Mote de queso

Dotarliśmy już (znowu) na wybrzeże karaibskie, więc znowu mamy do dyspozycji fajne, wegetariańskie pyszności, czli np. zupę z korzenia yam (ñame). Bierzemy kilogram rzeczonego korzenia, obieramy, kroimy w kostkę i wrzucamy do garnka z 6 szklankami wody, 2 ząbkami rozdrobionego czosnku i 1/2 łyżeczki soli. Gotujemy, aż korzeń zmięknie, i w międzyczasie smażymy na patelni cebulę, 2 ząbki czosnku i pomidora pokrojonego w kostkę i doprawionego solą. Kiedy zupa nieco zgęstnieje, wrzucamy do niej obsmażone warzywa i gotujemy jeszcze kilka minut. Na koniec, dorzucamy 125g pokrojonego białego sera (tutaj ma on konsystencję bałkańsko-indyjskiego paniru, czyli jest lekko gumowaty) i odrobinę soku z cytryny. Podajemy z chlebem, ryżem lub ziemniakami. Smakuje prawie jak szwajcarskie fondue!

Nikaragua: najtańszy kawałek Ameryki

Transport: Tradycyjnie najtańszym sposobem przemieszczania się  po kraju są nieśmiertelne, środkowoamerykańskie chickenbusy: zatłoczone, rozgrzane, niewygodne, ale tanie jak niemieckie wino w Lidlu. I tak na przykład autobus z San Juan del Sur do Rivas kosztuje ok 20 NIO, z Rivas do Granady: 34 NIO,  Granady do Masaya: 16 NIO. W sytuacji, kiedy autobusów nie ma, albo jeżdżą kompletnie wypchane, da się bezpiecznie poruszać autostopem: miejscowi często posiadają pick-upy, więc można spokojnie wskoczyć na bagażnik. Na prowincji często innego transportu nie ma, więc nie należy się bać, tylko łapać stopa. Po Ometepe sporo turystów jeździ też wynajętym skuterem (10-15 USD za dzień) lub rowerem (5 USD). Gringobusy (czyli mikrobusy albo tzw shuttle buses organizowane przez hostele) są szybkie i wygodne, ale kilka lub kilkanaście razy droższe niż lokalny transport. Ponieważ w Nikaragui jest bardzo bezpiecznie, moim skromnym zdaniem, gringobusy nie mają racji bytu. Jeśli chcemy polecieć na Islas de Maiz (podobno bajecznie piękne), za bilet samolotowy w obie strony zapłacimy ok. 160 USD.

Spanie: Baza kempingowa jest prawie żadna, a jeśli już ją znajdziemy, to często okazuje się, że rozbicie namiotu kosztuje tyle samo, co łóżko w hostelu. I tak np. za hamak w El Zopilote na Ometepe zapłacimy 4 USD, za łóżko w Hospedaje Central (Moyogalpa) 5,5 USD, w León 28 USD za dwójkę z łazienką na 3 dni (Hostel Via Via), a w Granadzie 11 USD/noc (hostel La Libertad).

Jedzenie:  Kolacja w modnej knajpie nie powinna kosztować więcej niż 7-8 USD, a lokalna jadłodajnia zainkasuje 1-3 USD za spory obiad (60 NIO), złożony ze smażonych bananów, ryżu, fasoli, jajecznicy i czegoś do picia. Kawa z budki na placu: 5 NIO, śniadanie w taniej jadłodajni: 50 NIO.

Chlanie: Lokalne piwo da się wypić, ale koneserzy prawdopodobnie będą rozczarowani. Obie marki, Toña i Victoria, smakują jak rozwodniony Żywiec, przy cenie około 1 USD. Za to mamy w Nikaragui całkiem niezły i tani rum – Flor de Caña.

Zwiedzanie i na wulkany włażenie: Hostele i biura podróży, rzecz jasna, próbują nas wycyckać, więc częstokroć zapłacimy 60 USD za coś, co na własną rękę możemy zrobić za 10 USD. I tak, na przykład, wejście na wulkan Masaya (z przewodnikiem) kosztuje 10 USD, całodniowa wycieczka na wulkan Concepción: 15 USD (również z przewodnikiem), co jest jak najbardziej do przyjęcia, zwłaszcza, jeśli popatrzymy na ceny podobnych przyjemności w Kostaryce. Osobiście zachęcam do zwiedzania i eksplorowania na własną rękę, bo Nikaragua jest na tyle bezpieczna, że raczej nic nam się nie stanie.

Płacenie: W obiegu są zarówno córdoby (NIO) jak i dolary, ale za hot doga, kawę, albo kilo ziemniaków raczej dolarami nie zapłacimy, więc warto mieć przy sobie drobne w lokalnej walucie. Karty kredytowe są przyjmowane w wielu hostelach (acz niechętnie), a ceny podawane w dolarach. 1 USD = ok. 27 NIO.

Chorowanie: Podobno jest denga i chikungunya, więc nie marudzimy, tylko chowamy się przed komarami i smarujemy świństwem z DEET. Ale nie dajmy się namówić na żadne antymalaryczne pastylki, bo tylko się od tego pochorujemy.

Kiedy jechać: Od razu! Niski sezon jest od września do listopada, ale tak naprawdę Nikaragua nigdy nie jest szczególnie zatłoczona. Jedźcie zanim zrobi się z tego druga Kostaryka.

 

Kolumbia: Medellín

Witamy w drugim najbardziej biologicznie zróżnicowanym kraju świata, ojczyźnie Shakiry, Gabriela Garcíi Márqueza, chirurgii plastycznej i białego proszku. Mimo, że od siedemdziesięciu lat trwa tu regularna wojna między rządem, prawicowymi bojówkami, lewicowymi partyzantkami (słynne FARC to tylko jedna z nich), kartelami narkotykowymi i różnymi innymi paramilitarnymi organizacjami (sojusze są dość płynne, każdy każdego zdradza, wszyscy mają sporo za uszami i trudno komukolwiek kibicować), jest to ponoć jeden z najszczęśliwszych miejsc na Ziemi – rzeczywiście, nawet w dawnej stolicy morderstw, Medellín, nie widziałam jeszcze nikogo nabzdyczonego.

Zaczęło się od zabójstwa liberalnego kandydata na prezydenta (Jorge Eliécer Gaitán, 1948), po którym przez kilkadziesiąt lat kolumbijska wojna była typową, zimnowojenną nawalanką: lewicowi partyzanci w dżungli kontra wojsko i prawicowe bojówki sponsorowane przez USA. Ale w latach osiemdziesiątych, kiedy kokaina stała się drugim najpopularniejszym narkotykiem świata, a kartele takie ten z Medellín zaczęły zarabiać nawet pół miliarda dolarów tygodniowo, nagle wszystkie strony konfliktu miały jeszcze więcej kasy, jeszcze lepszą broń i jeszcze bardziej brutalną fantazję, więc do tej pory zginęło tu ponad 220 tysięcy ludzi, a pięć milionów musiało uciekać (przed partyzantami, przed paramilitares, przed wojskiem). Obecnie kartele nieco spuściły z tonu, FARC (partyzantka numer jeden) negocjuje z kolumbijskim rządem w Hawanie, a brutalna polityka byłego prezydenta Álvaro Uribe spowodowała, że rzeczywiście zrobiło się o wiele bezpieczniej, niemal w całym kraju. I nawet w Medellín, gdzie kiedyś było jak w Bagdadzie, nie ma się już czego bać.

 

comuna    lachon

 

Strasznie mi się podoba w tej byłej mordowni, może dlatego, że jest tu trochę jak w Łodzi. Duże, przemysłowe, nowoczesne miasto, gdzie trzeba czasami uważać, dokąd się chodzi i trudno powiedzieć, żeby na ulicy było ładnie, bo wszędzie jest chociaż trochę syfu, żebyśmy się przypadkiem zbytnio nie zrelaksowali. Umówmy się: Medellin jest piękne (zwłaszcza w nocy, z wysokości gór nad miastem), ale to gigantyczny, robotniczy koszmar z czerwonej cegły, z eleganckimi butikami i modnymi klubami tuż obok piętrowych slumsów. W samym centrum sprzedają plastikowe majtki i egzotyczne pornole na płytach DVD pod samą katedrą (na jednej półce, obok kalendarzy z papieżem i pluszowych reniferów), pod drugim kościołem wszystkie miejskie córy Koryntu mają swoją centralę, a w parku pod Bolivarem wytatuowani kolesie popalają crack, jakby to były mentolowe Vogue’i.

 

kapliczka    comuna2

 

Jednocześnie ludzie są hipermili (zostałam odwieziona z lotniska, w środku nocy, pod sam hostel, przez dwie przypadkowe współpasażerki) i wykazują szczerą, nieskrępowaną radość na widok cudzoziemców. Zwyczajnie się cieszą, że ktoś przyjeżdża oglądać ich jądro ciemności, bo dla nich samych to znak, że miasto naprawdę odżyło i wreszcie da się tu żyć. Rzeczywiście, da się, nawet w dawnych slumsach na wzgórzach, gdzie wybudowano kolejki linowe (w Santo Domingo) i ruchome schody (w Comuna 13), oraz hipernowoczesne, szybkie i wygodne metro, dzięki czemu każdy może łatwo i tanio dojechać do pracy. W metrze nikt nie śmieci, nie syfi, nie wydrapuje idiotyzmów na szybach – właśnie dlatego, że wszyscy są niesamowicie dumni z tego symbolu dobrobytu, w mieście, gdzie jeszcze dwadzieścia lat temu spieprzało się co sił w nogach na widok policjanta, bo Pablo Escobar (miejscowi nawet nie wymawiają jego nazwiska, mówią „słynny kryminalista”) płacił 1000 dolarów za głowę każdego z nich, i nikt nie chciał być przypadkową ofiarą (a były ich setki).

 

slum     matka

 

Wracając do spraw weselszych: Medellín ze stolicy morderstw zamienił się w stolicę chirurgii plastycznej. W lepszych dzielnicach co kawałek stoją kliniki, z których wyjdziemy wyglądając jak Krzysztof Ibisz. Ponieważ dzięki opcji płatności na raty niemal każdy może sobie pozwolić na chirurga, mam wrażenie, że jestem jedyną babą w mieście, która nosi jeszcze swoje własne cycki. Za to jeśli jesteśmy już kompletnie spłukani, pozostaje opcja awaryjna, czyli majtki z poduszką (coby mieć większe cztery litery), oraz gorsety w kolorze cielistym, które gwarantują, że będziemy mieli talię osy i lekko wytrzeszczone oczy. Dopóki się nie rozbierzemy, wyglądamy olśniewająco, ale istnieje niebezpieczeństwo, że pewnego dnia zakrztusimy się naszą własną śledzioną.

Pierdolca na punkcie estetyki mają również faceci, co świetnie widać na Tinderze, gdzie dominują wybielone zęby, liposukcja, Maybachy, ciemne okulary, buldogi i baseny, czasem nawet na jednym zdjęciu (Juan Antonio, lat 28, rezydencja z ogrodem, zdjęcie w basenie z drinkiem z palemką do kompletu (buldog na brzegu), pracuje „w handlu”).

 

cycki   com

 

A teraz jadę na północ, podziwiać kolonialną architekturę w Cartagena, gdzie dotrę po długiej i upierdliwej podróży autobusem. Ponieważ w moim obecnym hostelu pracują Argentyńczycy, podróż będzie jeszcze dłuższa, bo właśnie wypiłam tyle mate, że nie zasnę do środy.

Tutaj sobie możecie popatrzeć na Medellin.

Arepas de chócolo

Po kulinarnym koszmarze Kostaryki i Panamy (ino kurczaki i hamburgery, dla wegetarian nic a nic), na nowym kontynencie nareszcie można znowu zacząć się obżerać. Kolumbijskie jedzenie jest przyjemnie tanie, pożywne i przepyszne – zwłaszcza to, które możemy kupić na ulicy, śpiesząc się rano do metra. Na pierwszy ogień idzie kolumbijska specjalność, czyli mała, kukurydziana tortilla, którą można kupić dosłownie na każdym rogu. Moja ulubiona (lekko słodkawa w smaku i bardzo aromatyczna), zrobiona jest ze słodkiej kukurydzy.

5 szklanek świeżych nasion kukurydzy miksujemy z łyżką cukru i szczyptą soli, dzielimy na cztery porcje i każdą z nich podsmażamy na roztopionym maśle, aż zbrązowieje z obu stron. Tradycyjnie: podajemy z plastrem białego sera i świeżym masłem oraz z kubkiem gorącej czekolady.

Cena w śniadaniowej budce na stacji El Poblado w Medellín: 1000 COP, czyli ok. 1,30 zł. Syci na pół dnia.

Panama City

Po 75 dniach w siedmiu różnych krajach, czas na ostatni przystanek w środkowoamerykańskiej części gringo trail: dość paskudne, ale nieprawdopodobnie popularne zbiorowisko wieżowców i hamburgerowni nad Kanałem Panamskim, czyli Panama City. Jest tu co prawda kawałek odrestaurowanego starego miasta, bardzo przyzwoite metro, kilka parków i promenada, gdzie młodzi i piękni obcokrajowcy uprawiają poranny jogging, ale w centrum znajdziemy tylko banki, paskudne centra handlowe i wysokościowce z hiperdrogimi hotelami, wszystko w kompletnym architektonicznym chaosie i estetyce brzydkiej, amerykańskiej metropolii. Ale to mimo wszystko Ameryka Środkowa w wersji light i na bogato, zatem pełno tu turystów.

le hable    kantyna

Dziś to bardzo spokojny, wręcz nudnawy kraj, ale nie zawsze tak było. Od kiedy istnieje Kanał Panamski (80 km, 25 tysięcy ofiar – wszystkich wykończyły malaria i żółta febra), USA tutaj majstruje, z lepszym lub gorszym skutkiem, co w połączeniu z kolumbijskimi kartelami narkotykowymi bez wątpienia stanowi receptę na bardzo ciekawe czasy. Od lat 60-tych była tu dyktatura wojskowa, zgodnie z regionalną modą. Pierwszy dyktator, Omar Torrijos, zginął w dosyć podejrzanej katastrofie lotniczej w 1981 roku, drugi – Manuel Noriega, odsiaduje obecnie w panamskim więzieniu jeden ze swoich niezliczonych wyroków (handel narkotykami, pranie brudnych pieniędzy, morderstwa polityczne, do wyboru, do koloru). Nie wiem, czy pamiętacie ten epizod, ale to właśnie Noriega, długoletni współpracownik CIA, został wykopany z Panamy w 1989 roku podczas amerykańskiej inwazji, po tym jak zaangażował się w niezwykle owocną współpracę z kartelem z Medellin. To właśnie wtedy Amerykanie próbowali go wykurzyć z nuncjatury apostolskiej w Panama City przy pomocy puszczanego na cały regulator Van Halen (co się wreszcie ostatecznie udało – po krótkich negocjacjach trafił za kratki w USA).

okno    chlopak

Rozważywszy wszystkie możliwe opcje, doszłam do wniosku, że najtaniej i najprościej będzie dostać się do Kolumbii przy pomocy Air Panama. Prom zlikwidowano, żaglówki do Cartageny może i są fajne, ale kosztują kilkaset dolarów, a na piechotę przez Darién Gap raczej się nie wybiorę, bo nie jestem Pawlikowską i mam bardzo tanie ubezpieczenie. Zatem do zobaczenia w dawnej kokainowej stolicy świata.

skyline    okna

Więcej zdjęć tutaj.

Panama: Bocas del Toro

W Panamie też jest kawałek raju: archipelag Bocas del Toro, czyli dziewięć wysp, dwa miasteczka i Morze Karaibskie pośrodku. Całość do złudzenia przypomina Belize: płacimy dolarami [✓], są kolorowe, rachityczne domki z drewna nad zatoką [✓], palmy kokosowe i bananowce (w porcie pływają wielkie transportowe statki z napisem „Chiquita”) [✓], miejscowi noszą dredy i komunikują się po kreolsku (lokalna odmiana: guari-guari) [✓], w wodzie pływają rekiny rafowe [✓], wszędzie wisi gęba Bob Marleya, ewentualnie Che Guevary, najczęściej jedna i druga [✓], ananasy są tanie i nieprzyzwoicie smaczne[✓], bez przerwy ktoś próbuje mi sprzedać zioło [✓].

plazapanama    krab

Lubię takie miejsca – tutaj wszystko trochę zwalnia, nikt się nigdzie specjalnie nie spieszy, można sobie usiąść i patrzeć na codzienność, zupełnie bez poczucia winy, że dokądś akurat nie zachrzaniamy. Zresztą jest tak gorąco, że nawet pójście do sklepu po zimne piwo to wycieczka (bo błoto, bo schody, bo słońce), nie mówiąc już o pływaniu kajakiem z wyspy do wyspy (na które się akurat dałam namówić, ale tylko do południa). Po Isla Colón jeżdżą jeszcze jakieś samochody, ale na Isla Bastimentos (gdzie spędziłam większość czasu – głównie na hamaku na tarasie) ledwo co widać nawet rowery. Old Bank (główna wiocha) to jakieś trzydzieści drewnianych ruder nad zatoką, dwa sklepy, szkoła, smażalnia ryb, komisariat i port – dookoła dżungla i kompletnie zarośnięte, błotniste ścieżki, którymi można dojść na jedną czy drugą plażę. Miejscowi przesiadują wieczorem na pomostach, palą to i owo, słuchają muzyki, jedzą smażone banany.

plaza    palma

No i wszędzie oczywiście pełno europejskich hipisów, którzy wykupili co fajniejsze kawałki lądu, żeby na nich uprawiać organiczne kakaowce i sprzedawać olej kokosowy, paciorki i wegańskie jedzenie. Podobnie backpackersi, którzy przyjechali na dwa dni, a leżą na hamaku już trzeci miesiąc, bo nie widzą powodu, żeby dokądkolwiek stąd jechać. Zupełnie im się nie dziwię – na Bocas del Toro wieści z reszty świata docierają jakby później, wszyscy są lekko niedomyci, obdarci i rozleniwieni, i nikomu nie przeszkadzają ani komary, ani jaszczurki, ani nawet okazjonalny brak prądu po nawałnicy.

woda    banco

Za to kiedy tylko rozeszło się po hostelu, że ja z Polski, panie sprzątaczki od razu mnie zaprowadziły do świętego przybytku, żebym poznała Padre José (po naszemu: Ksiądz Józek), który nie tylko zaprosił mnie na kolację (razem z Piotrem z OnTheBike, który niebawem będzie jechał rowerem przez Darién – proszę kibicować), ale również poczęstował piwem i pogawędką (Bóg zapłać!).

Następny przystanek: Panama City.

Więcej zdjęć tutaj.

Panama: Boquete i Volcán Barú

Opuściwszy środkowoamerykańskie królestwo drożyzny zwane Kostaryką, wylądowałam w Panamie, gdzie nawet nie zdążyłam porządnie się rozejrzeć po wiosce (Boquete: góry, deszcz, zimno), a już się dałam namówić na zachrzanianie pod górę z plecakiem, po ciemku i po kolanach w błocie. Zawsze miałam dwóję z wuefu, od dziecka szczerze nienawidzę wszelkich fitnessów, joggingów, gimnastyk i w ogóle wstawania z kanapy, a galopującej nadwagi nie mam chyba tylko dlatego, że jestem trawożercą i od czasu do czasu wchodzę na matę do jogi. Mimo to, przy każdej podróży daję się wmanewrować w trekkingi, po których przysięgam sobie, że to już naprawdę ostatni raz.

chmury    chmury2

Żeby wleźć na wulkan Barú, najwyższy szczyt w Panamie, musimy pokonać 13,5 km błota i kamorów, w gęstym lesie, gramoląc się po ścieżce zdecydowanie zbyt stromej, żeby była z tego jakakolwiek frajda (chociaż rozgwieżdżone niebo widać przepięknie, jeśli mamy szczęście i akurat nie leje). Normalnym ludziom marsz na górę z latarką zajmuje mniej więcej 4-5 godzin, ale ponieważ moje cztery litery zostały wykonane z mosiądzu, a pod górę poruszam się z prędkością dryfującego kontynentu, na szczyt (ok 3500 m) wlazłam tuż przed świtem, wyruszywszy równo o północy. Teoretycznie powinno być stamtąd widać oba oceany na raz. W praktyce, kiedy już przejdziemy przez wszystkie wygasłe kratery, strumyczki, krzaki, chynchy i ośle łączki oraz miniemy posterunek policji na szczycie, możemy się pogapić na chmury i na okoliczne miasteczka, bo ja tam żadnego oceanu nie widziałam (ale podobno, jeśli się trochę postoi na górze, są na to szanse). Dodatkowo jedna z uczestniczek wycieczki dostała ostrej choroby wysokościowej, więc trzeba było szybko organizować ratowników (dwóch kolesi na quadzie) i szybko zasuwać na dół.

Dopiero przy zejściu było widać, jaka to jest piękna trasa (mchy, porosty, liany, orchidee, wszystko w gęstej mgle), ale nikomu specjalnie nie chciało się pochylać nad kwiatkami. Niektórzy nawet stwierdzili, że nie dadzą rady zejść, i będą musieli sobie w związku z tym ułożyć życie w którymś z kraterów. Ja z kolei całą drogę na dół zastanawiałam się jak to możliwe, że przelazłam całe te kilometry błota pod górkę, próbując sobie jednocześnie przypomnieć, po jaką cholerę mi to było, a przez kolejne dwa dni nie byłam w stanie ruszyć się z krzesła bez stękania, rzężenia i przeklinania. Cztery wulkany chyba jednak starczą.

kwiatek    sciezka

Miasteczka w Panamie nie są szczególnie zachwycające (centra handlowe, fast foody, różnego rodzaju architektoniczne gargamele – jak jedno, wielkie, zaśmiecone przedmieście w jakimś prowincjonalnym, jankeskim miasteczku) i nie ma tu nic ciekawego do jedzenia (stąd zastój w sekcji kulinarnej), więc od czterech dni siedzę w karaibskiej wiosce, czekając na samolot do Kolumbii. Ale o tym jutro.

A jeśli kiedyś zachce wam się wspinać na panamskie wulkany, zabierzcie ze sobą wiadro Red Bulli.

Więcej zdjęć tutaj.

Kostaryka: San José i Manuel Antonio

Kiedy tylko zobaczyłam, że miejsca w autobusie są ponumerowane, bagaż oznakowany, przy drodze nie biegają żadne prosiaki, a krowy stoją grzecznie za płotkiem, przeżuwając idealnie zieloną trawę, to już wiedziałam, że jestem w dupie, a raczej w Niemczech (wersja środkowoamerykańska), i zaraz dostanę z buta po kieszeni. Dodatkowo przy wjeździe musiałam okazać środki finansowe i bilet powrotny – na tę okoliczność byłam akurat przygotowana: ten sam lewy bilet Iberii do Madrytu ze zmienionymi datami i danymi pokazują celnikom chyba wszyscy backpackersi i nie wiem, jak to możliwe, że na przejściu granicznym jeszcze nie skumali, że to zupełna ściema.

Kostaryka to taka Ameryka Łacińska w wersji light, bez cukru, edycja limitowana. Poszczęściło im się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat i w kółko wygrywają te wszystkie oenzetowskie rankingi na „najszczęśliwszy naród świata”, bo nie dość, że mają dwa obstawione kurortami wybrzeża (Pacyfik i Karaiby), jedno z najwyższych HDI w Ameryce Łacińskiej, zakaz polowań (Można? Można.) i 25% powierzchni kraju zajętej przez parki narodowe, to jeszcze do tego bezrobocie jest jednocyfrowe, a co roku przyjeżdżają tutaj ponad dwa miliony nadzianych turystów.

plaza    zachodp

W związku z powyższym, panuje tutaj niewyobrażalna drożyzna. Wszystko przez amerykańskich i niemieckich emerytów, którzy przyjeżdżają tu oglądać leniwce i smażyć się na plaży. Niestety są oni gotowi zapłacić 50 dolarów za byle gówno, przez co ja teraz też muszę, a wcale nie mam zamiaru. Jest tu rzeczywiście bardzo pięknie, ale żeby móc się tym nacieszyć, trzeba chyba tarzać się w gotówce. Nie ma, że sobie idę do parku narodowego, płacę dolara cieciowi i nikogo nie obchodzi, czy coś mnie tam aby nie zeżre (tak jak w Nikaragui). Tutaj trzeba zadzwonić z dużym wyprzedzeniem, zarezerwować, wysłać to i tamto, zrobić przelew na trzycyfrową sumę, a potem czekać na swoją kolej na wycieczkę z przewodnikiem, podczas której nawet twarde wyro w schronisku będzie za stówę. Ja rozumiem, że to nie Arturówek, że tu są węże (takie nowe, ulepszone. Nie dość, że nie spieprzają, to jeszcze potrafią cię gonić po lesie. Super, prawda?), pumy, jaguary i inne cuda, ale dzięki temu trzy dni w Corcovado (jeden z najważniejszych parków narodowych na świecie) kosztują tyle, co bilet z Warszawy do Meksyku.

Zatem dupa. Wycieczka po Kostaryce będzie ekspresowa.

malpa1   malpy3

Najpierw San José, czyli chyba najdziwniejsza stolica w regionie. Wszystko parterowe, zagrodzone i zabetonowane (wszędzie ten nieśmiertelny drut kolczasty, przez co każda chałupa wygląda jak więzienie), ale SUV-y błyszczą się na każdym rogu, podobnie jak amerykańskie fastfoodownie i supermarkety. Żadne tam stoiska z warzywami, nikt nie sprzedaje jedzenia na ulicy, nie ma czegoś takiego jak babcia z pierogami na targu, a woda w kranie nadaje się do picia. Mimo pozornego dobrobytu jest tu jednak dość paskudnie i jakby pustawo.

Było kilka pomysłów na leśno-wulkaniczne wycieczki, ale uznałam, że lepiej to wszystko wykonać w Panamie, gdzie panuje mimo wszystko trochę mniejsza Szwajcaria. Stanęło na jednym parku narodowym – małym, ślicznym, plażowym, względnie niedrogim, nadającym się do ogarnięcia w dwa dni. Tym sposobem znalazłam się w Manuel Antonio, gdzie można zoczyć leniwce, małpy we wszystkich dostępnych wersjach (wyjce, kapucynki), szopy (uwaga: grzebią skurwiele w plecakach bez grama wstydu), papugi, kolibry i miniaturowe kraby na plaży z turkusową wodą.  W parku są poza tym oznakowane ścieżki, prysznice (!), kraniki z wodą pitną, tablice informacyjne i cały zestaw bankomatów przy bramie. Jak mówią miejscowi: pura vida.

szopy     plaza2

Więcej zdjęć tutaj. Widzimy się w Panamie.