Belize: krótka instrukcja obsługi

Większość spotkanych po drodze podróżników z plecakami spędziła w Belize tylko kilka dni. Ja również zwinęłam się dosyć szybko, bo ceny są tu dość wysokie jak na regionalne standardy.

Kraj jest nieduży i nadaje się do gruntownego objechania w bardzo krótkim czasie, ma też wszystkiego po trochu: piękne plaże, dżunglę, ruiny, urokliwe miasteczka i sporo (dość kosztownej) agroturystyki. Większość z tych, którzy przebywają tutaj krótkoterminowo, jadą jednak prosto do Caye Caulker (taniej) albo San Pedro (drożej), gdzie ponoć warunki do nurkowania są jedne z najlepszych na świecie: mamy tutaj słynną Blue Hole i  tzw. Wielką Mezoamerykańską Rafę Koralową.

Transport: Po całym kraju kursują stosunkowo tanie, ale średnio komfortowe chickenbusy (czyli Amerykańskie szkolne autobusy po lekkim liftingu). Nigdzie nie jest naprawdę daleko, a podróż takim autobusem daje nam okazję, żeby zobaczyć wszystkie wioski po drodze (albowiem w każdej z nich autobus się zatrzyma). Większe, klimatyzowane linie kursują po częściej uczęszczanych trasach, ale są wielokrotnie droższe. Z Belize City i Chetumal (w Meksyku) do Caye Caulker możemy szybko i sprawnie dopłynąć tzw. Water Taxi.

Przykładowe ceny: Chetumal – Belize City: 150 MXP, Belize City – Benque Viejo (granica gwatemalska): 9 BZD, taksówka do granicy z miasteczka: 4 BZD. Water Taxi Belize City-Caye Caulker: 29 BZD (bilet w obie strony). Autobus ekspresowy Belize City – Flores (Gwatemala): 50 BZD.

Spanie: Drogo. Dysponując własnym namiotem, najtańszy nocleg na Caye Caulker kosztował mnie 15 BZD (bez śniadania). Jeśli miałabym ochotę wyspać się w łóżku w wieloosobowym pokoju, byłoby to dwukrotnie droższe, a i tak mówimy o najtańszym hostelu na wyspie (Bella’s Backpacker’s). W San Pedro podobno jest jeszcze drożej.

Jedzenie: Również nie jest szczególnie tanio, chociaż da się znaleźć mobilne garkuchnie, gdzie można przekąsić tacos za 3-4 BZD albo wypić sok za 2-3 BZD. W jakiejkolwiek restauracji na wyspie śniadanie nie schodzi poniżej 10 BZD, a za obiadokolację z owocami morza (których jest tu pełno) minimum 20 BZD. Dominuje meksykańska kuchnia, z lokalnym dodatkiem w postaci frutti di mare, plus świeże owoce i kokosy.

Chlanie: Wybór jest gigantyczny, a bary serwują często darmowe drinki do jedzenia. Lokalne piwo (Belikin) kosztuje średnio 4 BZD.

Zwiedzanie i w morzu pływanie: Za prosty snorkelling zapłącimy 60 BZD za pół dnia, 120 BZD za całodniową wycieczkę na morze. Nurkowanie i wycieczki do Blue Hole są już o wiele droższe, ale dalej niezmiernie popularne.

Płacenie: 1 BZD = 0,50 USD (kurs sztywny), czyli ok. 2 zł. Dolary amerykańskie są powszechnie przyjmowane i wymieniane, bankomaty dostępne (nawet na Caye Caulker jest jeden), bezprowizyjne.

Chorowanie: Jak zwykle w regionie, uważamy na dengę i chikungunya, chociaż w rejonach plażowych i na wyspach raczej na komary nie trafimy.

Kiedy jechać: warto unikać szczytu sezonu, który występuje od listopada-grudnia do wiosny. We wrześniu na Caye Caulker było przyjemnie pustawo, chociaż nie miało to przełożenia na cenniki.

Belize: Caye Caulker

Lubię jeździć do krajów, o których niewiele wiadomo, bo albo mało się w nich dzieje istotnego (są głęboką prowincją), albo są na tyle małe i dalekie, że i tak nic z nich do nas nie dociera. Nie miałam bladego pojęcia, jak może wyglądać Belize, ale wyobrażałam sobie coś pomiędzy Jamajką a Meksykiem, czyli trochę Karaiby, a trochę nie. Kolonia brytyjska (British Honduras) do 1981 roku, anglojęzyczna, wieloetniczna, nie produkująca żadnych istotniejszych newsów, z koralowymi wysepkami, między którymi można sobie nurkować za grubą kasę.

Niemniej jednak nie przypuszczałam, że będzie to kraj tak stuprocentowo parterowy i pozbawiony jakiegokolwiek blichtru. Nawet największe miasto, o szumnej nazwie Belize City, ma mniej więcej tyle wielkomiejskiej atmosfery co przedmieścia Zgierza, i to tylko wtedy, jeśli przejdziemy się dwoma głównymi ulicami – poza nimi są już tylko drewniane chatynki na palach i zagracone podwórka, po których biegają kury. Wygląda to trochę jak taki mały Harlem po tropikalnej wichurze – ludzie składają się przede wszystkim z dużej ilości dredów, po ulicach jeżdżą rozklekotane samochody, a w ryj można dostać stosunkowo łatwo, jeśli się nie pilnujemy.

bc     feliz

Zresztą już od samej granicy z Meksykiem, aż do Belize City mamy jedną, długą, rozwleczoną wiochę z rachitycznymi domkami, która wygląda, jakby ją przedwczoraj rozpirzył jakiś huragan, i trzeba było wszystko od nowa składać do kupy. Zresztą prawdopodobnie tak właśnie było.  Jest leniwie, sennie, cicho, autobusy snują się niespiesznie, zatrzymują się na każdym rogu, a „Western Highway” i „Northern Highway” to nic innego, niż zwykła powiatowa dwupasmówka.

Ludzie są tu we wszystkich kolorach tęczy – poza wspomnianymi już Murzynami w stylu rasta mamy też Hindusów, Chińczyków (nawet w najmniejszej dziurze przy gwatemalskiej granicy mają swoje knajpy z nadziewanymi gołębiami), Majów, Meksykanów, Arabów oraz niemieckojęzycznych Menonitów (taka lokalna odmiana Amiszów), którzy między tymi dredami i kobietami w różowych sukienkach z lycry wyglądają cokolwiek ciekawie z tymi swoimi zgrzebnymi fartuszkami.

cc3     cc1

Dotarłszy do Belize City, uznałam, że nic mnie tam nie zatrzyma, i polazłam natychmiast do portu, złapać ostatni prom na Caye Caulker – rzeczoną koralową wysepkę, na której nie ma ani jednego samochodu. Motto wyspy to „go slow” i słusznie, bo inaczej się nie da. Knajpy i sklepy są otwarte wtedy, kiedy właściciel wstanie z hamaka, a asfaltu nie ma nawet na pasie startowym na miejscowym lotnisku. Cała wyspa to jakieś 8 km piachu z palmami, i to by było na tyle. W ramach poszukiwania zajęcia udałam się do rafy koralowej z rurką w gębie, zobaczyłam jak wyglądają rekiny rafowe, koniki morskie (cudne), i milion innych kolorowych ryb, których nie jestem w stanie nazwać. Widziałam również, jak murena (taki wielki, obrzydliwy śledź) dziabnęła jednego amerykańskiego snorkellera w nogę, na co sobie zresztą zasłużył.

cc2      cc6

Objechawszy całą wyspę cztery razy na rowerze wzdłuż i wszerz, uznałam, że pora jechać do Gwatemali, zwłaszcza, że nie miałam ochoty na wyganianie krabów z namiotu trzecią noc z rzędu. Bardzo to wszystko piękne, ale jakby nie na moją kieszeń.

Więcej zdjęć tutaj.