Peru: Arequipa i Kanion Colca

Opuściwszy oblegane przez kosmitów peruwiańskie pustynie, udałam się do burego, podwulkanicznwego Arequipa, co wszystkim polecam. Oczywiście nad miastem wisiały ciężkie, letnie chmury, więc nie widać było żadnego wulkanu (a są aż trzy), ale mają tam piękny, stary klasztor św. Katarzyny (miasto w mieście – korytarze, zaułki, freski, kwiaty oraz ciasto cytrynowo-śmietanowe z marakują pieczone przez siostry), katedrę i muzeum, gdzie tłumaczy się turystom jak i dlaczego Inkowie składali wulkanom ofiary z dzieci (jakaś niemiecka ekspedycja ściągnęła je z Misti i trzyma w lodówce, żeby zbadać zawartość żołądka). Ponieważ nie byłam w stanie znieść porykiwań wiecznie ubzdryngolonych backpackerów w moim hostelu (kryzys nastąpił, kiedy mój sąsiad puścił pawia pod łóżko, po czym spokojnie poszedł spać), postanowiłam wyjechać w góry, czyli w stronę Colca, drugiego najgłębszego kanionu na świecie.

klasztor1    arequipa1

Wioski są położone na brzegach doliny, gdzieś w połowie drogi między wulkanami i śniegami a tą morderczą rzeką na dole. Polazłam nawet na rekonesans do punktu widokowego (można tam zostać obsranym przez kondory), gdzie snułam bardzo ambitne plany włóczenia się brzegiem kanionu po tych wszystkich pipidówach, co się nazywają Chipichapinga albo Bangipungi jak egzotyczna choroba, można na nich dojechać tylko na osiołku, trwa to tydzień i cała populacja ma 800 lat i cztery zęby, oraz wszędzie biegają ubłocone barany. Jednak uniemożliwił mi to mój wrodzony brak koordynacji ruchowej, minus sześć z astygmatyzmem oraz bycie dupą wołową.
Nie mogę niestety powiedzieć, że leżę i stękam, bo zostałam zaatakowana przez drapieżnego kondora, albo że stoczyłam się w przepaść jak Indiana Jones, bo dzięki wyżej wymieninym darom od losu właśnie zrobiłam sobie dziurę w nodze przy pomocy chodnika, idąc wieczorem za plebanię po bułki.
[Tu następuje aplauz czytających]

domek    kobieta

Na placu w wiosce Cabanaconde jest tylko jedna dziura. Przed kościołem, i to nawet nie taka duża. Oczywiście nie mogłam przejść koło niej obojętnie, musiałam się w nią wpieprzyć tak niefortunnie, że dzisiejszy dzień rozpoczęłam od doczołgania się bladym świtem do ośrodka zdrowia, gdzie miły Pan Doktor założył mi cztery szwy i powiedział, ze będę miała fajną pamiątkę z Peru. Podobno w kółko jakiegoś z naszych składają do kupy.
A zatem w naszym ekstramalnym salonie piękności jest nowa usługa: peruwiański peeling chodnikiem. Przekonałam się też, że kiedy się mnie rozkroi to wyglądam tak samo, jak karkówka w Biedronce, oraz że życie robi się skomplikowane jak japoński teleturniej, kiedy okazuje się, że przez najbliższe dwa tygodnie nie wyprostujesz prawej nogi.  Mam teraz bardzo dużo czasu, żeby odpisać na mejle, czytać gazetę (co z bólem czynię) oraz siedzieć na kanapie, patrząc, jak nad wulkanami gromadzą się chmury, i jak Francuz spod dwójki umiera na zemstę Atahualpy. Towarzyszy mi tu też pies na trzech nogach, więc już zostaliśmy okrzyknięci hostelowym kącikiem inwalidy.

kanion1    paramo1
Wpłaty możecie kierować na moje konto, z dopiskiem „jesteś skończoną niezdarą”.

Więcej zdjęć tutaj.

Jak przestać pakować się jak idiota.

Chcesz pojechać na drugi koniec świata, zasuwać po górach i dolinach, pływać w morzu, pięknie prezentować się na zdjęciach, być przygotowanym na każdą ewentualność, a najlepiej jeszcze zabrać ze sobą swoją ulubioną podusię, psa z budą i playstation.
To już lepiej zostań w tych Kielcach albo pojedź na all-inclusive, bo jeśli nie zabierasz ze sobą płatnego tragarza z plemienia Sherpa, to musisz się przygotować na plan minimum.

Oto krótki poradnik co zrobić, żeby mieć przy sobie najpotrzebniejsze rzeczy, przetrwać w pustyni i w puszczy, ale zarazem nie podróżować w sandałkach i o lasce jak Mahatma Gandhi.

1. Nie zabieraj ze sobą nic, na czym ci bardzo zależy, bo jeśli będziesz w drodze wystarczająco długo, prawie na pewno połowę rzeczy zepsujesz, a drugą połowę zgubisz. Może być tak, że kiedy dojedziesz do ostatniego punktu programu, klamoty, które nosisz na plecach będą zupełnie inne niż te, z którymi przyjechałeś. Na twoim ulubionym t-shircie będą plamy od sosu, repelentu i cholera wie czego jeszcze, jeansy się przetrą na dupie, zgubisz połowę skarpetek, majtki niby się zgadzają liczbowo, ale połowa prawie na pewno nie jest twoja, poza tym masz po jednym kolczyku od każdej pary oraz jest to twoja siódma ładowarka. Przy odrobinie szczęścia i jeśli ograniczysz włóczenie się po mieście po pijaku, do domu wrócisz z kartą kredytową, paszportem w kieszeni i lekko nadpsutą elektroniką. Resztę możesz od razu spisać na straty.

2. Nie ma dobrego sposobu na przewożenie pieniędzy. Jeśli dodatkowo jedziesz, tak jak ja teraz, przez siedemnaście krajów, z których każdy ma inną kolorową i bezużyteczną walutę, masz zasadniczo dwie opcje. Możesz zabrać część gotówki w jakiejś fajnej, drogiej odmianie (dolary, funty, euro. Złotówki ewentualnie możesz pokazywać współpasażerom, tłumacząc kto to taki Mieszko I). I lepiej trochę weź, przyda się wtedy, kiedy nigdzie nie będzie bankomatu, a zapragniesz kupić sobie Inca Colę. Rzecz jasna narażasz się, że ktoś ci te twoje papierowe skarby podpierdoli, przystawiając ci w Santa Marta pistolet do skroni, albo je zgubisz (patrz punkt pierwszy), zwlaszcza, jeśli wpadłeś na genialny pomysł trzymania wszystkiego w którejś z tych mikrotorebeczek, co się je nosi pod ubraniem. Zatem weź sobie kilkaset dolców, awaryjnie, ale się do nich specjalnie nie przywiązuj. Możesz też zabrać kartę kredytową, co jest lepszym rozwiązaniem, bo nawet, jeśli ją zgubisz albo ci ją zajumają (czy też skopiują, co mi się przydarzyło w Hondurasie), to zawsze da się ją zablokować telefonicznie. Wtedy jesteś co prawda w obcym kraju, bez karty i bez grosza, ale przynajmniej twoje zaskórniaki siedzą sobie grzecznie w banku. Ustaw sobie zawczasu dzienne limity transakcji na takim poziomie, żeby ewentualny złodziej za dużo ci nie zwinął, jeśli dobierze ci się do konta.
Ale generalnie, jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu.
Miej wobec tego trochę gotówki (zawsze się przyda), kartę (żeby wszystkiego nie przepić) i drugą kartę (gdyby tamta przepadła).

3. Kup sobie Kindle’a. Jasne, że papierowe książki są cudne i romantyczne jak piosenka Springsteena, ale weź nie pierdol. Kiedy będziesz dyrdał dwa kilometry po błocie, pod górę i w deszczu, z plecakiem wypełnionym swoimi ukochanymi powieściami, wspomnisz moje słowa.

4. Zabierz ze sobą wiadro prezerwatyw. Tak, ja wiem, że wydaje ci się że kochasz Józka/Zosię do grobowej deski, ale zapewniam cię, że jak w pierwszym lepszym hostelu w Hondurasie będziesz się zastanawiać czy najpierw wyrywać ślicznego gitarzystę z Izraela, czarującą terapeutkę z Buenos Aires, hot blogera z Francji czy może wszystkich na raz, to twój Józek/Zosia z Widzewa szybko stanie się smrodem historii i będziesz się przed nimi chował na Whatsappie do końca wyjazdu.

5. Z kolei, zwłaszcza, jeśli masz pecha i jesteś kobietą, nie zabieraj ze sobą tony kosmetyków. Jeśli jesteś paskudna, to i tak ci nic nie pomoże, a jeśli nie, to parę miesięcy bez dwugodzinnego makijażu dobrze ci zrobi, bo przypomnisz sobie, jak naprawdę wygląda twój ryj. Jeśli jedziesz w nieznane wyposażona w Tindera, z zamiarem międzynarodowego podrywu, to wiedz, że w hostelach wszyscy są obdarci, rozczochrani i niedomyci, więc jak będziesz śmierdzieć płynem na komary i chodzić w dziurawych skarpetkach, nikt nie będzie miał do ciebie o to pretensji. Zatem o ile nie jesteś wędrowną akwizytorką AVONU i nie chcesz wydłubywać pudru z dna walizki na dworcu w Bogocie, to pakujesz się skromnie jak zakonnica do Ciechocinka i zabierasz: dezodorant, spray na komary, krem z bardzo mocnym filtrem, szampon, mydło, żyletkę, szczotkę do zębów z pastą w formacie travel i wszystko zaklejone duct tapem, żeby nie wybuchło w samolocie. Biżuterię zgubisz, perfumy ci się stłuką, a kosmetyki są na całym świecie takie same. Pytania?

6. W razie, gdybyś szybko musiał spakować się i spierdalać (bo zapomniałaś nastawić budzik, a zaraz odjeżdża jedyny tego dnia autobus do innego miasta), miej wszystko, WSZYSTKO zapakowane w oddzielne pojemnikoworkosaszetki, żeby nic się nie walało po plecaku ani nie dyndało z boku. Gacie czyste – wór 1, gacie brudne – wór 2, elektronika i kable – wór 3, kosmetyki i inne pierdoły – wór 4. W ten sposób wrzucasz wszystkie wory do plecaka z półobrotu i wio.

7. Tak naprawdę potrzebne ci są tylko dwie pary butów. Na podróż i na resztę życia. Jedne zakryte i wygodne, do popitalania po górach albo jak jest zimno (kombinuj tak, żeby były lekkie i z gore texem, jak cię stać), oraz sandałki vel klapki na plażę/pod prysznic. Co do ciuchów, to proponuję najwyżej cztery zmiany, bo jest to najbardziej upierdliwa i ciężka część bagażu. Nie ma sensu nic zabierać na zapas, w ostateczności, jeśli zgubisz albo zepsujesz, to zawsze możesz tanio kupić nowe (albo zgarnąć z któregoś z gift boxów w hostelu). Zużywasz, pierzesz, znowu zużywasz. Najlepiej wszystko w podobnym kolorze (czarna bielizna (x4), ciemne jeansy (x1), ciemne t-shirty (x4), ciemna kurtka (x1), ciemny polar (x1)), żeby się łatwiej prało i żeby wszystko do wszystkiego pasowało. Zanim cokolwiek zabierzesz, cztery razy się zastanów, jaka jest szansa, że ci się to przyda.

8. Miłośnikom wożenia ze sobą dwudziestu kilogramów leków na każdy możliwy kolor sraczki mówimy – jesteście debilami. Po pierwsze pewnie nie zachorujesz. A jak już zachorujesz, to kupisz sobie cały bajzel na miejscu, w dodatku będzie taniej, szybciej i nie będziesz się pierdolić z jakimiś papierkami, saszetkami i całym tym szajsem w plecaku. Zatem, jeśli nie przyjmujesz żadnych leków codziennie (bo jesteś cukrzykiem albo masz depresję), to nie woź ze sobą całej apteczki, bo to żałosne. Jak już koniecznie musisz, to weź plaster, paracetamol, strepsils i aviomarin, jeśli masz tendencję do pawia na zakrętach.

9. Zazwyczaj nie ma sensu czegokolwiek zabierać na zapas (dwa szampony, dwa mydła, zapasowe baterie, zapasowe to, tamto i sramto). O ile nie jedziesz do środkowej Zambii, dzięki globalizacji wszędzie znajdziesz dziś wszystko. Oszczędzisz sobie noszenia, miejsca w walizce i masz mniej klamotów do pilnowania. Odkryłam poza tym, że nieważne, czy jedziesz na tydzień czy na pół roku, zasadniczo będzie ci potrzebne to samo, więc długość wyjazdu nie wpływa na wagę bagażu. Kalkuluję, że moje obecne wygłupy potrwają w sumie 10 miesięcy. Mój plecak numer jeden (duży) waży 13 kg (i to tylko dlatego, że mam w nim namiot (3 kg), śpiwór i materac), a plecak numer dwa (mały) ok. 2 kg, bo nigdzie się nie ruszam bez laptopa. I dalej uważam, że to jest o wiele za dużo, oraz zamierzam na kolejną wyprawę zabrać zdecydowanie mniej.

10. Warto mieć: mały śpiwór albo samolotowy kocyk do zawijania się w wyziębionym autobusie; adapter do różnego typu gniazdek; mały notes i długopis; chustę/bandanę; pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak i na samego siebie; wór na ciuchy (x2); coś wodoszczelnego na paszport i kasę; nóż; ęcznik szybkoschnący; coś do dezynfekcji rąk; mokre chusteczki; zapas tamponów (jeśli miewasz miesiączki), bo w niektórych krajach tego nie sprzedają. A jeśli dalej nie wiesz, jak się spakować, posłuchaj, co na ten temat mówi niezapomniany George Carlin.

Peru: Huacachina, Ica, Nazca

Po jaką cholerę było Peruwiańczykom rysować na środku pustyni wielką małpę? Widoczną dopiero z kilkudziesięciu metrów?

Różni mądrzy ludzie z całego świata od dawna próbują odpowiedzieć na to pytanie, ale jakoś do tej pory za bardzo nie wiadomo, a Daeniken oczywiście jak zwykle próbuje wszystko zwalić na kosmitów. Równie dobrze można powiedzieć, że Rosjanie, sztuczna mgła i brzoza.

Rysunków jest mnóstwo, nie bardzo z nich cokolwiek wynika, no i z wieży przy autostradzie koło Nazca widać w gruncie rzeczy tylko kawałek jednego. Na wieżę wlazłam i to było na tyle, bo jeszcze mi doszczętnie nie odbiło, żeby latać nad pustynią peruwiańskim kukuruźnikiem tylko po to, żeby zobaczyć wielkiego ptaka. Inne ryzykowne rzeczy robię z wielką chęcią i kompulsywnym zapałem (uliczne jedzenie, pisco sour, Tinder), ale nawet z Boeinga Lufthansy nie wyjrzę przez okno, a już co dopiero z tych latających trumienek.

Bezkresna peruwiańska pustynia może i jest pełna tajemnic, ale po tych egipskich, jordańskich, jemeńskich, indyjskich i marokańskich jest to dla mnie po prostu kolejna ładna sterta piachu, zwłaszcza, że w jedynym regionalnym muzeum w Ica (gdzie znajdziemy prekolumbijskie mumijki) odbiłam się od drzwi z uwagi na remont.

Posiedziałam za to dwa dni w mikroskopijnej oazie Huacachina, która jest w gruncie rzeczy małą, zakurzoną piaskownicą dla gringos, ale ładnie się prezentuje z wysokości okolicznych wydm. Można tam cały dzień pić piwo nad zarośniętą zatoczką (podobno mieszka w niej porywająca mężczyzn syrena), a wieczorem wleźć na wydmę i wpaść w melancholijny nastrój.

Co robisz, kiedy czekasz na zachód słońca? Robisz rachunek wszystkich ostatnich błędów, wygłupów i idiotyzmów oraz dochodzisz do wniosku, że skoro taka ich obfitość, to nie zaszkodzi popełnić jeszcze jeden, czyli wejść na Skyscannera i kupić sobie bilet na Rapa Nui.

Tym sposobem trasa do Urugwaju ulega poważnemu wydłużeniu, ale dotrę, w swoim czasie.

Panama: dokąd, jak, za ile.

Jeśli przeraża nas kostarykańska drożyzna, a mamy ochotę na odrobinę luksusu, Panama powinna nas usatysfakcjonować. Co prawda kolonialnej architektury tu nie zaznamy (poza jedną marną dzielnicą w Panama City), podobnie jak przepysznej latynoskiej kuchni, ale dżungli, gór i plaż jak najbardziej.

Transport: Autobusy są całkiem niedrogie, za to – uwaga – wymrożone do granic możliwości. Na całonocne podróże autobusem ubieramy się jak na narty do Norwegii, a najlepiej zawijamy w śpiwór, bo kierowcy nie znają umiaru, jeśli chodzi o klimatyzację. Uwaga: przy wjeździe do Panamy zazwyczaj wymagane jest okazanie biletu na dalszą podróż, więc jeśli nie chcemy mieć nieprzyjemności, dla świętego spokoju pobawmy się jakimś starym PDFem z biletem lotniczym, zmieniając daty i miasta. Przykładowe ceny: Boquete – David: 1.75 USD, Almirante – Bocas (łódka): 4 USD, David – Panama City: 15 USD, Changuinola – Panama City: 28 USD. Jeśli chcemy się dostać do Kolumbii, trudno będzie to zrobić drogą lądową, z uwagi na Darien Gap, czyli nieprzebytą dżunglę wzdłuż granicy. Do wyboru mamy samolot (Viva Colombia, Air Panama, ceny od 50 do 100 USD w jedną stronę) lub hiperdrogie rejsy żaglówką (zazwyczaj do Cartageny lub Capurgana), w cenie od 350 do nawet 650 USD (w sezonie), połączone ze zwiedzaniem archipelagu San Blas (cudne, ale mnie na takie gringady obecnie nie stać).

Spanie: Jeśli jesteśmy w stanie znieść wieloosobowe pokoje w hostelach, zapłacimy od 10 do 15 USD za łóżko, często razem ze śniadaniem. Polecam: Hostal Mamallena w Boquete, Hostel Heike na Isla Colón, Hostal Bastimentos na Isla Bastimentos i uroczy Luna’s Castle w Panama City.

Jedzenie: Jak dla mnie, Panama to kulinarna pustynia. Mięsożercy dostaną dość przeciętne, ale jadalne międzynarodowe jedzenie, a mnie pozostaje tylko fasola z ryżem, i to niezbyt tania. Za posiłek w najtańszej restauracji zapłacimy 5-6 USD, na Bocas del Toro (zwłaszcza Bastimentos) trochę taniej, jeśli trochę poszukamy i jesteśmy przygotowani na jednodaniowe menu.

Chlanie: Wybór jest spory, ale jakość taka, jak w całym regionie, czyli bez rewelacji.

Zwiedzanie i na góry włażenie: Panamskie atrakcje to przede wszystkim dzika przyroda, ale ceny są dość przystepne. Za dojazd pod wulakn Baru zapłacimy z Boquete 10 USD, za wycieczkę po co ładniejszych plażach na Bocas del Toro: od 20 do 30 USD.

Płacenie: W Panamie płacimy dolarami, ale w obiegu są również „Balboas”, czyli „lokalne” dolary. 1 balboa = 1 USD. Bankomaty są, ale kartami zapłacimy tylko w większych hotelach i sklepach.

Chorowanie: Raczej bezpiecznie, ale od czasu do czasu jest szansa na epidemię dengi albo i chikungunya. Tradycyjnie opędzamy się od komarów.

Kiedy jechać: W Panamie cały rok jest podobna pogoda, chociaż w listopadzie (dla przykładu) w Panama City lało tak straszliwie, i dzień w dzień, że ledwo dało się wyjść na ulicę, a samolot do Kolumbii odleciał z grubym opóźnieniem.

Peru: Lima

Piach zaczyna się zaraz za ekwadorską granicą. Właściwie żadna część tego kraju nie nadaje się do zamieszkania: nad oceanem pustynia (kamory, wydmy, kaktusy), dalej góry (lamy, kondory, koka), a za plecami amazońska dżungla (węże, piranie, malaria). Jeszcze od czasu do czasu wojna (hiszpański najazd, maoistyczna bojówka), dyktatura albo trzęsienie ziemi, żeby się nikomu nie nudziło. Zwłaszcza ostatnie kilkadziesiąt lat wygląda dość rozpaczliwie: hiperinflacja w latach osiemdziesiątych (nawet 5% dziennie), Świetlisty Szlak (niezliczone mordy i zamachy, w tym na dwóch polskich franciszkanów), a potem, aż do 2000 roku, dyktatura Alberto Fujimori, czyli kolejne mordy i zamachy, tym razem pod pretekstem zwalczania Świetlistego Szlaku – Fujimori właśnie odsiaduje karę 25 lat więzienia za swoje szwadrony śmierci, a jego córka, Keiko, kandyduje na urząd prezydenta (i może nawet wygrać. Wybory w kwietniu).

lima3   lima2

Jako Polacy jesteśmy tutaj znani i lubiani (nareszcie nie muszę tłumaczyć, że nie jesteśmy Rosją/częścią Argentyny/nie mówimy po niemiecku), bo nie tylko polski inżynier wybudował im tutaj kolej transandyjską, polscy emigranci walczyli w tutejszych wojnach, ale również jest tu całkiem sporo polskich archeologów, którzy co jakiś czas coś odkopią, oraz polskich podróżników. Liczę na to, że na jakichś trafię.

Zatem, podążając śladami Donka (też sobie kupię taką czapkę), trafiłam do Limy, gdzie od razu mi się przypomniała duszna, syfiasta atmosfera „Rozmowy w ‚Katedrze'” oraz kairskie slumsy, albowiem jest to miasto cokolwiek potworne. Rozwleczone po okolicznych pustynnych wzgórzach, zaczyna się od zakurzonych osiedli z blachy falistej, które po dwóch godzinach stania w korku zamieniają się w obdrapane i zawalone stertami tandety centrum. Coś się niby zaczyna, ale niemrawo i bez przekonania. Niby są parki, kościoły, muzea, knajpy, ale atmosfera jest cokolwiek bazarowa, chyba, że wybierzemy się do Miraflores, czyli nadmorskiej enklawy dla tych, co zarabiają dwudziestokrotność średniej peruwiańskiej pensji. Reszta to stare wille z oknami zabitymi dechami, speluny ze staroświeckimi maszynami do gier, chińszczyzna, no i brązowy ściek pośrodku, czyli rzeka Rimac.

lima4    lima1

Dla mnie jest to jednak absolutny raj (po roku w kairskim syfie nic mnie już nie zdziwi, a tym bardziej nie przestraszy), albowiem można się tu nażreć na resztę życia. Nie dość, że ceviche, to jeszcze wszędzie owoce, zapiekane ziemniaki, desery i pisco sour. Katastrofa.

Więcej zdjęć tutaj.

Ekwador: Zumbahua, Quilotoa i Quito

-Jak to jest spędzić całe życie na 3600 m.n.p.m?
-Oj, dobrze, dobrze, chwała Bogu. Daleko od chorób, daleko od wojen, daleko od polityków, fajnie tu u nas jest.

Tako rzecze José, Indianin z Zumbahua.
Rzeczywiście, żeby dojechać do Zumbahua trzeba obijać sobie dupsko w ciężarówce dobre dwie godziny jazdy pod górę z Latacunga przez nieziemsko piękny płaskowyż (tzw. páramo), a po drodze widzimy tylko trawę, barany i malutkie, wysmagane wiatrem wioski. Przy dobrej pogodzie widać stąd wulkan Cotopaxi, ale jest luty i wszędzie poniżej 3000 m leje niemiłosiernie.
Zumbahua to w zasadzie dwie ulice na krzyż, kościół z boiskiem do piłki nożnej, trzy puste knajpy i dwa wyziębione hostele, dookoła kaktusy i niekończące się łąki. Po zmroku momentalnie robi się zimno i kiedy Indianki sprzedające frytki i smażonego kurczaka na placu zwiną interes, na ulicy zostają już tylko bezdomne psy, wyrywające sobie resztki jedzenia z targu.

wisienki    dziewczyny
Miasteczko ożywa raz na tydzień, kiedy z okolicznych wiosek przyjeżdżają handlarze chińskimi ciuchami, pirackimi płytami (królują telenowele na DVD), tanimi kosmetykami, owocami, zwierzętami i czym tam jeszcze, więc cały dzień na placu słychać upiorną andyjską muzykę, a ludzie chowają się przed ostrym słońcem pod ponchos i rondami małych kapelusików (noszą je prawie wszystkie kobiety – ponoć są w modzie od lat dwudziestych, kiedy przywieźli je tu Anglicy). Jeśli umiemy się targować (ja nie umiem), lamę (żywą) kupimy już za czterdzieści dolarów, barana za tyle samo, funta jeżyn za dwa dolary, a capulí (coś w rodzaju kwaśnej wiśni) za dolara. Możemy też najeść się llapingachos z jajkiem sadzonym (wszystko smażone, nakładane i zjadane bez jednego sztućca), napić herbaty z koki albo kupić podejrzanie tanie specyfiki na wszystkie choroby i nieszczęścia świata, łącznie z czarną magią i niepowodzeniem w miłości (dziękuję, postoję).

poncho   baby
Jeśli pojedziemy trochę dalej, trafimy na najpiękniejszy widok w Ekwadorze: jezioro Quilotoa, które powstało 800 lat temu po erupcji znajdującego się pod nim wulkanu. Niestety znajduje się na prawie 4000 m, co dla skrajnych leni i żarłoków takich ja oznacza bardzo blesny powrót na brzeg krateru, w tempie dryfującego kontynentu (wbrew pozorom, włażenie po schodach na Widzewie a włażenie po schodach na wysokości Mont Blanc to zupełnie inna zabawa). Nie polecam pływania w lagunie – przy mnie odważyło się na to tylko dwóch nie do końca trzeźwych Argentyńczyków, i to tylko dlatego, że przegrali zakład.

quito   quito2
Tak samo przyjemnie wchodzi się po wyślizganych uliczkach Quito (stolica – też wysoko i rześko, 40 km pod równikiem), gdzie z kolei przekonamy się, że Ekwador radzi sobie całkiem nieźle. Spodziewałam się jakiejś rozpaczliwej, obsranej przez lamy kokainowej republiki, ale wygląda na to, że kasa z ropy naftowej została wydana w sposób odpowiedzialny. Po długich latach chaotycznych i beznadziejnych rządów, ostatni prezydent, Rafael Correa (również cokolwiek kontrowersyjny) postanowił wykopać z kraju przedstawicieli Banku Swiatowego i dobrać się do międzynarodowych koncernów paliwowych, zmuszając je do korzystniejszego podziału dochodów. Zdobyte w ten sposób miliony już od 9 lat ładowane są w rozległe programy socjalne, szkolnictwo i służbę zdrowia, dzięki czemu Ekwador zanotował rekordowy spadek ubóstwa – z 37% do 22% dwa lata temu. Ciekawe, jak długo się to utrzyma przy obecnych cenach ropy naftowej, ale widać, że Quito funkcjonuje nie gorzej niż przeciętna polska metropolia, chociaż rzecz jasna mamy to samo co w Bogocie: północ wyglądającą jak Beverly Hills i południe jak przedmieścia Radomia.

Więcej zdjęć tutaj oraz tutaj.

Do dżungli się na razie nie wybieram, plaża mi obrzydła, a na wyspy Galapagos mnie nie stać. Zatem Peru, proszę państwa.

Ekwador: Otavalo – Baños

Ekwador przywitał mnie ciężką ulewą, zimnym prysznicem i prohibicją.

Kiedy przekraczałam granicę w Ipiales rano, nie sądziłam, że jeszcze tego samego dnia będą mnie gonić po parku Indianie z wiadrami lodowatej wody. Okazuje się, że w ten sposób się tutaj świętuje ostatki: obrzucając się nawzajem kolorowym syfem, pryskając pianą i wlewając bez litości zimną wodę za kołnierz, co jest średnio sympatyczne przy tym natężeniu andyjskich wiatrów. I nie można się nawet rozgrzać odrobiną aguardiente, bo w niedzielę i święta w Ekwadorze obowiązuje absolutny zakaz sprzedaży wszelkich trunków poza piwem (na które i tak nie mam ochoty przy tej temperaturze). Pozostawało kupić sobie duży, fioletowy szal z alpaki i usiąść koło pieca, popijając mate.

obrusy   otavalo

Jak tylko skończyły się kolumbijskie pagórki i plantacje kawy, pejzaż zaczął przypominać Podkarpackie, z tym, że z nieco większą ilością baranów na pastwiskach i ludnością odzianą w kolorowe fartuszki i mówiącą w języku quichua (z hiszpańskim bywa bardzo słabo). Otavalo słynie na cały kontynent z sobotniego targu pstrokacizny (takie małe, ekwadorskie Chichicastenango), na który z premedytacją postanowiłam się nie załapać. Dlaczego? Dlatego, że wolałam obejrzeć miasteczko w wersji bardziej codziennej, bez tłumu kieszonkowców i gringos. Trafiłam dodatkowo na Środę Popielcową, co oznaczało, że wszystkie Indianki w okolicy paradowały z szarym krzyżykiem na czole i w najładniejszej, odświętnej biżuterii. A po kościele i tak wszyscy ruszyli na Plaza del Poncho, najeść się pieczonych świnek morskich (bardzo im to tutaj smakuje, a ja mam cały czas pawia przy zębach), kukurydzy z masłem i przepiórczych jajek, napić się jagodowego ponczu i ponaciągać gringos na kolorowe szaliki.

przyscianie    hustawka

Z kolei w Baños, już pod równikiem, gdzie miałam ambitne plany wspinania się po wodospadach, pływania pontonem po rzece i włażenia na okoliczne wulkany, ostatecznie, przez ciężkie, deszczowe chmury udało się tylko dotrzeć do znanej z internetowych memów „huśtawki na końcu świata”, na którą zresztą i tak nie wlazłam, z uwagi na lęk wysokości. Nie miałam też ochoty na żadne zabawy z zimną wodą, za to wieczorem, żeby uzupełnić swoją florę bakteryjną o wszystkie lokalne syfy, postanowiłam rozgrzać się w termalnym basenie, śmierdzącym siarką na odległość ulicy. Niestety było tam pół Ekwadoru, ze szczególnym uwzględnieniem wierzgających i wrzeszczących dzieci, a w wodzie trzeba było bardzo pilnować swojego kawałka posadzki.

Rozrzedzone powietrze, wódka ze sfermentowanej kukurydzy, smażone świńskie ryje na targu (tfu) i podróżowanie po kraju na bagażniku w pickupie, między kurami a baranami. Tak oto będę wspominać pierwszy tydzień w Ekwadorze.

banos   ciemno

Więcej zdjęć tutaj.

Llapingachos

… czyli ekwadorskie placki ziemniaczane z serem i cebulą i zarazem mój jedyny ratunek w tym kraju mięsożerców. Sześć dużych ziemniaków gotujemy na parze i zostawiamy do ostygnięcia. Na patelni podsmażamy cebulę, dodajemy łyżeczkę kuminu, rozgniecione ziemniaki i szklankę rozdrobnionego białego sera (może być Mozarella). Mieszamy, dodajemy sól i pieprz i formujemy kotleciki, dodając odrobinę mąki. Smażymy, aż zbrązowieją i podajemy z sosem z orzeszków ziemnych (masło orzechowe się nada) i świeżym awokado (tak sobie myślę, że jeśli dodamy trochę świeżej kolendry, to będą jeszcze lepsze).

Kolumbia: Eje Cafetero

Jak dla mnie, to właśnie to jest najfajniejszy kawałek tego kraju. Nie dość, że rośnie tu kawa i najwyższe palmy na świecie, to jeszcze do tego weekendowo zjeżdża tu pół Bogoty, żeby tańczyć, grać w bilard, jeść smażone platany pod kościołem i kupować paskudne naszyjniki. Rzecz jasna, standardowym punktem programu jest Dolina Cócora (rzeczone palmy), gdzie zachrzaniamy cały dzień po łączce między krowami, a na końcu trafiamy do rezerwatu kolibrów, gdzie z kolei przez godzinę próbujemy jakiegoś sfotografować.

valle   koliber

Nie wiem, czy widzieliście kiedyś kolibra, ale skurczybyki są śliczne. Są wielkości dużego motyla i zachrzaniają z taką prędkością, że nie wiem, jak ci reporterzy NG robią te zdjęcia, chyba się latami czają nad kwiatkiem. W rezerwacie wypijamy agua de panela (kolumbijską wodę z cukrem trzcinowym) i szybko zachrzniamy dżunglą na dół, żeby zdążyć na ostatniego jeepa do miasta. Mnie się to rzecz jasna nie udało (z uwagi na wrodzoną miłość do sportu), więc byłam zmuszona jak zwykle jechać autostopem, co z kolei zaprocentowało pyszną, darmową kolacją u kolumbijskiej rodziny.

salento   sciezka

Mogłabym wam napisać o najsmaczniejszym deserze świata (zmiksujcie marakuję z bezami i karmelem), albo o tym, że każdy cię tu traktuje, z miejsca, jak członka waszej rodziny, albo jeszcze o tym, jak wygląda w nocy Cali z wysokości wzgórza Cristo Rey, ale jestem już w Ekwadorze, i zasadniczo mam tylko jedno do powiedzenia: nie dajcie się nikomu wystraszyć i jedźcie do Kolumbii zanim to będzie modne.  Jedyne niebezpieczeństwo polega na tym, że za diabła nie będziecie chcieli stamtąd wyjechać.

Więcej zdjęć tutaj.

Kolumbia: Bogotá

Lubię miasta-monstra. Takie, które mają tylu mieszkańców, co średniej wielkości europejskie państwo i wyglądają, jakby pękały w szwach. Rozlewają się na okoliczne wzgórza, zarastają slumsami, duszą spalinami, hałasują. Gdzie każdy autobus jest zatłoczony, każdy kawałek ulicy – zamieszkany, i stoimy w korku na wylotówce przez dwie i pół godziny, mimo, że jest druga w nocy.

W Europie nie ma takich miejsc, bo jedyne dwa miasta, które mogą konkurować z Bogotą jeśli chodzi o liczbę mieszkańców (7 milionów), Paryż i Londyn, są zdecydowanie zbyt ulizane, wysprzątane i wymuskane. Nie pomogą nawet mordobicia na przedmieściach, Bogotá i tak wygrywa w kategorii wszelkich miejskich potworności, bo fakt, że Kolumbia ma jedne z najwyższych w Ameryce Południowej nierówności społeczne (współczynnik Giniego 53.5, gorzej jest tylko w Boliwii) widać tu bardzo wyraźnie.

czipsy    plazabolivar

Zadziwiające jest, w jak świetnym humorze są Kolumbiczycy, jeśli popatrzymy, co się tutaj działo: najpierw wojna, potem światowa moda na twarde narkotyki, a potem jeszcze Plan Colombia, czyli amerykańska interwencja finansowo-wojskowa, tradycyjnie przynosząca więcej szkody niż pożytku. Dostawy kokainy specjalnie się nie zmniejszyły, za to kolumbijskie organizacje paramilitarne potrafiły wyrżnąć całą wioskę i przebrać ją w mundury lewicowych partyzantów, byle się wykazać (tzw. skandal „falsos positivos” z 2008 roku), a kampanie niszczenia upraw koki przy pomocy silnych herbicydów zatruły całe pokolenia. Czyli znowu chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle.

Połnocna Bogotá to ścieżki rowerowe, schludne osiedla i wypasione centra handlowe, gdzie bogatsi Kolumbijczycy (których nie brakuje) przyjeżdżają luksusowymi samochodami.  W południowej Bogocie, wyglądającej jak meksykański bazar po bombardowaniu, większość jej mieszkańców nigdy nie była, zresztą ja też, bo z moim ryjem prawdopodobnie lepiej się tam jednak nie pokazywać.

bw    batman

Większość gringos trzyma się zatem La Candelaria, czyli starego centrum miasta (małe domki, ogródki, kafejki, kocie łby), które jest zarazem centrum wszelkiej awangardy. Można tam kupić ciasteczka z koki, obejrzeć cudne muzeum prekolumbijskiego złota, zjeść wegański obiad, zrobić sobie tatuaż, albo cały dzień łazić i oglądać wymyślne graffiti, które jest dosłownie wszędzie. Ja konkretnie, w ramach doprowadzania się do ładu, udałam się do zakładu fryzjerskiego, gdzie lustro widzimy dopiero wtedy, jak jest już po wszystkim, a co środę możemy się zrobić na bóstwo za darmo, jeśli pozwolimy fryzjerowi na eksperymenty (możemy za to skończyć z darmowym różowym irokezem).

domki     callejonembudo

W dodatku jest zimno, wietrznie i wysoko (2600 m). Fajnie.

Więcej zdjęć tutaj.