Nikaragua: Isla de Ometepe

W razie, gdybyście mieli wątpliwości: raj na ziemi istnieje i nazywa się Isla de Ometepe.

z daleka    droga

Wyspa zawiera dwa wulkany (aktywny Concepción: 1610 m npm – wlazłam w mękach, wygasły Maderas: 1394 m npm – nie wlazłam nauczona doświadczeniem), przez co na mapie wygląda jak gigantyczny biustonosz dryfujący po Lago de Nicaragua. Są tu dwie większe wioski (bankomat, apteka, kiosk, kościół), małe lotnisko, jakieś 30 km asfaltu na 80 km dróg, 40 000 mieszkańców, setki gatunków ptaków, ssaków, ryb i (niestety) insektów. W dzień, schodząc do wioski na śniadanie, spotykasz po drodze kapucynki i wyjce (które zdążyły cię już obudzić w środku nocy, albowiem ryczą jak dinozaury), wiewiórki, motyle i rajskie ptaki, a w nocy nietoperze latają ci nad głową i cały las aż się rusza od świetlików.

wulkan      pnacza

Na wyspie: poruszamy się stopem (prawie nic tu nie jeździ, ale za to każdy się zatrzyma i podwiezie), skuterem (nie umiem, więc nie kombinuję) albo rowerem, śpimy w hamaku między drzewami, jemy świeże owoce i naleśniki z nutellą domowej roboty, pijemy sok z kokosa wymieszany z rumem, wspinamy się po górach, leczymy obtarcia, ugryzienia i zadrapania od fauny i flory, oglądamy grupowe chrzciny w jeziorze, dyrdamy 20 km ciężką dżunglą do lodowatego wodospadu tuż pod wulkanem, pływamy kajakiem, podziwiamy motyle, fotografujemy małpy, uciekamy przed wężami, kąpiemy się w gorących źródłach, tropimy kolorowe ptaki, chowamy się przed tropikalna burzą, słuchamy, jak wulkan pomrukuje i pluje kamieniami (wtedy skaczemy na równe nogi), wstajemy rano na darmową jogę i kawę prosto z krzaka, bierzemy prysznic pod chmurką (innego nie ma)  i codziennie rano wykurzamy skorpiony z plecaka.

wyjec    zatoka

Prawdopodobnie można by tu siedzieć w nieskończoność, i gdyby nie moja śrubka w tyłku, to pewnie tak by właśnie było, bo trudno się zmęczyć tym, że jest zielono, ciepło, tanio i wszędzie dookoła biegają jakieś stwory. Ma się dodatkowo świadomość, że całkiem niedługo może to wszystko trafić szlag, bo Chińczycy już złapali za łopaty i będą tutaj kopać drugi (trzeci?) Kanał Panamski. W zasadzie nie wiadomo, po jaką cholerę, ale wiadomo, że jak postawią tutaj swoje porty, wpuszczą słoną wodę do Lago de Nicaragua (jezioro) i zaczną je pogłębiać, żeby spławiać tędy swoje transportowce z plastikowymi ciuchami, to diabli wezmą może nie całą wyspę, ale na pewno słodkowodne rekiny (jedyne na świecie) i pierdylion innych gatunków, które występują tylko tu, nie mówiąc już o wioskowej, sielskiej, anielskiej atmosferze.

msza    msza2

Teraz prawie nikogo tu nie ma, jest cicho (no dobra, cykady nadają na cały regulator), ciemno (ale gwiazdy widać wszystkie), zielono i po prostu zajebiście.

gacie     zachod2

Przyjeżdżajcie co Nikaragui, zanim wszystko stratują i zjedzą Chińczycy (Amerykanom nie wyszło).

Więcej zdjęć tutaj.

Nacatamales

Nacatamales  to nikaragueńska odmiana meksykańskich tamales (nadziewane ciasto z mąki kukurydzianej, zawinięte w liście i gotowane na parze) – tutaj najczęściej występuje w kombinacji z ziemniakami, marchewką i wieprzowiną (czyli taki polski, niedzielny obiad, zawinięty w bananowca i podgrzany), ale mnie udało się upolować wersję wegetariańską z jajkiem, warzywami i suszonymi śliwkami (tylko 40 NIO, czyli ok 6 zł) . Podajemy ze świeżym chlebem.

Salwador – kiedy, jak, po co, za ile.

Transport: Po całym kraju kursują tanie i krańcowo rozklekotane chickenbusy (stare, amerykańskie autobusy szkolne), gdzie rzecz jasna musimy uważać na bagaże i wykazać się dużą odpornością na tłok, hałas i wysoką temperaturę. Niemniej jednak, ceny są na tyle niskie, że warto się trochę przemęczyć, zwłaszcza, że kraj jest na tyle mały, że nigdzie nie będzie tak naprawdę daleko. Głównym centrum przeładunkowym jest San Salvador, gdzie najważniejsze dworce (północny, zachodni, itp) rozlokowane są mniej więcej w okolicach centrum, co pozwala na przejście z jednego do drugiego w ciągu ok. pół godziny (nie polecam po zmroku). Dodatkowo, biura podróży i hostele organizują tzw. shuttles, o cenach kilkunastokrotnie wyższych (czasem się opłaca, ale raczej uważam to za wyrzucanie pieniędzy). Jeśli zaś chcemy dostać się na plażę, to za 2 USD pojedziemy tam klimatyzowanym, wygodnym busem z San Salvador (Plaza Bolivar). Napomknę również, że z uwagi na niską częstotliwość busów na niektórych trasach, sama nagminnie łapałam stopa (fajnie się jeździ w bagażniku na pickupie i nie trzeba prowadzić konwersacji z kierowcą).

Przykładowe ceny: El Poy – San Ignacio: 0.75 USD, La Palma – Aguilares: 2.40 USD, Suchitoto – San Salvador: 1.25 USD, San Salvador- El Tunco: 2 USD. Shuttle z El Tunco do León (Nikaragua): 35 USD (dużo, ale żeby dostać się do Nikaragui, musimy dwa razy przekroczyć granicę z Hondurasem, co może zająć cholernie dużo czasu. Jadąc shuttlem, cała operacja zajmuje tylko 10 godzin).

Spanie: Pięknie i tanio. Oczywiście, jeśli chcemy mieć tylko dla siebie wypasioną chatkę w górach, to zapłacimy za nią, jak za zboże (50 USD za noc). Jeśli zaś jesteśmy w stanie wytrzymać w wieloosobowych sypialniach, możemy w Salwadorze znaleźć łóżko za 5-7 dolarów za noc. Polecam: hostel El Gringo w Suchitoto (5 USD za noc) i El Sunzalito w El Tunco (również 5 USD).

Jedzenie: zarówno w El Tunco, w La Palma jak i w Suchitoto są restauracje serwujące jedzenie od sasa do lasa (od pizzy do tofu z curry) we względnie przystępnych cenach 5-10 USD (im bliżej plaży, tym drożej). Jeśli jednak chcemy jeść (i płacić) po salwadorsku, to na co drugim rogu znajdziemy pupuserías, czyli uliczne garkuchnie sprzedające świeże placuszki z warzywami, serem lub mięsem. Pupusa kosztuje zazwyczaj 0,30 – 0,50 USD, chyba, że chcemy ją zjeść z owocami morza (1 USD). Po dwóch porcjach jesteśmy najedzeni, ale istnieje niebezpieczeństwo, że po tygodniu nie będziemy już mogli na nie patrzeć.

Chlanie: lokalne piwo jest dostępne w przystępnej cenie 1 USD za butelkę (2 USD na plaży), drinki 2,50 USD. Poza sezonem bary obfitują w happy hours i zabawy pt. „dziewczyny nie płacą” (ostrzegam).

Zwiedzanie i surfowanie: Hostele organizują płatne wycieczki gdzie tylko chcemy, ale zazwyczaj jesteśmy w stanie zoragnizować to sobie o wiele taniej. Np. jeśli chcemy odwiedzić wodospady Tamanique nie płacąc 10 USD, a) łapiemy stopa z El Tunco (20 minut), b) odmawiamy wszystkim ulicznym cwaniakom-przewodnikom, c) pływamy sobie spokojnie w wodospadzie bez towarzystwa, d) wracamy autobusem do El Tunco (0.50 USD). Deski surfingowe kosztują 10 USD dziennie, lekcje od 10 do 40 USD za godzinę (w zależności od szkoły i stopnia zaawansowania).

Płacenie: Dolary amerykańskie są oficjalną walutą Salwadoru. Często używaną jednostką jest „cora” = 0.25 USD.

Chorowanie: Uważamy na komary, bo denga i chikungunya mogą nas załatwić. Zwłaszcza tuż po porze deszczowej (pażdziernik), kiedy komary mnożą się na potęgę.

Kiedy jechać: Kiedy byśmy nie przyjechali, raczej nie trafimy na tłumy (tutaj piszę, dlaczego). Najazd amerykańskich surferów zaczyna się w listopadzie i trwa do maja.

Gallo pinto con tostones

Nie jest łatwo być wegetarianinem w Nikaragui. Głównie dlatego, że jeśli nie lubimy jeść poćwiartowanych prosiaków, to po tygodniu nie możemy już patrzeć na to, co na zdjęciu: kombinację smażonych bananów w cieście (tostones), surówki i gallo pinto, czyli ryżu z czerwoną fasolą, który pełni tutaj taką samą rolę, co u nas ziemniaki z koperkiem. Gallo pinto („pstrokaty kogut”) na Kubie nazywa się „Moros y Cristianos” („Maurowie i Chrześcijanie”) – jest tam też bardziej urozmaicony, bo przyrządzany na mleku kokosowym z kolendrą. Smażone banany z kolei podawane są często z serem i cynamonem. Może spróbujecie?

Nikaragua: León, Granada i Masaya

Nareszcie można przestać się trzymać za torebkę: Nikaragua to podobno najbezpieczniejsze państwo w Ameryce Środkowej, mimo, że nie jest ani najbogatsze, ani najbardziej pokojowe. Najpierw była Amerykańska okupacja (do 1933 roku), potem 43 lata wyjątkowo brutalnego panowania rodziny Somozów oraz trzydziestoletnia, wyniszczająca wojna między dyktaturą a lewicowymi partyzantami (Frente Sandinista de Liberación Nacional). Dodatkowo,  1972 roku potężne trzęsienie ziemi rozwaliło całą stolicę (do dzisiaj wygląda dość rozpaczliwie), na czym ówczesny dyktator, Anastasio Somoza, zarobił grube miliony, zgarniając pieniądze z międzynarodowych funduszy pomocowych. Spotkał go jednak smutny koniec: podczas rewolucji musiał spieprzać do Paragwaju (tam też była bratnia dyktatura), gdzie w końcu dopadli go argentyńscy komuniści.

Tradycyjnie, USA długo i nieudolnie próbowały uniemożliwić Sandinistom dojście do władzy (rzecz jasna, absolutnie się to nie udało), finansując prawicowe organizacje terrorystyczne w Hondurasie. Kiedy Kongres uznał, że już starczy, kasę zapewniła nielegalna sprzedaż broni do Iranu (pamiętacie aferę Iran-Contras? Reagan nigdy do końca z tego nie wybrnął). Nikaragua nawet wygrała w tej kwestii sprawę przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości, ale żadnego odszkodowania do tej pory nie było, bo USA dość bezceremonialnie kazało się wszystkim odchrzanić.

ulica    leon2

Dzisiaj portrety prezydenta (Daniel Ortega) na gigantycznych billboardach i muralach wiszą razem z Fidelem, Che Guevarą y Hugo Chávezem, którego wielka głowa z papieru straszy na centralnym placu w stolicy. Nic dziwnego: wszystko, co tutaj stoi, stoi za wenezuelskie pieniądze (ciekawe, za co stoi teraz, odkąd Wenezuela sama leży, kwiczy i przebiera łapkami), a Nikaragua prowadzi dość niekonwencjonalną politykę zagraniczną (na przykład, jest jednym z niewielu krajów na świecie, który zaprzyjaźnił się z Abchazją, Osetią i innymi mafijnymi pararepublikami), promując nietypową mieszankę lewicowej ideologii i twardego katolicyzmu – tylko tutaj, w Salwadorze, na Malcie, w Chile i Watykanie aborcja jest bezwarunkowo nielegalna.

Cały wschód kraju jest zasadniczo kompletnie pusty(Mosquito Coast!): aktywność koncentruje się między wulkanami a jeziorami na południu i zachodzie: mamy więc wymuskane, kolorowe kolonialne miasteczka w stylu Antiguy (León i Granada, gdzie teraz siedzę), piękne jeziora, plaże nad Pacyfikiem i całą kolekcję wulkanów, które od czasu do czasu stawiają tu wszystkich na równe nogi.

leon    apoyo

Jak dotąd wlazłam tylko na jeden – Masaya, na który prawdopodobnie w Europie wejść nie byłoby wolno, bo nigdy nie wiadomo, czy za pięć minut nie zacznie pluć jadem. Śmierdzący dym leci z niego cały czas, a w nocy widać czerwoną łunę od lawy. Dookoła latają kolorowe papugi i nietoperze, dziwnym trafem przystosowane do siarki. Bomba.

Stolica to z kolei zupełne nieporozumienie: urbanistyczny koszmar, złożony z krzykliwych billboardów, paskudnych centrów handlowych, fast-foodów i parterowej zabudowy. Przejechałam całe miasto i bez przerwy miałam wrażenie, że jestem na Al. Włókniarzy po bombardowaniu. Ohyda.

Zatem po tygodniu na małej wyspie na Pacyfiku bez prądu (stąd zastój na blogu) i dwóch urokliwych, ale potwornie gorących miasteczkach, czas na kolejne zadupie: wyspę Ometepe. Jutro.

Pío Quinto

… czyli budyń z rumem à la nicaraguienne. Standardowo podawany na Boże Narodzenie, ale ja trafiłam na to cudo w moim hostelowym menu w październiku. Bierzemy: szklankę mleka kokosowego, 1/4 szklanki miodu, 1,5 łyżki skrobi kukurydzianej, 1,5 łyżki mąki, 3 łyżki wanilii, 3 łyżki wody. Miód, wanilię i mleko kokosowe zagotowujemy, dodajemy skrobię i mąkę, rozpuszczone uprzednio w małej ilości wody. Cały czas mieszamy, aż uzyskamy jednolitą konsystencję oraz zdejmujemy z ognia, kiedy lekko zgęstnieje. Następnie: wkładamy całość do lodówki oraz przygotowujemy biszkopt (albo bierzemy gotowy), który nasączamy rumem i kruszymy na kawałki. Podajemy w miseczkach, z cynamonem i rodzynkami.

Salwador: El Tunco

Jedynym miejscem w Salwadorze, gdzie cały rok można zastać jakichś gringos, jest wybrzeże Pacyfiku (komkretnie: plaże El Tunco i El Zonte). Są to dodatkowo gringos pewnego konkretnego gatunku, a mianowicie surferzy, którzy ciągną tutaj z uwagi na nieprawdopodobnie wysokie fale, które normalnemu człowiekowi uniemożliwiają przebywanie w wodzie (próbowałam – wybrzeże Pacyfiku w tym miejscu i o tej porze roku nadaje się tylko do fotografowania). Typowy surfer składa się z kolorowych gaci, dredów, paskudnych tatuaży, deski surfingowej noszonej przez cały dzień pod pachą dla szpanu oraz z licznych oznak częstego pobytu na siłowni i oglądania się z upodobaniem w lustrze. W dużym stężeniu jest to zatem plemię dość trudne do zniesienia, ale mimo wszystko, co tu będę ściemniać, leżeć nad basenem, pić sok z kokosa i oglądać zachody słońca każdy lubi. Chociaż na kilka dni.

W San Salvador (stolyca) byłam mniej więcej przez pół godziny i uznałam, że to mi w zupełności wystarczy, albowiem już się w życiu wystarczająco dużo nabiegałam po slumsach, brodząc po kostki w syfie (Indie, Jemen, Bałuty). Nie mam też stamtąd żadnej dokumentacji fotograficznej, co, mam nadzieję, jesteście mi w stanie wybaczyć. Jeśli się jeszcze kiedyś tam wybiorę, to z jakimś innym aparatem – takim, którego mi nie będzie szkoda, w razie gdyby ktoś mi go postanowił podpierdolić. Dla ciekawych służę opisem: wyobraźcie sobie, że Targowisko Dolna (Łódź) rozpełzło się na całe miasto i szczęki z gumowymi skarpetkami, plastikowymi dżinsami, pirackimi filami porno i stanikami z chińskiego azbestu stoją pod Urzędem Miasta, na skwerach, parkach, woonerfach i w ogródku od Kaliską. Nie jakieś tam ładne indiańskie babcie ze swoimi wyszywanymi poduszkami, tylko właśnie cinkciarze i handlarze azjatycką taniochą, którzy dodatkowo są melomanami: walą w ciebie reggaetonem 24 godziny na dobę, bez tłumika. Reszta budynków wykonana jest za to nie z cegły (poza jakimś jednym czy drugim gruntownie obdrapanym kościołem albo parlamentem), tylko z paździerza i blachy falistej, bo jakoś tak im się postawiło po ostatnim morderczym trzęsieniu ziemi, a jak się rozsypie, to będzie łatwiej pozbierać. Dodatkowo, wszystko, co nie jest targowiskiem (apteka, kiosk z gazetami, szpital, szkoła) jest szczelnie oplecione drutem kolczastym, zakratowane i obstawione tajniakami wyposażonymi w karabiny, dzięki czemu możemy się na chwilę poczuć jak w dzielnicy ambasad w Kinszasie, albo pod amerykańską bazą w Bagdadzie – z tym, że nie ma trawnika, a chodniki dookoła są gruntownie obsrane. Od czasu do czasu – w ramach okazjonalnego gargamela – mamy takie wykwity cywilizacji jak McDonald’s, KFC i inne amerykańskie sieciówki, gdzie obżerają się wytuatuowani nastoletni gangsterzy z ewidentną nadwagą (pitbulle zaparkowane pod drzwiami). Na wylotówce mijamy za to lśniące dzielnice dla bogatych ludzi – oczywiście za murem, za drutem, za okopem, za karabinem.

Moja tolerancja na paskudztwo jest ograniczona, zatem wybrałam się na plażę, gdzie próżnuję już trzeci dzień (z wyłączeniem dzisiejszej pieszo-autostopowej wycieczki do wodospadów Tamanique – dużo lodowatej wody w środku lasu, tylko trzeba uważać na węże).

Następny przystanek: Nikaragua.

Więcej zdjęć tutaj.

Salwador: Bullet the blue sky

I znowu jestem jedyną gringa w mieście, bo wszyscy potencjalni turyści zwiali gdzieś indziej. Zwiali tak gromadnie, że pierwszy hostel, do którego się wybrałam z zamiarem rozbicia namiotu w ogródku okazał się zamknięty na cztery spusty, w oczekiwaniu na lepsze czasy. A ponieważ a)hostel leży na wysokości 2500 m i w lesie, b)dotarłam do niego dwoma autobusami i błotnistą ceprostradą (4km pod górkę z plecakiem), c)zaczynało się robić ciemno, d)lało, nie pozostawało mi nic innego, jak przesadzić (rachityczne zresztą) ogrodzenie i rozbić namiot, zanim zacznie się poważna ulewa i coś wreszcie wyskoczy z krzaków i ugryzie mnie w dupę.

Tym sposobem, dzięki nieobecności właścicieli Alla Arriba, pierwszą noc w Salwadorze spałam za friko. Mam nadzieję, że nie mieliby pretensji.

Rano jakaś salwadorska rodzina uratowała mnie od konieczności marszu nazad do La Palma – zgarnęli mnie do swojego pickupa i po drodze opowiadali, jak to ojciec rodziny, Santiago, cztery razy przekraczał nielegalnie amerykańsko-meksykańską granicę, siedem lat pracował na budowie w kilku różnych stanach i nawrócił się po tym, jak cudem uniknął śmierci przy upadku z rusztowania – wszystko to nie powiedziawszy w życiu ani słowa po angielsku. Pieniądze przysyłane przez Salwadorczyków pracujących w USA stanowią zresztą podstawę miejscowej gospodarki: Salwador dostaje rocznie cztery razy więcej gotówki od takich ludzi jak pan Santiago niż od wszystkich organizacji pomocowych razem wziętych.

ulica2      ulica

Trzy chickenbusy później trafiłam z kolei do Suchitoto, gdzie oprócz mnie w hostelu znowu są tylko mrówki i jaszczurki. Dziwne, bo Salwador jest naprawdę przecudowny: góry jak z jakiegoś osiemnastowiecznego, przesłodzonego landszaftu, zieleń, wodospady, wulkany, ptaki, motyle, plantacje kawy i parterowe, kolonialne miasteczka, gdzie można by spokojnie nakręcić ekranizację „Stu lat samotności” (a przynajmniej ja sobie to tak wyobrażałam, czytając niegdyś Márqueza).

Suchitoto właśnie tak wygląda: lekko obtłuczone kolorowe domki, kościół cały w jaskółkach, na skwerach starsi panowie grają w karty, a wieczorem mieszkańcy siadają na zydelkach przed domem i patrzą na tych z naprzeciwka. Godzinami. Pytają mnie, dlaczego mam takie krótkie włosy (tutaj wszystkie po bożemu, loki do pasa) i jakim prawem w moim wieku nie posiadam męża. Kiedy odpowiadam, że ani długich włosów ani męża właściwie sobie nie życzę, patrzą z niedowierzaniem. Mówią „Dzień dobry”, pytają co mnie sprowadza do tej dziury. Aż trudno uwierzyć, co się w tej cukierkowej mieścinie działo jeszcze dwadzieścia lat temu.

okno     kowboj

Wojna domowa w Salwadorze trwała ponad dwanaście lat i pochłonęła ok. 80 tysięcy ofiar – w kraju, gdzie mieszka 6 milionów ludzi jest to jednak cholernie dużo. Jak zwykle na kontynencie, lokalna marksistowska organizacja zbrojna (FMLN – Front Wyzwolenia Narodowego im. Farabunda Martíego), wspierana przez Kubę, Nikaraguę i pośrednio ZSRR, próbowała pozbyć się niepopularnej i wyjątkowo brutalnej junty wojskowej, która z kolei dostawała broń, kasę, szkolenie i sprzęt od USA. Najpierw były sfałszowane wybory w 1977 roku, brutalnie tłumione protesty i pierwsze szwadrony śmierci, mordujące na prowincji księży oraz chłopów podejrzanych o lewicowe sympatie, potem stan wojenny i dalsze represje. Trzy lata później, Arcybiskup Oscar Romero (dziś na każdym plakacie w Salwadorze), otwarcie krytykujący władze z ambony, został zastrzelony podczas odprawiania mszy (to właśnie jego beatyfikował niedawno Papież Franciszek), a na jego pogrzebie zabito kilkadziesiąt osób (sprawców nigdy nie ukarano). Kolejne 12 lat to zamachy i wojna podjazdowa ze strony FMLN oraz systematyczne rzezie ludności cywilnej ze strony rządu, którego USA nie przestało wspierać i finansować nawet po masakrze w El Mozote (1981), gdzie do dziś nie do końca wiadomo co się stało, bo przeżyła ją tylko jedna osoba. Zgodnie z oficjalnymi statystykami, salwadorskie wojsko w ciągu trzech dni zabiło ponad 800 osób, w tym ok. 200 dzieci, prawdopodobnie wyłącznie w celu sterroryzowania społeczeństwa, bo wioska nie zawierała żadnych partyzantów (jest o tym rewelacyjna książka po polsku).

romero     suchitoto

Do dzisiaj kraj jest potwornie zdewastowany, ale obie strony wojny ostatecznie musiały się dogadać – FMLN to dzisiaj legalna partia (z niej zresztą wywodzi się obecny prezydent, Salvador Sánchez), która podejmuje nieśmiałe próby wyrównania rachunków. Głównym problemem jest za to szalejący bandytyzm i korupcja (prawie jak w Hondurasie), młodzieżowe bandy przestępcze (tzw. maras), no i trzęsienia ziemi, które rozwalają to, czego nie rozwaliła wojna.

„Bullet the Blue Sky”? Taka piosenka kiedyś była. O wojnie w Salwadorze właśnie.

Więcej zdjęć tutaj.

Pupusas

… czyli kolejny sposób na tortillę, tym razem rodem z Salwadoru. Aby wykonać pupusę, masę do tortilli ugniatamy w kulkę i wypychamy nadzieniem z sera (białego lub żółtego), zmiksowaną czerwoną fasolą, przyprawami i ziołami. Kulkę zamykamy, rozpłaszczamy (w ten sposób, aby nadzienie zostało na swoim miejscu) i smażymy z obu stron.

W wersji ze zdjęcia mamy pupusę wegetariańską: z fasolą, serem, loroco (rodzaj jadalnego kwiatu) i ayote (dynia). Piekielnie dobre, tanie i łatwe do wykonania.

pupusas2