Honduras: dlaczego by nie?

Umówmy się: mało kto zostaje w Hondurasie na długo. Większość odwiedza tylko przygraniczne Copán i ewentualnie wyspy Utila i Roatán, gdzie są najtańsze kursy nurkowania na świecie. Do Tegucigalpy i San Pedro Sula zasadniczo nikt bez dobrego powodu nie zagląda. Mogę z kolei zaświadczyć, że południowy zachód kraju jest prześliczny, tani i wystarczająco bezpieczny. Zatem zapraszam.

Transport: Po raz kolejny mamy do czynienia z chickenbusami i znów krążą legendy o tym, jakie to niebezpieczne. Bardzo trudno mi w to uwierzyć, chociaż kierowcy jeżdżą jak jeżdżą. Do dyspozycji mamy też shuttle busy organizowane przez hostele, o zaporowych cenach, podawanych w USD.

Przykładowe ceny: Copán – Santa Rosa: 100 HNL (mikrobus), tuk-tuk do Macaw Bird Park za miastem: 20 HNL, Santa Rosa-Gracias (chickenbus): 50 HNL, tuk-tuk ze stacji w Gracias: 10 HNL. Shuttle bus z Copán do San Salvador: 40 USD.

Spanie: Tanio, ale baza noclegowa nie jest szczególnie bogata, bo w wielu miejscowościach nie ma ani kempingu ani taniego hostelu, albowiem turystów również niet. Z tego powodu na przykład nie zawitałam na długo w Santa Rosa, bo trudno było znaleźć cokolwiek sensownego za mniej niż 250-300 HNL. W Gracias jedynka z łazienką to 180 HNL, w Copán (hostel Berakah) łóżko kosztuje 150 HNL. Da się wytrzymać.

Jedzenie: Tak tanio, że aż miło. Baleada z awokado, którą napchamy się na pół dnia, kosztuje 15-20 HNL, śniadanie (jajka, fasola, banany, kawa): 20-30 HNL, licuado (sok owocowy): 10-30 HNL, kawa w hipsterskiej kawiarni: 25-40 HNL. Jeśli mamy ochotę na odrobinę luksusu i lansu, udajemy się do The Tea and Chocolate Place w Copán, gdzie możemy napić się czekolady prosto z ogródka (65 HNL), leżąc bykiem na hamaku. Polecam również opcje ekonomiczne: comedores na miejskim targu (wszystkie sprzedają to samo i w tej samej cenie), oraz Baleadas Buenas dwie ulice dalej.

Chlanie: Miejscowe piwo (Salvavida) jest paskudne. Ale tanie. Za 16 HNL nie spodziewam się fajerwerków. Za to w Copán mamy też mały, niemiecki browar, Sol de Copan.

Zwiedzanie i ptaków oglądanie: Niestety, ruiny w Copán mają wyjątkowo wysoki gringo tax: za wejście zapłacimy 330 HNL. Jeśli mamy ochotę obejrzeć muzeum rzeźby, dopłacamy 154 HNL. Jeśli tunele, kolejne 330 HNL. Jeśli z kolei chcemy obczaić kolorowe ptaki w schronisku-zoo Macaw Mountain za miastem, za wejście zapłacimy 200 HNL. Ale warto.

Płacenie: 5 HNL (Lempira) = ok 1 PLN.  Bankomaty dostępne, bezprowizyjne, ale wiele nie czai Master Card, więc możemy się nieźle nabiegać w poszukiwaniu gotówki. Dodatkową atrakcję stanowią kolesie z kałachami, którzy tych bankomatów pilnują. Uwaga: za wjazd do Hondurasu zapłacimy każdorazowo 3 USD albo 66 HNL (stempelek ważny miesiąc).

Chorowanie: Standardowo: denga i chikungunya, gdzieniegdzie malaria. Ale komarów nie widziałam, nawet w Copán. Za to na pewno na nizinach jest ich multum.

Kiedy jechać: Niski sezon jest w Hondurasie praktycznie cały czas, z powodów, które szerzej opisuję tutaj.

Honduras: Gracias

Jak zwykle ciągnie mnie na peryferie i zadupia, zatem zamiast w Salwadorze wylądowałam dzisiaj w Gracias, w prowincji Lempira. Miasteczko jest straszliwą dziurą, mimo, że kiedyś była tu stolica Hondurasu (wiem, że to żaden prestiż), ale leży w pięknych, zielonych górach (Park Narodowy Celaque – niestety nie wlezę na szczyt, bo są chmury i guzik będzie widać. Zresztą zwyczajnie mi się nie chce.). Są tu cztery ulice na krzyż, kolorowe domki, parę starych, ładnie odnowionych kościołów, zamek, targ, dworzec autobusowy i dużo obłędnie smacznej kawy.

7    5

Jedyną istotną aktywność zaobserwowałam na placu zabaw przed kościołem, gdzie darła ryje miejscowa dzieciarnia, ale już po 18:00 wszystko zamknięto na cztery spusty i po ulicy snuły się tylko psy i nażelowani kolesie na motorach. Innym objawem zapaści cywilizacyjnej jest fakt, że podczas deszczu nie ma prądu (w Copán było to samo), wąsy nie wyszły jeszcze z mody, a faceci nie widzą nic niestosownego w cmokaniu i wykrzykiwaniu kompletnych idiotyzmów po angielsku na widok białej kobiety. Po Egipcie mam na to barbarzyństwo taką alergię, że w ryj dać mogę dać, co akurat tutaj byłoby wysoce nierozsądne, bo jestem zapewne jedyną osobą w mieście, która nie ma żadnej broni.

Jestem też ewidentnie jedyną gringa w mieście, bo ludziska się na mnie gapią i głupio się uśmiechają.

3    4

Tym samym, po wypiciu kurtuazyjnej kawy na rynku i zapoznaniu się z miejscową ofertą baleadas, uciekam nazajutrz do Salwadoru.

2    1

P.S. Jeśli rozumiecie po hiszpańsku i chcecie zobaczyć coś autentycznie potwornego, obejrzyjcie sobie odcinek lokalnej telenoweli. Moja gospodyni katuje mnie tym już drugą godzinę i czuję się jak bohater „Mechanicznej Pomarańczy”.

Honduras: Copán

Jeśli wydaje wam się, że Gwatemala w porównaniu z Meksykiem wygląda dość rozpaczliwie, to zapraszam do Hondurasu.

Założę się większość z was słyszała o Hondurasie mnie więcej dwa razy w życiu: pierwszy raz przy okazji lektury „Wojny Futbolowej” Kapuścińskiego (o tym, jak między Salwadorem a Hondurasem poszło na noże, kiedy Honduras przerżnął w eliminacjach do mistrzostw świata w piłce nożnej w 1969 roku), drugi raz, kiedy UNDC opublikowało swoje statystyki na temat rozmiarów panującego tutaj bandytyzmu.  Zgodnie z danymi z 2013 r, w Hondurasie rocznie mają miejsce 90.4 zabójstwa na każde 100 000 mieszkańców (dla porównania, w Polsce 1.2), czyli ponad dwa razy więcej niż w Gwatemali (39.9) i cztery razy więcej niż w Meksyku (21.5), co zawdzięczamy głównie San Pedro Sula (najniebezpieczniejsze miasto na świecie, obok Karaczi) i kolumbijskiej kokainie, której transporty przez Morze Karaibskie lądują w większości właśnie tu (konkretnie w La Mosquitia, gdzie musi być od groma nielegalnych lotnisk). W proceder silnie zaangażowana jest policja, wojsko, biznes oraz klasa polityczna. A że idzie o dużą kasę, a każdy chce jak największą działkę, to trup ściele się gęsto.

2     6

Dodatkowo, od czasu niepodległości w 1821 roku miało tu miejsce ponad 300 różnych rebelii, wojen i przewrotów, cała galeria malowniczych dyktatorów (jak mówi Billy Connolly, kiedy taki zaczyna projektować swoje własne mundury, należy spieprzać), oraz piętrowe bagno w postaci wyniszczającej wojny z lat osiemdziesiątych, kiedy Amerykanie postanowili z terytorium Hondurasu wspierać bojówki Contras przeciwko lewicowemu rządowi Nikaragui. Oczywiście wyszło im jak zwykle: Sandiniści w Managua do tej pory rządzą i mają się całkiem nieźle, za to CIA wykształciło tutaj zastępy płatnych morderców, terrorystów i specjalistów od tortur, którzy po zakończeniu wojny w latach dziewięćdziesiątych musieli sobie znaleźć jakieś inne zajęcie. Niechęć do USA bierze się w tym regionie między innymi właśnie stąd, że ten sam scenariusz był powtarzany dość bezrefleksyjnie niemalże wszędzie na kontynencie.

Potem był jeszcze huragan Mitch w 1998, który rozpirzył wszystko to, co jeszcze zostało do rozpirzenia (na przykład 80% honduraskich mostów) oraz zamach stanu w 2009 roku. Chyba już starczy.

W związku z powyższym, agencja promocji turystyki (czy jak to się tutaj nazywa) ma chyba najbardziej skomplikowany PR na kontynencie, bo rzeczywiście, nawet w tej przygranicznej dziurze z malowniczymi ruinami, w której obecnie siedzę, nie ma specjalnie dużo białasów. Wszyscy spietrali. A szkoda, bo akurat tutaj jest wyjątkowo bezpiecznie. Można się co prawda poczuć nieco dziwnie, kiedy zdamy sobie sprawę z ilości drutu kolczastego nad ogrodzeniami, oraz kiedy zauważymy, że przed każdym bankomatem stoi koleś z karabinem. Dodatkowo faceci popitalają tutaj w kowbojskich kapeluszach i z bronią w kieszeni, więc czuję się trochę jak w westernie.

4     3

Ale mamy: a) ruiny starożytnego miasta majów – UNESCO World Heritage – standardowo malownicze i obfitujące w faunę i florę

b) Macaw Mountain, czyli rodzaj schroniska dla ptaków odzyskanych z przemytu albo brutalnych hodowli (gigantyczne, kolorowe papugi, które mówią „Hola, buenas tardes!”)

c) kawę prosto z krzaka

d) absurdalnie tanie i dobre jedzenie

e) wyraźny niedobór turystów, który skutkuje tym, że kompletnie nie ma tutaj tego rodzaju cwaniactwa i naciągactwa, które znajdziemy w każdej turystycznej miejscowości na tej szerokości geograficznej.

Zatem pozwolicie, że nie ucieknę od razu do Nikaragui, gubiąc po drodze kapcioszki, tylko wybiorę się jeszcze do Salwadoru.

Trochę zdjęć.

5     1