Penang – Malakka

Po raz pierwszy w życiu stałam w czterdziestominutowej kolejce po kluski z sosem. I stałabym drugie tyle!

Penang to kulinarna stolica Malezji, i prawdopodobnie również reszty świata. Zjemy tu malajskie lody z fasolą i kukurydzą (cendol), południowoindyjskie ryżowe naleśniki z ziemniakami (masala thosai), chińskie pierożki z czerwoną fasolą, tajskie zielone curry, i jeszcze inne cuda z Kambodży, Wietnamu, Laosu, Birmy, Japonii, Filipin i Indonezji: wszystko pod jednym dachem, za cztery pięćdziesiąt, na plastikowych tackach, opędzając się od latających nosicieli wszelkiego syfu.

Całe miasteczka walą gromadnie na te malaryczne mokradła, żeby się nażreć. I wcale im się nie dziwię: sama w zaawansowanej ciąży spożywczej przez pięć dni toczyłam się od wózka z pierożkami do kiosku z sokami z mango, rozważając zainstalowanie sobie drugiego żołądka, a i tak mam wrażenie, że nie udało mi się spróbować nawet promila tego, czym chata bogata.

   

Jeszcze do tego trafiłam na Diwali, przez co to chińsko-brytyjsko-malajskie kolonialne miasto zamieniło się w karnawał bollywoodzkiej taniochy (świeczki, kwiatki, kadzidełka, petardy robiące dziurę w mózgu), w piekielnym hałasie i morderczym upale. Ulicę dalej są już elegancko przystrzyżone żywopłoty, czerwone lampiony i domiszcza chińskich szlachciców z XIX wieku, gdzie nawet podwórkowe bonsaie mają kształt klucza żurawi nad Jangcy o poranku. Dalej zaś leży ulica Ormiańska (hipsterskie kawiarnie, belgijskie gofry i sushibary), meczety, kościoły i architektoniczne pozostałości po brytyjskiej kolonialnej administracji, emanujące charakterystyczną, protestancką nudą.

     

Kuriozalnie wyglądające resztki europejskiej obecności znajdziemy też w Malacce, gdzie na głównym placu przed kościołem stoi nawet kiczowaty, holenderski wiatrak, jak krasnal na trawniku. Zanim wszystko zajęli Brytole, Holendrzy okupowali Malakkę ponad 150 lat, odbiwszy ją Portugalczykom w 1641 roku – został po nich jeden pomnik Św. Franciszka Ksawerego i ruiny kościoła na wzgórzu, smętne, ogołocone i obstawione targiem z pamiątkami.  Za to reszta miasta to bardzo przyjemny bajzel, może z wyjątkiem weekendu, kiedy zjawia się tam pół Sinagpuru (bo blisko, bo tanio), celem oddawania się osobliwej weekendowej rozrywce, jaką jest kursowanie po ulicach na rikszach oklejonych pokemonami, przy czym są to riksze wyposażone w zestaw całkiem konkretnych głośników. Trudno mi sobie wyobrazić coś potworniejszego, niż siedzieć na jeżdżącej stercie fluorescencyjnych różowych pluszaków, podczas gdy kierujący pojazdem pozbawia mnie chęci do życia (oraz bębęnków) przy pomocy „Despacito” (czy innego audiosyfu), ale może po prostu wypijam za mało Tigera.

   

Teoretycznie Malakka jest miejscowością nadmorską (w końcu przez setki lat płynęły tędy do Europy załadowane przyprawami statki), ale niestety wodę w cieśninie cechuje przejrzystość, kolor i aromat Gangesu, wobec czego plaża służy ewentualnie do oglądania zachodów słońca i pływających meczetów. Jak dla mnie – nic nie szkodzi, i tak cały dzień siedzę na stołku w food courcie, patrząc jak się pieką ananasowe ciasteczka. Także tego, jeśli jedziecie do Malezji, to proszę zabrać portki na gumce, bo istnieje spora szansa, że wrócicie grubi i uśmiechnięci jak figurka Buddy.

   

   

Więcej zdjęć: z George Town (Penang) oraz z Malakki.

Malezja: Kuala Lumpur – Cameron Highlands

Podstawowa zasada tropików: powietrze składa się tu głównie z wody, więc wszystko dookoła jest cały czas mokre. Nie ważne, czy pada, czy nie: mokry jest plecak, mokre są buty, paszport, pieniądze w portfelu, elektronika, okulary, ciuchy, ręczniki. Należy wobec tego przyzwyczaić się, że:
– ubranie na tobie gnije
– rzecz raz zamoczona nie schnie już nigdy. W szczególności nie schną raz zamoczone jeansy.
– masz ochotę na 3-4 prysznice dziennie
– pustynna patelnia w Iranie nagle wydaje się możliwa do zniesienia.

Tak właśnie jest w Kuala Lumpur przez większość roku, ze szczególnym uwzględnieniem monsunowego października. To wyjaśnia, dlaczego bilety były takie tanie.

    

Po ośmiu godzinach w wyziębionym samolocie, Malezja przywitała mnie 30 stopniami, 80% wilgotnością i apokaliptyczną burzą z piorunami. Wieczorne Chinatown, w strugach deszczu, z migającymi chińskimi neonami, ulicznymi smażalniami niezidentyfikowanych kawałków mięsa i lekko zaśmieconym chodnikiem wyglądało jak dekoracje do Blade Runnera. Reszta miasta, już w świetle dnia, jak Nowy Jork, Kalkuta i Tokio w jednym, starające się nie dać się zeżreć tropikalnej zgniliźnie. 60-piętrowe bloki mieszkalne i luksusowe hotele, obok porośniętych bluszczem wieżowców ze stali i szkła, malajskich meczetów, buddyjskich świątyni, indyjskich bazarów i straganów z chińską taniochą.

        

Malezja, dawna brytyjska kolonia, od początku swojego istnienia (1957) wielokulturowość, wieloetniczność, wielojęzyczność i wieloreligijność traktuje niezmiernie poważnie. Według najnowszych danych, 61.3% z 32 milionów mieszkańców tego kraju to wyznawcy islamu, 19.8% to buddyści, 9.2% – chrześcijanie, 6.3% – hinduiści. Języków też jest mnóstwo: oficjalne są angielski i malezyjski bahasa, ale usłyszymy także tamilski, mandaryński, tajski i kantoński; a na jednej ulicy zobaczymy ludzi wszystkich ras i kolorów, legitymujących się malezyjskim paszportem. Islamskie święta są obchodzone tak samo hucznie jak Diwali i Chiński Nowy Rok. Można? Można.

   

   

Poza rewelacyjnym Muzeum Sztuki Islamskiej, jaskiniami Batu, ogrodem botanicznym oraz Petronas Towers, podstawowym powodem, żeby przyjechać do Kuala Lumpur jest żarcie. Sama jestem tu głównie po to, żeby się najeść, zwłaszcza po tym, jak w Iranie byłam zmuszona żywić się chlebem i bakłażanami, ponieważ perska kuchnia to niestety głównie krojone barany w sosie z innych baranów. Tutaj z kolei większości artykułów żywnościowych w ogóle nie jestem w stanie zidentyfikować, bo a)widzę je pierwszy raz w życiu na oczy, b)są opisane po chińsku lub malajsku, c) utopiono je w sosie sojowym albo innym syropie. Mogę tylko mieć nadzieję, że to, co właśnie zjadam nie biegało przed chwilą pod moim stołem i że sprzedawca zrozumiał, co to znaczy „no meat” i nie serwuje mi właśnie ropuchy w sosie z chomika (względnie chomika w sosie z ropuchy). Cokolwiek to jest, smakuje rewelacyjnie i wypala dziurę w żołądku.

    

Jedynym miejscem, do którego można uciec od tego przeraźliwego upału, są Cameron Highlands, czyli herbaciane góry trzy godziny na północ od stolicy. Dżungla, motylki, truskawki i potwornie kiczowate plantacje herbaty. Miasteczko Tanah Rata to co prawda koszmar gorszy niż Zakopane i Jastarnia razem wzięte (zwłaszcza w weekend, kiedy przyjeżdża tu całe Kuala Lumpur i pół Singapuru), ale zawsze można wybrać się do lasu i oglądać kolorowe motyle, stojąc po kolana w błocie.

Zdjęcia tutaj i tutaj.