Boliwia: La Paz – Uyuni

Szanowny Panie Ambasadorze, 

Jako że byłam na ostatnich dwóch DA-eventach nieoficjalnym fotografem, pomyślałam, że może chciałby Pan Ambasador mięć dostęp do zdjęć, które przy tej okazji zrobiłam. Szczególnie polecam uwadze Pana Ambasadora to zdjęcie, na którym trzyma Pan Ambasador w ręku dwie paczki liści boliwijskiej koki.

Z poważaniem, JH.
 
Szanowna Pani Julio,

Serdecznie dziękuję za zdjęcia. Gwoli sprostowania: w prezencie od Prezydenta Boliwii otrzymałem nie narkotyki, lecz liście koki do parzenia w charakterze herbaty.

Pozdrawiam serdecznie, Amb. Hans Winkler.
Kiedy cztery lata temu Prezydent Boliwii Evo Morales wręczył naszemu rektorowi ten kłopotliwy prezent (nielegalny w Europie, do tej pory nie rozumiem dlaczego), nie myślałam, że będę kiedyś pochłaniać te same liście w ilościach przemysłowych. Nie ma innego sposobu, żeby zasuwać pod górę na 4000 m npm, w mieście, gdzie z tlenem jest wyjątkowo słabo. Słabo jest zresztą nie tylko z tlenem, cały kraj przedstawia się dość rozpaczliwie.

wulkanlapaz   cmentarz
Dzielnica hosteli w La Paz to smutne, odrapane kolonialne budynki, poprzeplatane jeszcze bardziej ponurym industrialem. W chmurne, niedzielne popołudnie nie było tam żywej duszy, co tylko potęgowało wrażenie, że jestem właśnie w jakimś upiornym, czarno-białym filmie Davida Lyncha, a w tle słychać tylko wycie psów i wiatr znad wulkanu. To wrażenie, że w Boliwii jest smutno, strasznie i pięknie, miało już mnie nie opuścić, więc z ulgą znalazłam się po chilijskiej stronie granicy.
Ale po kolei.

kapelusz   soki    lamy
La Paz to najwyżej na świecie położona stolica (dalej jest Thimphu, Quito i Bogota). Na dole mamy rozwleczone w szerokiej dolinie między wulkanami miasto, na górze jeszcze większe, za to puste i wysmagane wiatrem El Alto. Wszystko jest tam nieco pokraczne, spsiałe, pękate i odrapane, jakby trochę pozbawione entuzjazmu, jakby wszystko, co miało się wydarzyć już dawno miało miejsce, a teraz tylko czekamy na napisy końcowe. Ludzie wyglądają na smutnych, zmęczonych i osowiałych, chociaż może to zasługa surowości tutejszego klimatu – w La Paz i na płaskowyżu ciągnącym się aż do granicy cały rok jest przeraźliwie zimno, sucho i wietrznie. Od razu przypominają się najbardziej rozdzierające fragmenty Las Venas Abiertas de América Latina Eduardo Galeano, książki o gospodarczej ruinie i wyzysku Ameryki przez całe stulecia, którą czyta się z rosnącym przekonaniem, że trudniej mieć większego pecha niż Boliwia.

paranacmentarzu   elalto   cmentarz2
Rzeczywiście, Boliwia jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Nie ma dostępu do morza, ale posiada za to bogactwa mineralne w sporych ilościach, co jednak do niedawna kompletnie nie pomagało w wyjściu z absolutnie pornograficznej nędzy. Do niedawna, bo wspomniany już wczęśniej kontrowersyjny prezydent Evo Morales ma spore zasługi w tej dziedzinie – ten niepozorny Indianin w pasiastym sweterku wykiwał IMF i amerykańskie koncerny paliwowe oraz wprowadził szeroki i ambitny program reform, dzięki któremu bieda w Boliwii spadła o 43% przez ostatnie 10 lat. Przegrał ostatnio jednak referendum, więc nie będzie prezydentem dożywotnio.
Za to z uwagi na owe referendum całe miasto zabazgrane jest graffiti: „EVO SÍ” na przemian z „EVO NO”, co tylko dodaje koloru w tym morzu pstrokacizny, której nie powstydziłyby się Krupówki w szczycie sezonu. W samym centum miasta znajdziemy Targ Czarownic, pełen wysuszonych trucheł różnych zwierząt, proszków na nieszczęśliwą miłość i kadzideł do okopcania nowego samochodu. Dalej, przystanek wyżej kolejką górską, jest moje ulubione miejsce, czyli miejski cmentarz, gdzie miejscowi na grobach zostawiają swoim zmarłym puszki coli, butelki whiskey, pamiątki, zabawki, listy, kawałki uorodzinowego tortu, liście koki, wafelki, ciasteczka i całe Bizancjum innych uroczych prezentów, przy których blednie cały polski zaduszkowy przemysł.

salar   roja   licancabur
Kiedy tylko wyjedziemy za stolicy, zaczyna się pusty, spalony słońcem płaskowyż, gdzie widzimy tylko gdzieniegdzie gliniane domki i stada ubłoconych lam, albo przemysłowo-kopalniane koszmary w rodzaju Oruro, które wygląda jak Katowice po bombardowaniu. Pejzaż jak z Mad Maxa kończy się wielką, solną pustynią przy chilijskiej granicy, gdzie czujemy się jak na innej planecie: po kilkudziesięciu kilometrach białej skorupy następują góry, wulkany i kolorowe laguny, po których przechadzają się flamingi. Chyba nigdy też nie było mi aż tak zimno, mimo wielowarstwowej odzieży, a nocleg na wysokości bliskiej 5000 m, kiedy starasz się zwalczyć galopujące zapalenie oskrzeli, również nie należy do przyjemności.

flamingi   flagi   colorada
Z tego względu, popołudnie spędzone na rozmrażaniu butów i leczeniu przeziębienia przy pomocy chilijskiego wina w hamaku w San Pedro de Atacama było najprzyjemniejszym momentem ostatnich kilku miesięcy.

Ale o tym później.

Zdjęcia z Boliwii są tu i tu.