Ajíaco

…czyli tradycyjna, kolumbijska zupa ziemniaczano-kukurydziana. Rzecz jasna, w wersji wegetariańskiej.

Do zwykłego, warzywnego bulionu dodajemy 1.5 kg ziemniaków i 3 cebule. Gotujemy ok 45 minut, aż ziemniaki lekko zmiękną. Wrzucamy 4 kolby ugotowanej kukurydzy i podgotowujemy na małym ogniu, aż otrzymamy lekko kremową konsystencję. Ponieważ w Polsce raczej nie znajdziemy zioła guasca,  do zupy dodajemy garść świeżej, posiekanej kolendry, sól i pieprz. Podajemy z awokado, kaparami i śmietaną w oddzielnych miseczkach (na zdjęciu mamy też krokiet z soczewicy i odrobinę ryżu).

 

Kolumbia: Minca, Palomino, Tayrona

Północne wybrzeże Kolumbii to obowiązkowy przystanek, chociaż nie wiedzieć czemu wszyscy walą do zakurzonego portu w Santa Marta i jeszcze bardziej zawalonej Tagangi. Kwestia gustu – ja wybrałam zielone wzgórza nieopodal (mniejszy upał, za to trza dyrdać z plecakiem pod górę), czyli Minca, gdzie można tanio rozbić namiot, napić się kawy, zjeść kawowe ciastko i wypić kawowe piwo, wykąpać się w lodowatym wodospadzie, skręcić sobie kostkę na wertepach i przez dwa dni leczyć bąble na nogach, bo się zachciało po górach chodzić.

Następnie, podążając za gromadą hipisów, warto udać się do Palomino, mimo że w zasadzie nic szczególnego w tej zapadłej wioszczynie nie ma (poza marihuaną na kilogramy i jej miłośnikami w dużych skretyniałych stadach na plaży), choćby po to, żeby spłynąć w dół rzeki w wielkiej oponie, podziwiając krajobrazy i szorując tyłkiem po dnie. Trwa to parę ładnych godzin, płyniemy w tempie leniwym i kontemplacyjnym, no i pod koniec mamy kompletnie zmrożone cztery litery, ale i tak jest to miła wycieczka, podczas której towarzyszą nam pełne politowania spojrzenia Indian z okolicznych wiosek.

Centralnym punktem programu musi być jednak Park Tayrona, czyli wielki kawał chronionej dżungli i dzikiej plaży, gdzie wszystkie zatoczki są śliczne do zerzygania, a małe, lokalne piekarenki sprzedają czekoladowe buły za dolara. Rozbijasz namiot na kempingu w środku lasu (zimna woda, sławojka, ognisko zamiast kuchenki) i od razu jesteś dwa stulecia do tyłu, a znaki ostrzegawcze nad jeziorkiem każą się trzymać na dystans, z uwagi na żarłoczne kajmany. Pewnie bym tam siedziała, fotografując małpy, nawet całkiem długo, ale niestety jestem człowiekiem doszczętnie zepsutym przez luksusy nowoczesności i jeśli przez trzy dni z rzędu nie jestem w stanie przeczytać gazety (bo w parku nie ma ani WIFI, ani zasięgu, ani w zasadzie prądu, chyba, że z generatora), zaczynam mieć w dupie palmy, kokosy, plaże i jaszczury, albowiem pragnę się dowiedzieć, czy reszta świata jest jeszcze na swoim miejscu.

Nie nadaję się zatem na pustelnika.

Teraz czas na Bogotę, gdzie dzięki niskim cenom w Viva Colombia (miejscowy Ryanair skłądający się z pierdolotów, ostatni wchodzący pasażer zamyka drzwi) będę inszallah już jutro.

Więcej zdjęć tutaj.

Kolumbia: Mompóx

Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód. Macondo było wówczas niewielką osadą – dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną, zbudowanych na brzegu rzeki, której przezroczyste wody bystro toczyły się po gładkich białych kamieniach koryta, wielkich jak jaja przedhistorycznych ptaków. Świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem.

Gabriel García Márquez, Sto lat samotności

ulica   magdalena

Mompóx, kolumbijskie miasteczko żywcem wyciągnięte z Márqueza, leży na małej wyspie na tak bezgranicznym zadupiu, że nawet zagranicznym turystom niespecjalnie chce się tu przyjeżdżać, bo oznacza to pięć lub sześć godzin jazdy przez wypalone słońcem pustkowie, łąki i rozlewiska, w dzikim upale. Kiedyś (krótko) był tu port na rzece Magdalenie, złoto i hiszpańscy kupcy, dzisiaj jest UNESCO World Heritage i trzy ulice białych, kolonialnych domów z okiennicami z kutego żelaza, drewniane drzwi z kołatkami, które pamiętają konkwistadorów, podwórka ocienione kilkusetletnimi tamaryndowcami, ciemne, przestronne wnętrza ze świętymi obrazami na ścianach, siedem kościołów, dwa klasztory, cmentarz, staruszkowie pijący kawę na placu pod Bolivarem i staruszki szydełkujące serwetki na skrzypiących, bujanych fotelach przed telewizorem.

kanarek   fotel

W dzień przyjezdni kupują filigranowe kolczyki w warsztatach przy głównej ulicy, biały ser z marmoladą i kanapki z karmelem na placu pod kościołem, fotografują stare skorupy w muzeum albo kolibry w podwórkowym ogrodzie botanicznym, ale o 18-ej wszystko zamiera i słychać tylko komary i jaskółki dookoła wieży kościoła, zamkniętego zresztą na cztery spusty.
Antonioni mógłby tu coś nakręcić.

nad rzeka    jaskolka

Więcej zdjęć tutaj.

Kawa po kolumbijsku

Zróbcie sobie kawę po kolumbijsku, a przysięgam, że już nigdy nie pójdziecie do żadnego Starbucksa, ani innej syfiarni z plastikową lurą za dwadzieścia pięć złotych. Bierzemy: sześć goździków, dwie lyżeczki panela (pasta z cukru trzcinowego – od biedy możemy po prostu dosypać cukru, bo tego składnika w Polsce raczej nie znajdziemy) i dwie laski cynamonu. Wrzucamy do garnuszka, zagotowujemy. Zdejmujemy z ognia, dosypujemy dwie czubate łyżki kawy, znów zagotowujemy, odcedzamy, pijemy i natychmiast stajemy na nogi.

Kolumbia: Laguna Encantada

Zadanie z matematyki rodem z Islas de Rosario:
Jeśli pięć osób jedzie nad Zaczarowaną Lagunę oglądać świecący plankton [zdjęcie nie moje] (dwadzieścia minut rowerami przez chaszcze), i weźmiemy pod uwagę, że
a) jest bezksiężycowa noc, godzina dwudziesta druga
b) tylko dwie osoby znają drogę,
c) trzy osoby całą drogę palą jointy, a jedna jest na gazie od dwóch dni
d) dwa rowery są doszczętnie rozklekotane,
e) a oświetlenie zapewniają wyłącznie latarki z telefonów komórkowych
Czy dotrą na miejscie? A jeśli tak, to w jakim składzie?

Tak to już jest, jak się mieszka w dyktaturze hipisów, rowerzystów i wegetarian (Cała wyspa pozdrawia Pana Ministra. Świecący plankton też). Niestety nie mogliśmy zapozować do pamiątkowego zdjęcia, albowiem warunkiem wizyty w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada) są kompletne ciemności, co akurat tutaj nie jest szczególnie trudne do osiągnięcia, z uwagi na to, że na całej wyspie mamy jakieś dwadzieścia żarówek i pięć kapryśnie działających generatorów. Ściągamy gatki, stajemy na pomoście w środku namorzynowego lasu nad małą, malowniczą zatoką i skaczemy na główkę do kompletnie czarnej wody, która momentalnie zaczyna wyglądać jak te kiczowate pamiątki ze sztucznym śniegiem w środku, który przy potrząśnięciu prószy na, dajmy na to, Jasną Górę albo Smoka Wawelskiego.
Płyniemy jak najdalej (cały czas w chmurze podwodnego światła), robimy piruety w wodzie i patrzymy, jak każda przepływająca ryba zostawia za sobą taki sam świecący ślad. Gwiazdy na górze, gwiazdy na dole. Cały czas głupio się szczerzymy, bośmy jeszcze nigdy w życiu czegoś takiego nie widzieli. No bo ile razy w życiu widzieliście świetlika? A dwa świetliki? Milion? Pod wodą?
Mimo Zaczarowanej Laguny i innych cudów na wyspie (polecam na przyszłość, gdyby ktoś zbłądził w te strony), zatęskniłam już za cywilizacją (woda w kranie, bankomat, lodziarnia, brak metrowej iguany za kanapą), więc wyruszam na kontynent pojutrze z rana, celem dalszego kręcenia się po Kolumbii przez najbliższe tygodnie.

Szczęśliwego Nowego Roku!