Gwatemala: trochę praktyczności

Wbrew temu, co głosi większość przewodników z Lonely Planet na czele, Gwatemala jest odrobinę droższa od Meksyku, a miejscami ceny są nawet zaskakująco wysokie. Niemniej jednak, dalej da się tu podróżować za stosunkowo niewiele, jeśli trzymamy się ulicznego jedzenia, wieloosobowych pokoi i chickenbusów.

Transport: Po całym kraju kursują bardzo tanie chickenbusy, o których krążą legendy związane z rzekomymi częstymi napadami na pasażerów w rzadziej uczęszczanych rejonach Gwatemali. Ponieważ ani razu nie spotkałam nikogo, kto zostałby napadnięty, za to kilku turystów „spotkało kogoś, kto zna kogoś, kto opowiadał”. że został napadnięty, zaprowadzony do lasu, przywiązany do drzewa i zmuszony do wyrecytowania PINu do karty kredytowej, uznałam, że jest to kolejna miejska legenda, albowiem wszyscy opowiadali tę historię dokładnie w ten sam sposób (ze szczególnym uwzględnieniem nieszczęsnego kierowcy, który jest jedyną ofiarą śmiertelną napadu), za to atak raz ma miejsce w Gwatemali, raz w Hondurasie, raz w Salwadorze, a raz w Belize. Są dwie możliwości: albo gangi we wszystkich czterech krajach mają opracowanego SOP-a  do napadania na gringos, albo jest to kompletna bzdura. Moim zdaniem, jedynym istotnym niebezpieczeństwem związanym z chickenbusami są kieszonkowe kradzieże i hemoroidy po dwunastu godzinach na wybojach. Nie da się jednak ukryć, że nie jest to najwygodniejszy środek transportu i często trzeba się przesiadać, zatem niejednokrotnie warto skorzystać z oferowanych przez biura podróży i hostele shuttle buses, czyli mikrobusów dla białasów, które zawiozą nas prosto na miejsce. Różnica w cenie bywa nieznaczna, więc często nie ma sensu jechać czterema chickenbusami, jeśli można jednym, komfortowym.

Przykładowe ceny: Antigua – San Pedro la Laguna: 80 GTQ, San Pedro – San Marcos: 15 GTQ (łódka), San Pedro – Santiago de Atitlan: 20 GTQ (łódka), San Pedro – Chichicastenango (shuttle powrotny): 50 GTQ, San Pedro – Copan (w Hondurasie): 210 GTQ, San Pedro – San Cristóbal de las Casas (Meksyk, Chiapas): 250 GTQ, Flores – Palenque (Meksyk): 250 GTQ, Tuk-tuk na stację autobusową we Flores: 5 GTQ.

Spanie: Mogłoby być taniej, ale nie będziemy wybrzydzać. Namiot niestety jest nieomal wszędzie bezużyteczny, bo baza kempingowa jest tutaj żadna. Do wyjątków należy Tikal, gdzie można rozbić obóz w ogródku przy hotelu Jaguar Inn za 50 GTQ (warto, chociaż zostanie się obudzonym przez wyjce o 3 nad ranem. Można dostać zawału.) oraz Antigua, gdzie teoretycznie wolno spać pod komisariatem w namiocie za darmo, ale nie pozwalają korzystać z pryszniców ani kibla, więc jest to, krótko mówiąc, żaden interes. Hosteli jest dużo, są fajnie wyposażone, czyste i przyjemne. Polecam hostel Los Amigos we Flores, Zoola w San Pedro la Laguna i Jungle Party w Antigua. Wszystkie kosztują 50-70 GTQ za łóżko w wieloosobowym pokoju. W Antigua znajdziemy też tańszą opcję: Hostal El Pasar de los Años za 37 GTQ, a w San Pedro w Casa Rolando da się nawet znaleźć dwójkę z łazienką za 35 GTQ za osobę (w niskim sezonie).

Jedzenie: Restauracje w Gwatemali potrafią być perfidnie drogie, a niemal zawsze będą droższe niż w Meksyku. Za obiad w restauracji (np. La Luna de Miel w Antigua, gdzie mają rewelacyjne naleśniki) zapłacimy nawet 40-50 GTQ, a zwykłe tacos, burritos czy quesadillas potrafią kosztować 20-30 GTQ w turystycznych miejscowościach. Trudno znaleźć cokolwiek poniżej 10 GTQ: tyle kosztuje na przykład bananowy chleb u ulicznego handlarza, pupusa na ulicy w San Pedro albo porcja domowych frytek z restauracji typu dziura w ścianie. Mówiąc kolokwialnie, dupy nie urywa, bo i w Hondurasie i w Meksyku zjemy za jedną trzecią tej sumy.

Chlanie: Miejscowe piwo jest takie sobie, ale to jest moje prywatne zdanie na ten temat. Butelka piwa Gallo i Brahva będzie nas kosztować w knajpie 12-17 GTQ, drinki odrobinę więcej, a wino to prawdziwy (i drogi) rarytas.

Zwiedzanie i po górach wspinanie: Tikal (bilet ważny od 16:00 do 16:00, czyli można wejść dwa razy) kosztuje 250 GTQ (dużo, ale co zrobić. To się tutaj nazywa gringo tax), przewodnik 50 GTQ (grupa min. 4 osób), a większość muzeów inkasuje 50 GTQ za wejście. Miłą odmianę od europejskich realiów stanowi fakt, że za wejście do kościoła nie płacimy, nie ważne jaki jest zabytkowy. Jeśli zaś chodzi o zabawy wspinaczkowo-wulkanowe, to zależy, jak wysoko wchodzimy i jak długo to trwa. Warto pójść do kilku agencji w mieście, bo ceny potrafią się różnić dość znacznie. Wycieczka na Pacaya kosztuje standardowo 80 GTQ (plus 50 GTQ za wejście do parku narodowego), na Acatenango 250-350 GTQ (opcja dwudniowa), na Tajamulco 400 GTQ.

Płacenie: 2 GTQ (Quetzal) = ok 1 PLN, bankomaty dostępne, bezprowizyjne.

Chorowanie: Uważamy na dengę i chikungunya, ale tylko na nizinach, im wyżej, tym bezpieczniej.

Kiedy jechać: warto unikać września, bo będzie prało żabami i jaszczurkami przez pół dnia, co psuje wszelką przyjemność z wycieczek w góry i w ogóle gdziekolwiek. Za to ceny są niższe i nie ma problemu ze znalezieniem noclegu, więc pora deszczowa ma też jakieś plusy.

Gwatemala: Chichicastenango

Pies z kulawą nogą by się pewnie nie pofatygował do Chichicastenango (małe, średnio ładne miasteczko wysoko w górach, do którego trzeba sobie godzinami obijać tyłek na wybojach, żeby dotrzeć), gdyby nie to, że dwa razy w tygodniu (czwartek, niedziela) zamienia się w światową stolicę pstrokacizny. Indianie z okolicznych wiosek zjeżdżają do centrum miasta i rozstawiają tam swoje stragany z kolorowymi gaciami, przy czym każda wioska ma swój język, swoje obyczaje i swoje własne, plemienne, haftowane portki i sukienki. Tym sposobem, możemy w jednym miejscu zobaczyć kilkanaście różnych trendów indiańskiej mody.

Niestety, żeby jakoś wyglądać w tych koronkach i falbanach trzeba również być Indianką. Ja podczas przymiarek wyglądałam jak przerośnięta pamiątka z Łowicza, zatem nie dałam się namówić na żaden huipil (bluzka w kwiaty).

10    9

Zasada numer jeden na targu w Chichi: nie zabieramy gotówki, bo ją wydamy w całości. Zasada numer dwa: pilnujemy swoich rzeczy, bo oprócz handlarzy ciągną tu wszyscy okoliczni kieszonkowcy. Zasada numer trzy: targujemy się do upadłego. Kolorowa, haftowana torba z początkowych 200 quetzali w ciągu 10 minut potaniała do 80 (ok 40 zł), chociaż i tak prawdopodobnie zostałam zrobiona na lewo.

8    7

Ale ciuchy, haftowane portmonetki, piórniki, obrusy, chusty, poszewki i drewniane, malowane kościotrupy w kwiatki zajmują tylko małą część targu, okupowaną zresztą gromadnie przez gringos. Dalej znajdziemy kury, kaczki, prosiaki i gęsi popakowane w nieszczególnie przestronne klatki (widoki nie na moje nerwy), sterty truskawek, papai i pomarańczy, naręcza ofiarnych kwiatów, kadzideł, świeczek i świętych obrazków, wypatroszone barany wiszące na hakach przed rzeźniami, kradzione komórki, zajumane zegarki, znoszone buty i pirackie płyty z koszmarną, latynoską muzyką. Co poniektórzy cwaniacy sprzedają też pigułki na ból głowy podejrzanie dużych rozmiarów, Viagrę i maść z kojota na wszelkie bolanie i kuśki stawanie. W kościele z kolei znów znajdziemy wszystko poza regularną liturgią, ponieważ Hiszpanie postawili go w miejscu dawnej świątyni Majów, zatem po prostu dalej zarzyna się tam kury i pali święte zioła, z tym, że w barokowych dekoracjach.

Najbardziej odjechany mają tam jednak miejski cmentarz, który wygląda jak zbudowany z kloców lego. Na grobach imiona i nazwiska zmarłych napisane są dość nieudolnie, z błędami ortograficznymi (98% wioski to Indianie K’ich’e, z których wielu nie mówi po hiszpańsku prawie nigdy), dziecinnym charakterem pisma, a alejkami przechadzają się sprzedawcy lodów, soków i burritos, w razie, gdyby żałobnicy zgłodnieli. Żałuję, że nie trafiłam na Święto Zmarłych, bo wtedy to dopiero musi być impreza.

6    5

W Chichi spędziłam tylko jeden dzień, mimo, że początkowo planowałam dużo zaawansowanej, wysokogórsko-indiańskiej turystyki. Uznałam jednak, że nie po to przyjechałam do Ameryki Środkowej, żeby biegać pod górkę w nadgniłych dżinsach (tak to mniej więcej wygląda we wrześniu), więc Tajamulco, Xela i resztę Sierra Madre zostawiam sobie na lepsze czasy.

4    3

W kolejnym odcinku latynoskich wygłupów: Honduras, czyli jądro ciemności.

Więcej zdjęć z Chichi tutaj. A jeśli chcecie sobie posłuchać i poczytać o tym, jak Indianie w Gwatemali mają przegwizdane, polecam Rigobertę Menchú (Nobel 1993).

Gwatemala: Atitlán

Gwatemala we wrześniu z punktu widzenia backpackera: od 6 rano do południa, przy pięknej, słonecznej pogodzie snujesz plany jak to teraz będziesz się wspinać na wulkany, łazić po górach od wioski do wioski i pływać w jeziorze. Od południa do późnego wieczora, próbując wysuszyć spodnie, buty, plecak i skarpetki czekasz na koniec kolejnej apokaliptycznej ulewy, zjadając ostatnie wysokoenergetyczne ciasteczka, kupione na okoliczność planowanej wspinaczki na Tajamulco, do której oczywiście tym razem nie dojdzie. Na wulkan Pacaya już wlazłam, głównie po to, żeby się ogrzać nad stygnącą lawą (ostatnia erupcja w 2014), usmażyć parę marshmallows i pooglądać sobie świat z wnętrza gigantycznej deszczowej chmury. Żegnamy reklamy.

marsh    lawa

Nie jest jednak tak źle. Atitlán, najgłębsze jezioro w Ameryce Środkowej, położone w niecce między trzema wulkanami (Tolimán, San Pedro, Atitlán), jest obłędnie piękne i między 6 a 12 zdecydowanie da się lubić. W San Pedro mamy tanie hostele, knajpy i szkoły hiszpańskiego, w Panajachel autobusy, sklepy i namiastkę małomiasteczkowej aktywności, a w San Marcos nawiedzonych niemieckich hipisów, uprawiających organiczną marchewkę i jogę codziennie rano na pomoście.

drzewo    atitlan

W Santiago z kolei Majowie znów mają na pieńku z katolickim mainstreamem, bo największą atrakcją w mieście (ponad stu pielgrzymów dziennie) jest Maximón, czyli drewniany koleś obwieszony kolorowymi chustkami, z cygarem w ustach i grubym plikiem banknotów pod szelkami. Trudno stwierdzić, skąd się to wszystko wzięło (opiekun Maximona nie był mi w stanie tego wytłumaczyć, bo niespecjalnie mówił po hiszpańsku), ale faktem jest, że wierni modlą się na klęczkach i żegnając się po katolicku, ale w ręku trzymają butelkę piwa, papierosa albo kolorową chustkę, które składają w charakterze ofiary po kilkunastominutowej modlitwie w języku tz’utujil. Wszystko ma miejsce w zwykłym przedpokoju u jednego z miejscowych (co roku ktoś inny robi na tym biznes), w otoczeniu kwiatów, kadzidełek, świeczek i całej tony badziewia, którą zostawili tam inni pielgrzymi (ze szczególnym uwzględnieniem dużej ilości pustych butelek po piwie).

maximon    stragan

W ogóle pejzaż religijny jest tu dość intrygujący, bo różnego rodzaju protestanckie kościoły nieprawdopodobnie się tu rozrosły, i reklamują się na całego, rywalizując z plakatami wyborczymi, którymi obsrany jest obecnie absolutnie każdy wolny kawałek betonu w Gwatemali. Nawet Świadkowie Jehowy mają swoją salę królestwa w każdej wioszczynie, nie mówiąc już o zielonoświątkowcach, adwentystach i wszystkich innych egzotycznych protestanckich zgromadzeniach, które znajdziemy tylko tu i w Teksasie. W San Pedro jest nawet mała synagoga Chabad Lubawicz, jak rozumiem, z uwagi na gromadną obecność izraelskich turystów. Apteki i sklepy mięsne nazywają się tutaj „Jehowa”, „Getsemani”, „Judea”, „Synagoga” a tuk-tuki, zderzaki samochodowe i wielokolorowe murale informują nas zgodnie, że Jezus nas kocha.

bienvenido     rother

Rownież w Santiago, w co drugim sklepie i za lusterkiem u kierowców tuk-tuków znajdziemy czarno-białe zdjęcie niejakiego Stanleya Rothera, księdza-męczennika z Oklahomy, który zdążył przetłumaczyć Nowy Testament na tz’utujil, wybudować szpital i założyć stację radiową, zanim został zamordowany przez prawicowe bojówki podczas gwatemalskiej wojny domowej w 1981 roku. Miejscowi mają nadzieję, że kiedyś zostanie kanonizowany, na co ma całe szczęście zdecydowanie większe szanse niż Maximón.

Jutro, jak się ogarnę, i jeśli w Hondurasie będzie internet, zabiorę was na targ do Chichicastenango i dostaniecie oczopląsu.

Więcej zdjęć z Atitlán i wulkanu Pacaya tutaj.

Gwatemala: Antigua

Co widzicie, kiedy słyszycie „Gwatemala”?

Ja widzę na przykład starego Indianina w kowbojskim kapeluszu, który siedzi z papierosem w ustach przed rozwalającą się chałupą, pomalowaną na majtkowy róż, na zagraconym obejściu, po którym biegają brudne prosiaki. W tle, powiedzmy, kawałek dżungli, dymiący wulkan i seria z karabinu.

Tak to rzeczywiście mniej więcej wygląda. No może poza tą serią z karabinu, bo te czasy już się skończyły. Co nie znaczy, że nie jest to syf malowniczy – wulkany, góry, dżungla, rzeki, kolonialne miasta w stanie lekkiej ruiny robią swoje. Ale mimo to widać, jakiego Gwatemalczycy mają pecha: jak nie dyktatura (Efraín Ríos Montt, sądzony obecnie za ludobójstwo, żeby wymienić tylko jednego) to trzęsienie ziemi (1976 – 23 000 zabitych), jak nie powódź to rewolucja. Ostatniego prezydenta wywalili niecały miesiąc temu, chociaż w porównaniu z poprzednimi głowami państwa był tylko doszczętnie skorumpowany.

panorama    koscioly

Stolica, Guatemala City, to 4,5-milionowy moloch, do którego niespecjalnie mam ochotę jechać, bo słynie głównie z wysokiej przestępczości. Za to dawna, kolonialna stolica, położona kilkadziesiąt kilometrów dalej, tzw. Stara Gwatemala (Antigua Guatemala), to taka mała, urokliwa Sewilla, perełka hiszpańskiej renesansowej architektury, z kolorowymi domkami, ukrytymi w podwórkach ogrodami i rozwalonymi szesnastowiecznymi klasztorami. Ponieważ trzęsienia ziemi zrównują tu wszystko z ziemią mniej więcej co 40 lat, a miasto otaczają trzy wulkany (Agua, Fuego i Acatenango), w tym jeden całkiem aktywny, ta dawna stolica wszystkiego (kolonialnej Gwatemali, Belize, Salwadoru, Hondurasu, Nikaragui, Kostaryki i Chiapas) wytrzymała tylko do końca XVIII wieku, po czym wszystko, co istotne przeniesiono gdzie indziej. W ten sposób nie ma tu ani śladu nowoczesności (no dobra, samochody i supermarkety są, ale pochowane), a po ruinach dziko zdobionych dziesiątek kościołów i klasztorów widać, jaki tu kiedyś był mały Watykan.

brama     ruiny1

Niestety miasto miałam okazję oglądać tylko w krótkich radosnych przerwach w ciężkiej ulewie, bo od trzech dni w Gwatemali na*dala żabami, i wiem co mówię, bo to nie jest taki sobie deszcz. Są pioruny, są rzeki na ulicach i doszczętnie przemarznięci turyści wracający z Acatenango, na który mam wielką ochotę wejść, ale chyba jednak tego nie zrobię, bo nie chcę tam przymarznąć do krateru. Spróbuję jutro na Pacaya, który jest po pierwszy niższy, a po drugie aktywny (pluje lawą i wydaje dźwięki).

patio    ruinki

Następny przystanek: Atitlán (góry, Indianie, hipisi).

Więcej zdjęć tutaj.

Gwatemala: Tikal

Nie miałam pojęcia, że w dżungli w nocy jest taki hałas. W dzień jest względnie cicho, jak w każdym innym lesie, a to małpa złamie gałąź, a to coś ćwierknie albo zaświergoli. Za to zaraz po zmroku, kiedy uaktywnią się wszystkie cykady, świerszcze i inne owady generujące dużą ilość decybeli, nie słyszy się własnych myśli, co wcale nie ułatwia spania w namiocie, które i bez tego nie jest szczególnie proste w tym klimacie, albowiem twój wewnętrzny jaskiniowiec usłyszy każde pierdnięcie jaszczurki na drugim końcu trawnika i za cholerę nie da ci spać.

W sumie to nawet lepiej, bo dzięki temu już o 5 rano mogłam siedzieć na IV Świątyni (niby można dopiero od 6, ale jakoś się prześlizgnęłam), oglądać wschód słońca, małpy i tukany. Dżungla ciągnie się tutaj po horyzont i nie słychać żadnych oznak ludzkiej aktywności, a to dlatego, że w północnej Gwatemali (region Petén) nie mieszka prawie nikt. Są tutaj cztery wioski na krzyż i jedno większe miasto (Flores – Santa Elena), położone na wyspie na środku jeziora, 60 km od ruin.

dzung     plaza2

A zatem znowu mamy do czynienia ze starożytnym Nowym Jorkiem, z którego teraz zostały cztery smutne, zarośnięte kamienie. Tikal istniał od IV wieku p.n.e. i trzymał za mordę cały region przez kilkaset lat, aż nagle, nie wiadomo dlaczego, wszyscy się stamtąd wynieśli i miasto leżało opuszczone w lesie aż do XIX wieku, kiedy ktoś na nie natrafił i zaczęli wygrzebywać te gigantyczne piramidy spod fauny i flory. Są różne teorie co do tego, dlaczego Tikal nie przetrwało chociażby do hiszpańskiego najazdu, najbardziej prawdopodobne z nich mówią o katastrofie ekologicznej, spowodowanej nadmierną eksploatacją miejscowych lasów, w wyniku czego powoli zaczęło brakować wody i wielkie jak na tamte czasy miasto (nawet 100 000 mieszkańców) w IX w. opuszczono.

plaza      malpa

Do dziś wygląda pięknie i złowieszczo, zwłaszcza, kiedy zdamy sobie sprawę, że odkopano tylko ok 20% miasta, a reszta z ponad 3000 budynków dalej zarasta drzewami. A na drzewach: małpy, kolorowe ptaki, jaguary, do wyboru, do koloru. Szanse, że faktycznie trafimy na jaguara są zasadniczo żadne, chociaż trudno to stwierdzić, bo ci, którzy mieli taką przyjemność nie mieli już okazji się tym pochwalić. Za to małpy rzucają patyczkami, wydzierają się i srają na głowę (z premedytacją).

tikalwemgle      dzungla

A teraz dylemat: przedzierać się chickenbusem do Meksyku (Palenque) przez kilkaset kilometrów dżungli, czy objechać najpierw trochę Gwatemali i dopiero potem Chiapas?

Więcej zdjęć tutaj.