Pan de banano

…to chyba najsmaczniejsze, co jadłam w Gwatemali. Pyszne, ciepłe, małe bochenki sprzedają rano Indianki na ulicy, ale absolutnie najlepszy „bananowy chleb” znajdziemy w piekarni-restauracji Doña Luisa Xicotencatl w Antigua: piekielnie smaczny, pachnący i sławny na całą Gwatemalę (cena za pół bochenka: 13 quetzali, czyli ok 6 zł). Żeby zrobić takie cudo w domu, bierzemy: 2 szklanki mąki, 3  łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki soli, pół szklanki cukru, 2 jajka, pół szklanki masła, 4 banany.

Banany miksujemy z jajkiem, masłem i cukrem. W drugim naczyniu mieszamy mąkę z proszkiem do pieczenia i solą, po czym dodajemy do bananów. Całość wlewamy do formy do pieczenia i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 30-40 minut. Gotowe. Możemy dodać rodzynków, orzechów, czego tam chcemy, i zjadać na sucho, z masłem, miodem, dżemem lub z Nutellą (osobiście preferuję Nutellę, chociaż wiem przecież, jaki to syf).

Gwatemala: Atitlán

Gwatemala we wrześniu z punktu widzenia backpackera: od 6 rano do południa, przy pięknej, słonecznej pogodzie snujesz plany jak to teraz będziesz się wspinać na wulkany, łazić po górach od wioski do wioski i pływać w jeziorze. Od południa do późnego wieczora, próbując wysuszyć spodnie, buty, plecak i skarpetki czekasz na koniec kolejnej apokaliptycznej ulewy, zjadając ostatnie wysokoenergetyczne ciasteczka, kupione na okoliczność planowanej wspinaczki na Tajamulco, do której oczywiście tym razem nie dojdzie. Na wulkan Pacaya już wlazłam, głównie po to, żeby się ogrzać nad stygnącą lawą (ostatnia erupcja w 2014), usmażyć parę marshmallows i pooglądać sobie świat z wnętrza gigantycznej deszczowej chmury. Żegnamy reklamy.

marsh    lawa

Nie jest jednak tak źle. Atitlán, najgłębsze jezioro w Ameryce Środkowej, położone w niecce między trzema wulkanami (Tolimán, San Pedro, Atitlán), jest obłędnie piękne i między 6 a 12 zdecydowanie da się lubić. W San Pedro mamy tanie hostele, knajpy i szkoły hiszpańskiego, w Panajachel autobusy, sklepy i namiastkę małomiasteczkowej aktywności, a w San Marcos nawiedzonych niemieckich hipisów, uprawiających organiczną marchewkę i jogę codziennie rano na pomoście.

drzewo    atitlan

W Santiago z kolei Majowie znów mają na pieńku z katolickim mainstreamem, bo największą atrakcją w mieście (ponad stu pielgrzymów dziennie) jest Maximón, czyli drewniany koleś obwieszony kolorowymi chustkami, z cygarem w ustach i grubym plikiem banknotów pod szelkami. Trudno stwierdzić, skąd się to wszystko wzięło (opiekun Maximona nie był mi w stanie tego wytłumaczyć, bo niespecjalnie mówił po hiszpańsku), ale faktem jest, że wierni modlą się na klęczkach i żegnając się po katolicku, ale w ręku trzymają butelkę piwa, papierosa albo kolorową chustkę, które składają w charakterze ofiary po kilkunastominutowej modlitwie w języku tz’utujil. Wszystko ma miejsce w zwykłym przedpokoju u jednego z miejscowych (co roku ktoś inny robi na tym biznes), w otoczeniu kwiatów, kadzidełek, świeczek i całej tony badziewia, którą zostawili tam inni pielgrzymi (ze szczególnym uwzględnieniem dużej ilości pustych butelek po piwie).

maximon    stragan

W ogóle pejzaż religijny jest tu dość intrygujący, bo różnego rodzaju protestanckie kościoły nieprawdopodobnie się tu rozrosły, i reklamują się na całego, rywalizując z plakatami wyborczymi, którymi obsrany jest obecnie absolutnie każdy wolny kawałek betonu w Gwatemali. Nawet Świadkowie Jehowy mają swoją salę królestwa w każdej wioszczynie, nie mówiąc już o zielonoświątkowcach, adwentystach i wszystkich innych egzotycznych protestanckich zgromadzeniach, które znajdziemy tylko tu i w Teksasie. W San Pedro jest nawet mała synagoga Chabad Lubawicz, jak rozumiem, z uwagi na gromadną obecność izraelskich turystów. Apteki i sklepy mięsne nazywają się tutaj „Jehowa”, „Getsemani”, „Judea”, „Synagoga” a tuk-tuki, zderzaki samochodowe i wielokolorowe murale informują nas zgodnie, że Jezus nas kocha.

bienvenido     rother

Rownież w Santiago, w co drugim sklepie i za lusterkiem u kierowców tuk-tuków znajdziemy czarno-białe zdjęcie niejakiego Stanleya Rothera, księdza-męczennika z Oklahomy, który zdążył przetłumaczyć Nowy Testament na tz’utujil, wybudować szpital i założyć stację radiową, zanim został zamordowany przez prawicowe bojówki podczas gwatemalskiej wojny domowej w 1981 roku. Miejscowi mają nadzieję, że kiedyś zostanie kanonizowany, na co ma całe szczęście zdecydowanie większe szanse niż Maximón.

Jutro, jak się ogarnę, i jeśli w Hondurasie będzie internet, zabiorę was na targ do Chichicastenango i dostaniecie oczopląsu.

Więcej zdjęć z Atitlán i wulkanu Pacaya tutaj.

Atole de cacahuete i pozol de cacao

Atole de cacahuete to gorący napój z orzeszków ziemnych, który za 10 MXP można kupić w Meksyku (za 10 GTQ w Gwatemali) na ulicznych stoiskach w chłodny dzień. Prawdopodobnie jest potwornie niezdrowy (jak masło orzechowe), ale rewelacyjnie rozgrzewa i dodaje energii: 250 g skrobii kukurydzianej mieszamy z litrem mleka, po zagotowaniu dodajemy 2 l mleka, 250 g cukru i 250 g zmielonych orzeszków ziemnych. Gotujemy ok. 2 minut i podajemy na gorąco.

posol

Pozol de cacao to lokalny przysmak w Chiapa de Corzo, niedaleko San Cristóbal de las Casas w południowym Meksyku. Od atole różni się brakiem orzeszków (zamiast nich mamy zmielone nasiona kakaowca) i tym, że podawany jest na zimno, jako „bebida refrescante”. Jak dla mnie, smakuje jak rozwodnione, zimne kakao z fusami, ale może się nie poznałam.

Gwatemala: Antigua

Co widzicie, kiedy słyszycie „Gwatemala”?

Ja widzę na przykład starego Indianina w kowbojskim kapeluszu, który siedzi z papierosem w ustach przed rozwalającą się chałupą, pomalowaną na majtkowy róż, na zagraconym obejściu, po którym biegają brudne prosiaki. W tle, powiedzmy, kawałek dżungli, dymiący wulkan i seria z karabinu.

Tak to rzeczywiście mniej więcej wygląda. No może poza tą serią z karabinu, bo te czasy już się skończyły. Co nie znaczy, że nie jest to syf malowniczy – wulkany, góry, dżungla, rzeki, kolonialne miasta w stanie lekkiej ruiny robią swoje. Ale mimo to widać, jakiego Gwatemalczycy mają pecha: jak nie dyktatura (Efraín Ríos Montt, sądzony obecnie za ludobójstwo, żeby wymienić tylko jednego) to trzęsienie ziemi (1976 – 23 000 zabitych), jak nie powódź to rewolucja. Ostatniego prezydenta wywalili niecały miesiąc temu, chociaż w porównaniu z poprzednimi głowami państwa był tylko doszczętnie skorumpowany.

panorama    koscioly

Stolica, Guatemala City, to 4,5-milionowy moloch, do którego niespecjalnie mam ochotę jechać, bo słynie głównie z wysokiej przestępczości. Za to dawna, kolonialna stolica, położona kilkadziesiąt kilometrów dalej, tzw. Stara Gwatemala (Antigua Guatemala), to taka mała, urokliwa Sewilla, perełka hiszpańskiej renesansowej architektury, z kolorowymi domkami, ukrytymi w podwórkach ogrodami i rozwalonymi szesnastowiecznymi klasztorami. Ponieważ trzęsienia ziemi zrównują tu wszystko z ziemią mniej więcej co 40 lat, a miasto otaczają trzy wulkany (Agua, Fuego i Acatenango), w tym jeden całkiem aktywny, ta dawna stolica wszystkiego (kolonialnej Gwatemali, Belize, Salwadoru, Hondurasu, Nikaragui, Kostaryki i Chiapas) wytrzymała tylko do końca XVIII wieku, po czym wszystko, co istotne przeniesiono gdzie indziej. W ten sposób nie ma tu ani śladu nowoczesności (no dobra, samochody i supermarkety są, ale pochowane), a po ruinach dziko zdobionych dziesiątek kościołów i klasztorów widać, jaki tu kiedyś był mały Watykan.

brama     ruiny1

Niestety miasto miałam okazję oglądać tylko w krótkich radosnych przerwach w ciężkiej ulewie, bo od trzech dni w Gwatemali na*dala żabami, i wiem co mówię, bo to nie jest taki sobie deszcz. Są pioruny, są rzeki na ulicach i doszczętnie przemarznięci turyści wracający z Acatenango, na który mam wielką ochotę wejść, ale chyba jednak tego nie zrobię, bo nie chcę tam przymarznąć do krateru. Spróbuję jutro na Pacaya, który jest po pierwszy niższy, a po drugie aktywny (pluje lawą i wydaje dźwięki).

patio    ruinki

Następny przystanek: Atitlán (góry, Indianie, hipisi).

Więcej zdjęć tutaj.

Słodycze rodem z Chiapas

Na każdym rogu w San Cristóbal znajdziemy stoisko ze słodyczami: czasem nawet mieszkańcy miasteczka montują sobie taki stragan w oknie dużego pokoju i sprzedają to, co sami upiekli. Moje osobiste Top 2 to:

Gaznates czyli jajeczne rurki z kremem. Potrzebujemy: 300 gr mąki, 4 żołtek, 1 jajka, 1 łyżki masła, 1 kieliszka mezcalu (możemy zastąpić innym akoholem), szczypty soli (tequesquite), 250 ml oliwy, 150 gr cukru, łyżki cynamonu. Do nadzienia wystarczą: 4 białka, 200 gr cukru, łyżka wanilii.  Mąkę mieszamy z jajkiem, żółtkami i masłem. Dodajemy mezcal z solą i mieszamy, po czym zostawiamy na 10 minut. Potem rozwałkowujemy jak najcieniej, i wycinamy równe kwadraty, które potem nawijamy na natarty mąką wałek (lub coś węższego), żeby uformować rurki. Po pół godzinie możemy je usmażyć, a w międzyczasie przygotowujemy masę: ubijamy białka z wanilią. Gotowe ciastka można posypać cukrem i cynamonem do smaku.

gaznote

Cocadas czyli meksykańskie kokosanki z marchewką. Bierzemy 1 marchewkę, 80 g cukru i 100 g startego świeżego kokosu. Marchewkę gotujemy, rozcieramy na puree i mieszamy z połową cukru i połową wiórków kokosowych. Resztę cukru mieszamy z resztą kokosu. Z marchewkowej masy formujemy kuleczki, maczamy w cukrze z kokosem i wkładamy do lodówki na pół godziny. Gotowe.

cocada

W meksykańskim warzywniaku

Obok standardowych pomidorów, ogórków, cebuli i miliarda rodzajów papryki znajdziemy tam również takie cuda:

Pitahaya, czyli smoczy owoc lub pitaja:

pitahaya2    pitahaya1

Rośnie na kaktusach, charakteryzuje się wściekle różowym kolorem (stąd nazwa), za to w smaku jest raczej łagodna i lekko słodkawa (z małymi, czarnymi pesteczkami jak kiwi). Tutaj występuje często w postaci koktajli i lodów. Ponoć do znalezienia w Polsce.

Papausa (w Salwadorze: izlama):

owoczamkniety    owocotwarty

Smakuje jak roztopione lody truskawkowe. Nie ściemniam. Minusem są gigantyczne, brązowe pestki, które stanowią jakieś 70% masy tego czegoś. Ale polecam i tak.

Chayote czyli kolczoch:

gotowane

Podobno można go jeść również na surowo, ale nie próbowałam. Ugotowany, smakuje jak skrzyżowanie ogórka i cukinii. W środku ma bardzo smaczną, białą, płaską pestkę. Idealne na szybki uliczny obiad, bo jedna sztuka kosztuje 5 MXP.

Jocote czyli śliwiec: wygląda jak oliwka, ale smakuje jak twarda, lekko kwaśna śliwka. Sprzedawane na ulicy wersji w syropie – całkiem niezłe, ale z kolei diabelnie słodkie.

cocotes

Dalej jadę i próbuję, zatem to be continued.

Tamales

…czyli nadziewane ciasto z mąki kukurydzianej, zawinięte w liście z kolby kukurydzy albo bananowca i gotowane na parze. Tutaj mamy wersję wegetariańską: tamales z fasolą, białym serem, hoja santa i chipilin (lokalne zielsko). Aby wykonać tamales w domu, mielimy nasiona kukurydzy i mieszamy z masłem, odrobiną cukru i soli – dodajemy, co chcemy (warzywa, mięso, zioła), zawijamy w jakieś liście i gotujemy na parze przez około pół godziny.

Tak wygląda tamal po rozpakowaniu:

tamal

A tak wygląda wścibski kot ściągający go z talerza:

wscibski kot

Meksyk: San Cristóbal de las Casas

Trasa z Flores (Gwatemala) do San Cristóbal de las Casas (Chiapas, Meksyk) trwa osiemnaście godzin, jeśli się jest takim sknerą jak ja. Ponieważ klimatyzowane mikrobusy z Flores do Palenque kosztują 250 quetzali (ok 120 zł), stwierdziłam, że będę sprytna i zaoszczędzę. Rzeczywiście, dojechałam nawet dalej za 1/3 tej sumy, ale kosztowało mnie to dwa tuk-tuki, jedną taksówkę i pięć różnych autobusów, z których ostatni dowiózł mnie na miejsce tuż przed północą. Prawdopodobnie zaporowa cena bierze się stąd, że większość turystów boi się Gwatemalskiej granicy, bo nie dość, że leci tędy cała kokaina z Kolumbii do USA, to krążą legendy o napadach z bronią na autobusy wiozące turystów. Podobno jednak, jak twierdzą Gwatemalczycy, „już nie napadają tak często”, a przy przejściu w El Ceibo nie napadają wcale. Za to kontrola graniczna jest chyba najbardziej drobiazgowa, jaką widziałam: po meksykańskiej stronie brakuje tylko kolonoskopii.

catedral      tkaniny

Ostatnie 200 km z Palenque do San Cristóbal zajmuje pięć godzin, bo całe południowe Chiapas leży wysoko w górach (samo miasto na wysokości 1900 m npm), a trasa obsadzona jest indiańskimi wioskami. Czyste powietrze, kolorowe domki, pstrokate kościoły, Indianie Tzotzil z okolicznych wiosek sprzedający swoje ciuchy i przysmaki, oraz porządna ulewa przynajmniej raz dziennie – można odetchnąć od duchoty z Quintana Roo, Jukatanu i Tabasco. Cały region ma nieprawdopodobnie bogatą historię, głównie z uwagi na to, że zamieszkują go głównie Indianie, którzy zawsze dostawali po dupie od rządu federalnego. Ostatnia poważna rebelia przeciwko neoliberalnej polityce i dyskryminacji Indian, w 1994 roku, zaczęła się kiedy guerrilleros z EZLN (Ejército Zapatista de Liberación Nacional) zajęli kilka miast w regionie (m.in. San Cristóbal właśnie) po tym jak weszło w życie porozumienie NAFTA, które wszyscy tutaj uważają za sprzedanie kraju gringos zza północnej granicy. Po kilku latach przepychanek rząd zgodził się dać Indianom odrobinę autonomii, i do dziś w regionie funkcjonują enklawy kontrolowane przez Zapatystów, przyciągające lewaków z całego świata. Dziś jednakowoż zamiast bieganiem z karabinem po dżungli, miejscowi zapatyści zajmują się głównie uprawą organicznej marchewki i wytwarzaniem kolorowej biżuterii (fair trade). W sklepach w San Cristóbal można sobie nawet kupić pluszowego guerrillero za 20 MXP.

zapata      guerrillero

Najbardzej zastanawiające jest jednak to, co się tutaj wyrabia z katolicyzmem. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie Indianie dogadali się z miejscowym klerem, ale nie przypominam sobie, żeby zarzynanie kury kiedykolwiek stanowiło powszechnie uznany element niedzielnej mszy. Pewnie dlatego ani w San Juan Chamula ani w Zinacantán nie wolno, pod karą linczu na głównym placu w wiosce, robić jakichkolwiek zdjęć w kościele, niezależnie od tego, czy coś się tam akurat odbywa, czy nie. Do Chamula wybrałam się dzisiaj rano, z uwagi na niedzielny targ, ubarwiony fajerwerkami, procesjami i muzyką. W kościele nie ma ławek ani ołtarza, za to figury świętych są tak obwieszone wstążeczkami, kwiatami i lampkami, że ledwo ich widać, a Pan Jezus i Św. Jan Chrziciel mają dodatkowo lusterko na szyi, w ramach odganiania złych duchów i złych spojrzeń (albo, według innych źródeł, jako symbol drogi w zaświaty). Kwiaty, kadzidła, świeczki i zioła od podłogi do sufitu (aż dziwne, że cały majdan nie poszedł jeszcze z dymem), obrazy obstawione glinianymi figurkami zwierząt (konie, barany, kozy, pumy), no i te nieszczęsne kury. Dodatkowo trafiłam na jakieś masowe chrzciny, więc w całym kościele słychać było potworne wrzaski niemowląt. Mają tu też dość luźny stosunek do tradycji: w kościele jako ofiary dla świętych (niby chrześcijańskich, ale w rzeczywistości reprezentujących indiańskie bóstwa) leje się Coca-Cola, aguardiente, piwo i pox (lokalna wóda).

chamula    panorama

Mieszkańcy Chamula chodzą w spódnicach i kamizelkach z baraniej skóry, a w Zinacantán noszą fioletowe, haftowane narzuty w kwiaty. I nie to, że od święta, oni w tych fioletach i koronkach noszą drewno i doją krowy (sama widziałam).  W San Cristóbal jest już bardziej nowocześnie – są bary z muzyką rockową, tatuażyści, supermarkety, hipsterskie knajpy i parę piętnastowiecznych kościołów, już o wiele bardziej mainstreamowych.

guadalupe     nina

A 50 km dalej mamy gigantyczny kanion z krokodylami (El Sumidero), gdzie można sobie popływać łódeczką i  pogapić się na małpy.

spodnice      zinacantan

Więcej zdjęć tutaj oraz tutaj.

krok

Następny przystanek: Gwatemala, Antigua.

Grillos fritos

W tym wypadku mam wrażenie, że jednak się nie skusicie, chyba, że ktoś odważny poleci zaraz do parku zapolować na pasikoniki. Jeśli złapiecie parę tłustych sztuk i macie ochotę je przyrządzić po meksykańsku, to wystarczy je przesmażyć z czosnkiem i świeżym chili – podawać z limonką i sosem pomidorowym. I proszę się nie krzywić, bo to nic takiego – większe świństwa zjadacie na co dzień w byle batoniku 😉 Melduję posłusznie, że smażone pasikoniki smakują całkiem nieźle, pod warunkiem, że jemy nie patrząc na talerz.

 

pasikoniki 2

 

El Manjar

…czyli taki gwatemalski budyń, tylko smaczniejszy. Pani w ładnej, kolorowej spódnicy sprzedawała coś takiego nad jeziorem we Flores, spodobało mi się, i zapisałam, jak to wykonać. Bierzemy: dwie szklanki mleka, ¼ szklanki cukru, ¼ łyżeczki soli, łyżkę cynamonu, 1/3 szklanki skrobi kukurydzianej. Mleko zagotowujemy z cukrem, solą i cynamonem. Ciągle mieszając, dodajemy skrobię, aż zgęstnieje i chwilę się pogotuje. Możemy dodać do smaku wanilię czekoladę, alkohol, rodzynki, owoce (jak do polskiego budyniu z torebki).