Singapur

Nawet Szwecja to doprawdy radosny bardach w porównaniu z Singapurem.

W tym chorobliwie wysprzątanym mieście-kraju jest czysto jak na oddziale intensywnej terapii, mimo, że mieszka tu prawie sześć milionów ludzi.

Najwyraźniej rygorystycznie wprowadzany od czasu niepodległości (1965, Wielka Brytania) program trzymania wszystkich za mordę (za przemyt narkotyków grozi tu kara śmierci) oraz technologicznego rozwoju na niespotykaną skalę zrobił z tego miasta prawdziwe Królestwo Sanepidu, co w tym klimacie (gdzie wszysko się lepi, sypie i zarasta) jest jednak sporym wyczynem. Futurystyczne wieżowce, przystrzyżone co do krzaczka ogrody, schludne skwerki, równe chodniki. Kraj tak zaprojektowany, żeby nikt nikomu w niczym nie przeszkadzał, i żeby wszystko chodziło jak w japońskim zegarku.

Coś potwornego. Ale nie da się ukryć, że jest to stan bardzo przyjemny, jeśli od tygodni (lub miesięcy) biegamy po Azji, po kolana w błocie, między trąbiącymi tuk-tukami a kurami czekającymi na zarżnięcie na środku chodnika.

 

W praktyce oznacza to, że na każdym kroku w Singapurze (w metrze, w parku, na przejściu dla pieszych, w hotelowej toalecie) lokalne władze czują się w obowiązku wystosować do mnie cały szereg kompletnie niepotrzebnych komunikatów, zapewne w przeświadczeniu, że nie posiadam zdolności logicznego myślenia. Mamy więc cały czas przed oczami obszerne instrukcje (niejednokrotnie w czterech językach: angielskim, malajskim, mandaryńskim i tamilskim) czego to akurat tutaj nie wolno (stać, siadać, jeść, pić, puścić bąka) i jak srogie grożą za to kary (zapalenie papierosa w ogrodzie botanicznym – 5000 SGD = 12 000 PLN), oraz wskazówki, gdzie dokładnie znajduje się prawa strona, a gdzie lewa i uważajcie, obywatelu, żebyście się nam przypadkiem nie zakrztusili tą sajgonką!

Gumą do żucia się nie zakrztusicie, bośmy zakazali jej sprzedaży. I kto by pomyślał, że Turbo, Donald i Winterfresh mogą być zakazaną używką, zażywaną po cichu, z wypiekami na twarzy, za zamkniętymi drzwiami, szmuglowaną z Malezji na dnie walizki. Nawet mormoni na to nie wpadli, a to jednak jakieś osiągnięcie.

Pod względem PKB per capita zajmuje siódme miejsce na świecie, co w praktyce oznacza, że przeciętny Singapurczyk wytwarza oraz konsumuje 3 i pół raza więcej, niż przeciętny Polak. Mamy więc hiperekskluzywne linie lotnicze, światowej klasy uniwersytety, bezrobocie na granicy błędu statystycznego, wieżowce ze szkła i stali (lubią tu numery typu szklana podłoga na dziewięćdziesiątym piętrze, infinity pool i inne bajery dla ludzi pozbawionych lęku wysokości) oraz naprawdę porządne, darmowe ogrody miejskie. To właśnie tam stoją te przedziwne, oplecione bluszczem „superdrzewa” i palmiarnie zaprojektowane jak statki kosmiczne. Dodam, że codziennie wieczorem do ogrodu schodzą się dzikie tłumy, drzewa migają kolorowymi swiatełkami, a z głośników leci Frank Sinatra (też nie rozumiem tej kombinacji, ale nie wygląda to źle).

Niestety wszędzie grasują wszelkiej maści Azjaci wyposażeni w kije do selfików – prawdziwa zmora tej części świata (od razu przypomina mi się ten uroczy rysunek). Nawet w Ogrodzie Botanicznym są specjalnie oznakowane punkty, w których zdaniem obsługi parku wychodzą najładniejsze selfiki: ustawione tam instrukcie tłumaczą, z właściwą sobie upiorną dokładnością, z której strony najlepiej się ustawić, żeby mieć na zdjeciu najbardziej kolorowe kwiatki.

Swoją drogą Ogród Botaniczny to jednak bardzo dobry powód, żeby pojawić się w Singapurze, bo jak wszystko w tym kraju jest drobiazgowo zaprojektowany, estetycznie wysmakowany i pełen bajerów typu ogród leczniczy, ogród aromatyczny, ogród prehistoryczny czy wszystkie orchidee świata w jednym miejscu.

Jest też oczywiście Chinatown, oraz Little India, a w każdym razie jego singapurska wersja, czyli Indie light, gdzie zapewne nawet gołębie mają wyznaczone miejsca do srania i jaszczurki biegają po ścianach po ustalonych trasach. A coście zrobili z krowami, ja się pytam? Małe Indie bez jednej krowy? Taka to Little India jak z koziej dupy trąba, skoro tutaj nie ma nawet karaluchów. Przypuszczam, że karaluchy siedzą zamknięte w zoo dla karaluchów, z którego raz w tygodniu są wyprowadzane na spacer. Na smyczy. Gęsiego.

  

Więcej zdjęć z Singapuru znajdziecie tutaj.