Peru: Cuzco

Dotarłszy do Cuzco, wysoko w peruwiańskich górach, z marszu trafiłam na wolontariat do Kokopelli (praca 4 dni w tygodniu = darmowe wyro, śniadanie i drinki). I co? I okazało się, że spędziwszy siedem bitych lat na uniwersytetach, w ambasadach i na stażach, i tak zdecydowanie najbardziej lubię stać za barem, kroić limonki, machać ścierą i bawić się szklankami. Nic nie daje mi tyle satyfakcji, co dobrze zrobione mojito i banda włąsnoręcznie przeze mnie upitych backpackerów. Zwłaszcza, jeśli mam do tego pełną kontrolę nad Spotify’em i mogę wprowadzić w całym lokalu mój własny terror muzyczny.

ulica    palmy

Wolontariat w hostelu takim jak Kokopelli polega na tym, że śpisz w pokoju, w którym razem z tobą siedzi i śmierdzi dwanaście osób z dziewięciu krajów, zmywasz, zamiatasz, nosisz skrzynki z piwem, uczysz sie robić perfekcyjne pisco sour i codziennie kładziesz się spać o piątej rano, podczas gdy reszta pokoju właśnie wyrzyguje dwucyfrową liczbę zrobionych przez ciebie caipirinhi. Do południa szwendasz się po mieście (np. wspinasz się do San Blas wypić chichę z Indianami) i okolicznych inkaskich ruinach albo łazisz na targ San Pedro, gdzie leżą wielkie kosze liści koki (na Okęciu by mnie za to wsadzili do więzienia, a tutaj to jak guma do żucia) i można kupić suszoną żabę, mumijkę z lamy albo barani łeb na wszelkie bolanie i kuśki stawanie.

gazeta   indianin

Ale dawna stolica Inków to nie tylko plac zabaw dla gringos i baza wypadowa do Macchu Picchu (pojadę w przyszłym tygodniu). Na przykład teraz trwa Wielki Tydzień i od Niedzieli Palmowej można na ulicy kupić pokutne rzemienie, wielkanocne słodycze, kadzidło i kwiaty, a w poniedziałek całe miasto żyło procesją „El Señor de los Temblores” („Władca Wstrząsów”). Miejscowi wierzą, że ta czarna, barokowa figura Chrystusa uratowała miasto przed zniszczeniem w gigantycznym trzęsieniu ziemi w 1650 roku i od tamtej pory co roku niosą go w procesji przez całe miasto, obrzucając purpurowymi kwiatami Ñucch i śpiewając. Figura jest przystrojona czerwonymi girlandami, które wyglądają jak płomienie, przed paso idą dmący w konchy Indianie w tradycyjnych strojach, a w tle słychać bicie dzwonów i mroczną muzykę, jak z „Ojca Chrzestnego”. Na koniec, już pod wieczór, kiedy kończy się procesja, wszyscy stają na Plaza de Armas twarzą do katedry, w tle wyją syreny strażackie, a na twarzach ludzi widać strach przed żywiołem.

temblores    platki

Zdjęcia tu i tam.

 

Peru: Jezioro Titicaca

Rozrzedzone powietrze, ostre słońce, chłód i liście koki w kieszeni. Tak zapamiętam Titicaca, gdzie doczłapałam się, wlokąc za sobą bandaże, bo jednak nie bardzo byłam w stanie wysiedzieć na kanapie. Nic dziwnego, że prawie wszystkie indiańskie kobiety chodzą tam w kapeluszu – na wysokości prawie 4000 m słońce jest morderczo ostre, a przez cały rok w nocy temperatura spada aż do zera.

Zazwyczaj najpierw jedzie się na pływające wyspy Uros, które stanowią kuriozum na skalę światową. Nie dlatego, że mieszkali (trudno powiedzieć, czy wciąż mieszkają) całe stulecia w chatkach z trzciny na pływających platformach na środku jeziora (ponoć uciekli przed inkaskimi najazdami), zajmując się łowieniem ryb, ale dlatego, że stanowią idealny przykład „disneylandyzacji” swojej kultury. Wyczaiwszy interes, wpuszczają łódki z turystami codziennie w inny sektor pływającego miasteczka, gdzie mają już zawczasu przygotowane stoisko z pamiątkami, restaurację, makietę wyspy, trzcinę do pogryzania i upiorne folkowe piosenki. Po czym wszyscy, jak twierdzą złośliwi, wsiadają w motorówki i wracają spać na stałym lądzie, do Puno. Trudno powiedzieć, jak jest naprawdę, ale raczej już tu nikt nie łowi ryb, bo i po co.

uros    sillustani

Wyspa Amantani z kolei jest prawie dwie godziny dalej w jezioro, o wiele dalej od miasta. Kiedy dobijasz do brzegu, wita cię naczelnik wioski w eleganckim kapeluszu i przydziela ci wyspiarskich „rodziców”, u których będziesz spać i jeść przez najbliższe dni. Na wyspie nie ma hosteli ani większych restauracji, a system rotacyjny zorganizowany jest tak, żeby wszystkie rodziny otrzymywały taką samą liczbę gości. Tym sposobem wylądowałam w ślicznym domku z ogródkiem, jadłam placki z quinoa i pomidorową domowej roboty, ale niestety nie dowiedziałąm się za dużo o tym, jak wyglądało dotychczasowe życie moich gospodarzy, albowiem prawie wcale nie mówią oni po hiszpańsku (na wyspie obowiązuje quechua). Z powierzchownych konwersacji wiem, że mają siódemkę wnuków, że Angélica najbardziej lubi haftować, a Angelino, poza tym, że produkuje najsmaczniejsze na wyspie pomidory, jest najlepszym akuszerem w miasteczku. Oboje za to nigdy nie byli u lekarza – radzą sobie przy pomocy ziół z ogródka. Nie mają telewizora, telefonu, prądu i bieżącej wody (prysznic tylko zimny), ale posiadają spore stado baranów, konie, kury i sad.

amantani   munya

Ostatni przystanek, Taquile, to wyspa, gdzie od razu wiadomo, który Indianin jest do wzięcia, a który nie. Żonaci, kawalerowie, narzeczeni i ci, którzy aktualnie rządzą w miasteczku – każdy nosi inną, kolorową czapkę, a kobiety pompony przy haftowanym szalu. Wygląda na to, że haftowanie jest tu ulubionym zajęciem dla wszystkich, ale zajmują się tym przede wszystkim mężczyźni – każdy chodzi z kłębkiem włóczki i szydełkiem pod ręką, i w zasadzie cały dzień coś tam dłubie przy jakimś szaliku (pewnie dlatego, że UNESCO postanowiło docenić ich talent, i miejscowe wyroby osiągają zupełnie paryskie ceny). Mieszkańcy, których jest ok. 4000, mówią w języku aymara i są bardzo dumni ze swoich obłędnie kolorowych strojów – na targu w Puno widać ich z daleka.

weaver   czapka

Więcej zdjęć tutaj. Następny przystanek: Cusco.