Brazylia: Rio de Janeiro

„Brazylijczycy grają lepiej w piłkę, ale my mamy większego betonowego Jezusa!” – była kiedyś taka grupa na Facebooku. Może to i prawda, ale nasz Chrystus ma widok na Świebodzin, czego mu dosyć trudno zazdrościć, a tutejszy na cidade maravilhosa, gdzie wszyscy pragną przybyć się lansować na plaży, mając na sobie dwa skrzyżowane paski materiału.
Rzeczywiście, trochę tak to wygląda, chociaż na Copacabanie i Ipanemie zobaczymy też standardowo prostytutki, biegaczy, roznosicieli leżaków, namolnych sprzedawców kradzonych okularów, rybaków i komiwojażerów. Obok stoją jednakowe nadmorskie knajpy z niezmiennie paskudnym i drogim jedzeniem, stoiska z rozwodnioną caipirinhą i świeżymi kokosami i dzielnice, gdzie metr kwadratow kosztuje dziewiętnaście średnich krajowych, a ludzie, mający na sobie przemysłowe ilości botoksu i silikonu, spacerują niezmiennie w towarzystwie shin tzu w różowych kubraczkach od Luis Vuitton. Jeśli zaś pójdziemy odrobinę wyżej, znajdziemy się w samym jądrze ciemności, gdzie gangi narkotykowe od lat nie mogą się porozumieć co do podziału terytorium, co skutkuje regularną wojną i codzienną strzelaniną.
Przestępczość jest tu tak wysoka, że nawet Limanka w piątek wieczorem to w porównaniu z tym oaza spokoju. Tylko jednego dnia w centrum widziałam dwie osoby uciekające przed policją z torebką w ręku, a są takie rejony miasta gdzie z moim ryjem zasadniczo w ogóle nie należy się pokazywać. Nawet nadchodząca olimpiada, z perspektywy Cariocas, to głównie historia przekrętów i machlojek, przeszacowanych robót drogowych, kolosalnych zaniedbań i bałaganu – czyli klasyczny brazylijski festiwal absurdu, do którego wszyscy się zdążyli przyzwczaić.
Plaża, wieżowce i piętrowa dżungla z tyłu – trudno przebić taką konfigurację miejskiego krajobrazu, który zresztą najlepiej widać właśnie z wysokości pomnika Chrystusa Zbawiciela, zawleczonego na Corcovado ponad 80 lat temu. Jest jeszcze Pao d’Azucar, ale nie ma sposobu, żeby zmusić mnie do wejścia do kolejki linowej, skoro ostatnio miewam problemy nawet z chodzeniem po moście. Pozostają zatem spacery wzdłuż wybrzeża oraz do ogrodu botanicznego – prawdopodobnie najfajniejszego na świecie. Na roślinach znam się jak świnia na gwiazdach, ale jeśli coś nazywa się „czekoladowa orchidea”, „broda węża”, „miecz św Jerzego” albo „niedźwiedzi włos” to w sumie nieistotne, jak wygląda.
A teraz czas wrzucić plecak do samolotu i dać się przetransportować na północ. Koniec tych wygłupów, a w każdym razie przerwa.

Dziękuję za uwagę 🙂

Zdjęcia tu.

Brazylia: Paraty

Ostatnia prosta: zima w Brazylii.

Leje, wieje i grzmi, ale małe, kolonialne miasteczka takie jak Paraty niespecjalnie tracą na uroku, a nawet nieco zyskują, z uwagi na mniej gromadną obecność turystów. Ulice momentalnie zamieniają się w kałuże, komary nie dają żyć, a próba kąpieli w oceanie oznacza walkę z postępującą hipotermią w wodzie i mżawką na plaży. Ale mimo to są tu ogrody, małpy, kolorowe domki i kilkanaście rodzajów cachaçy, co trochę poprawia humor w mieście, które jak każde inne kolonialne miasteczko zostało zamienione w Kazimierz nad Wisłą: drogie knajpy, drogie butiki, chińskie pamiątki. Stąd wypływało kiedyś do Portugalii całe brazylijskie złoto z Minas Gerais: jest fort, kilka kościołów, setki małych wysepek dookoła, ciężkie chmury, błoto, nadgniłe stateczki w porcie i papugi rozgrzebujące śmieci na ulicy. Powietrze ciężkie od kwiatów.

Przypomina mi się Goa, ze zrujnowanymi portugalskimi kościołami w środku dżungli, zniszczonymi przez wilgoć kolonialnymi domami i malarycznym powietrzem. Zapewne latem wygląda to podobnie, zwłaszcza, kiedy wszystko zakwitnie i zacznie gnić w pełnym słońcu.

Trza zatem wrócić do Brazylii za pół roku.

Zdjęcia tutaj.

Brazylia: São Paulo

Brazylii nie da się ogarnąć za jednym podejściem. 8.5 miliona kilometrów kwadratowych powierzchni (czyli prawie tyle, co USA), 205 milionów mieszkańców (ponad pięć razy tyle co w Polsce), piąty największy kraj świata, siódma gospodarka, a zarazem siedemnasta pod względem nierówności ekonomicznych (index Giniego: 51.9, czyli cholernie dużo).

Jednocześnie: ponad 60% powierzchni kraju zajmuje tropikalna dżungla.

sao     skyline

Brazylia kojarzy nam się z potworną biedą miejskich favelas, ale w ciągu ostatnich kilkunastu lat, mimo rosnącego długu i gospodarczej apokalipsy, dzięki największemu na świecie programowi pomocy socjalnej zainicjowanemu przez byłego prezydenta Inácio Lula da Silvę (Fome Zero i Bolsa Familia), ponad 30% najbiedniejszych Brazylijczyków dołączyło do klasy średniej. O tyle niewiele to dało, że tak czy siak obecnie wszyscy tu zajęci są aksamitnym zamachem stanu, w którym władzę straciła prezydent Dilma Rousseff (jej własny wiceprezydent, Michel Temer, podłożył jej świnię i stworzył rząd tymczasowy złożony z samych białych, bogatych facetów). Dilma może i ma swoje za uszami, ale usuwający ją ze stanowiska są niewątpliwie nieporównywalnie bardziej skorumpowani od niej, co powoli zaczyna wychodzić na jaw. Pod tym względem Brazylia jest od lat w głębokim kryzysie, bo od zawsze panuje tu piętrowa korupcja na skalę, przy której bledną wszystkie afery Rywina, starachowickie i hazardowe. Poza tym władza łapie się szelkich możliwych sposobów, używając drastycznych i represyjnych metod, żeby zaprowadzić porządek w dzielnicach nędzy (jest o tym film), ze średnim, jak dotąd skutkiem: jeśli chodzi o liczbę morderstw na 100 000 mieszkańców, Brazylia do tej pory utrzymuje się w pierwszej dwudziestce.

W tej atmosferze odbędą się tu zaraz Igrzyska Olimpijskie, chociaż lekarze apelują do WHO, żeby je przenieść albo przesunąć, z uwagi na zagrożenie wirusem Zika (mnie już prawdopodobnie dopadło to świństwo w Kolumbii) i dengą.

paulo

Nie jest jednak tak źle: to dalej kraj samby, kawy, Amazonii, pięknych ludzi, operacji plastycznych, caipirinhi i futbolu. Chociaż akurat entuzjazm co do tego ostatniego nieco tu opadł po tym, jak nasi zachodni sąsiedzi spuścili Brazylijczykom na ich własnym boisku na ostatnich Mistrzostwach Świata tak koncertowy łomot. Moim zdaniem jest to jednak żaden wstyd w porównaniu z faktem, na świecie sprzedano już ponad 200 milionów egzemplarzy Alchemika w 80 językach i nie ma przed tym zalewem bezguścia żadnego ratunku (Paolo Coelho jest tym samym najpoczytniejszym brazylijskim pisarzem, o czym usilnie staram się zapomnieć). To jest dopiero brazylijska zaraza, a nie jakaś tam Zika.

São Paulo to z kolei największe miasto na całej półkuli. Mieszka tu 21 milionów ludzi, ale w ogóle tego nie czujemy, bo miasto nie jest ani szczególnie zatłoczone, ani zasmrodzone ani brudne, czego nie można powiedzieć o paru innych trzecioświatowych metropoliach podbnych rozmiarów, typu Kair, Bombaj czy Delhi, które wyglądają, delikatnie mówiąc, jak karnawał w sraczu. Spodziewałam się zatem stać cały dzień po kostki w gównie, a zobaczyłam parki, skwery, wieżowce i – rzecz jasna – dzielnice nędzy, które jednak nie wyglądają już tak potwornie, jak na filmach z lat dziewięćdziesiątych. Niby stolica jest gdzie indziej, ale to tu jest centrum brazylijskiego życia, sztuki i finansjery. Mieszka tu całkiem sporo japońskich imigrantów (sushi zatem po cenach dumpingowych), podobnie jak libańskich, polskich, tureckich, włoskich i żydowskich. Wychodzi z tego bardzo przyjemna, kolorowa mieszanka, no prawie, prawie jak Buenos Aires.

Zdjęcia tu.

portal   azjatki