili mi z właściwym sobie czarnym humorem, że przecież nic się nie stało, bo lokalna waluta i tak jest kompletnie bezwartościowa, i w razie czego zawsze mamy w domu dwa upasione kundle, z których można zrobić rosół.

Co by się nie działo, Argentyńczycy cieszą się życiem: palą jointy na przystanku autobusowym, piją mate i Fernet z Coca-Colą i objadają się włoskimi ciastkami. Jak dla mnie, to trochę przeginają z wołowiną – ulubionym sposobem spędzania niedzielnego popołudnia jest stanie z piwem w ręku dookoła paleniska z poćwiartowaną martwą krową (tzw. asado). Przeciętny Argentyńczyk rocznie zjada tyle wołowiny, ile sam waży, oraz twierdzi, że jedzenie kiełbasy na śniadanie, steków na obiad i żeberek na kolację nie jest niczym niezwykłym, ani broń Boże niezdrowym. W Mendozie z kolei hitem są wycieczki rowerowe od winnicy do winnicy, które u nas prawdopodobnie natychmiast zostałyby oprotestowane, bo po wizycie w dwóch bodegas nie ma na trasie do miasta ani jednego trzeźwego rowerzysty. Jeśli kiedyś tu zawitacie, polecam winnicę Carmelo Patti – właściciel, stary Sycylijczyk w tureckim sweterku, w pomieszczeniu wyglądającym jak osiedlowy garaż, sprzedaje rewelacyjne, jedenastoletnie Cabernet Sauvignon za 75 zł, oprowadza po piwnicach i twierdzi, że jego wino można pić tylko na siedząco i koniecznie w wolne popołudnie, bo inaczej jest niesmaczne. Dookoła pełno jest wielkich, komercyjnych, eksportowych bodegas, ale i tak wszyscy jeżdżą kupować wino do niego, gdzie nawet nie ma szyldu na drzwiach.

♪ ♫ ♬ Ale teraz – muszę jechać – do Buenos Aires! ♪ ♫ ♬

Zdjęcia tu.

Chorillana

… czyli ulubione danie Chilijczyków w wersji wegetariańskiej. Bierzemy: cebulę pokrojoną w plasterki, 4 obrane ziemniaki, sól, paprykę, pieczarki, żółty ser, awokado. Na patelni podsmażamy cebulę, pokrojone pieczarki i paprykę, dodajemy szczyptę oregano. W międzyczasie kroimy ziemniaki i smażymy w oleju (= frytki). Usmażone kładziemy na talerzu i posypujemy warzywami, serem i świeżym awokado pokrojonym w kostkę. Możemy też dodać jajko sadzone, szczypiorek i kukurydzę.