Jak przestać pakować się jak idiota.

Chcesz pojechać na drugi koniec świata, zasuwać po górach i dolinach, pływać w morzu, pięknie prezentować się na zdjęciach, być przygotowanym na każdą ewentualność, a najlepiej jeszcze zabrać ze sobą swoją ulubioną podusię, psa z budą i playstation.
To już lepiej zostań w tych Kielcach albo pojedź na all-inclusive, bo jeśli nie zabierasz ze sobą płatnego tragarza z plemienia Sherpa, to musisz się przygotować na plan minimum.

Oto krótki poradnik co zrobić, żeby mieć przy sobie najpotrzebniejsze rzeczy, przetrwać w pustyni i w puszczy, ale zarazem nie podróżować w sandałkach i o lasce jak Mahatma Gandhi.

1. Nie zabieraj ze sobą nic, na czym ci bardzo zależy, bo jeśli będziesz w drodze wystarczająco długo, prawie na pewno połowę rzeczy zepsujesz, a drugą połowę zgubisz. Może być tak, że kiedy dojedziesz do ostatniego punktu programu, klamoty, które nosisz na plecach będą zupełnie inne niż te, z którymi przyjechałeś. Na twoim ulubionym t-shircie będą plamy od sosu, repelentu i cholera wie czego jeszcze, jeansy się przetrą na dupie, zgubisz połowę skarpetek, majtki niby się zgadzają liczbowo, ale połowa prawie na pewno nie jest twoja, poza tym masz po jednym kolczyku od każdej pary oraz jest to twoja siódma ładowarka. Przy odrobinie szczęścia i jeśli ograniczysz włóczenie się po mieście po pijaku, do domu wrócisz z kartą kredytową, paszportem w kieszeni i lekko nadpsutą elektroniką. Resztę możesz od razu spisać na straty.

2. Nie ma dobrego sposobu na przewożenie pieniędzy. Jeśli dodatkowo jedziesz, tak jak ja teraz, przez siedemnaście krajów, z których każdy ma inną kolorową i bezużyteczną walutę, masz zasadniczo dwie opcje. Możesz zabrać część gotówki w jakiejś fajnej, drogiej odmianie (dolary, funty, euro. Złotówki ewentualnie możesz pokazywać współpasażerom, tłumacząc kto to taki Mieszko I). I lepiej trochę weź, przyda się wtedy, kiedy nigdzie nie będzie bankomatu, a zapragniesz kupić sobie Inca Colę. Rzecz jasna narażasz się, że ktoś ci te twoje papierowe skarby podpierdoli, przystawiając ci w Santa Marta pistolet do skroni, albo je zgubisz (patrz punkt pierwszy), zwlaszcza, jeśli wpadłeś na genialny pomysł trzymania wszystkiego w którejś z tych mikrotorebeczek, co się je nosi pod ubraniem. Zatem weź sobie kilkaset dolców, awaryjnie, ale się do nich specjalnie nie przywiązuj. Możesz też zabrać kartę kredytową, co jest lepszym rozwiązaniem, bo nawet, jeśli ją zgubisz albo ci ją zajumają (czy też skopiują, co mi się przydarzyło w Hondurasie), to zawsze da się ją zablokować telefonicznie. Wtedy jesteś co prawda w obcym kraju, bez karty i bez grosza, ale przynajmniej twoje zaskórniaki siedzą sobie grzecznie w banku. Ustaw sobie zawczasu dzienne limity transakcji na takim poziomie, żeby ewentualny złodziej za dużo ci nie zwinął, jeśli dobierze ci się do konta.
Ale generalnie, jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu.
Miej wobec tego trochę gotówki (zawsze się przyda), kartę (żeby wszystkiego nie przepić) i drugą kartę (gdyby tamta przepadła).

3. Kup sobie Kindle’a. Jasne, że papierowe książki są cudne i romantyczne jak piosenka Springsteena, ale weź nie pierdol. Kiedy będziesz dyrdał dwa kilometry po błocie, pod górę i w deszczu, z plecakiem wypełnionym swoimi ukochanymi powieściami, wspomnisz moje słowa.

4. Zabierz ze sobą wiadro prezerwatyw. Tak, ja wiem, że wydaje ci się że kochasz Józka/Zosię do grobowej deski, ale zapewniam cię, że jak w pierwszym lepszym hostelu w Hondurasie będziesz się zastanawiać czy najpierw wyrywać ślicznego gitarzystę z Izraela, czarującą terapeutkę z Buenos Aires, hot blogera z Francji czy może wszystkich na raz, to twój Józek/Zosia z Widzewa szybko stanie się smrodem historii i będziesz się przed nimi chował na Whatsappie do końca wyjazdu.

5. Z kolei, zwłaszcza, jeśli masz pecha i jesteś kobietą, nie zabieraj ze sobą tony kosmetyków. Jeśli jesteś paskudna, to i tak ci nic nie pomoże, a jeśli nie, to parę miesięcy bez dwugodzinnego makijażu dobrze ci zrobi, bo przypomnisz sobie, jak naprawdę wygląda twój ryj. Jeśli jedziesz w nieznane wyposażona w Tindera, z zamiarem międzynarodowego podrywu, to wiedz, że w hostelach wszyscy są obdarci, rozczochrani i niedomyci, więc jak będziesz śmierdzieć płynem na komary i chodzić w dziurawych skarpetkach, nikt nie będzie miał do ciebie o to pretensji. Zatem o ile nie jesteś wędrowną akwizytorką AVONU i nie chcesz wydłubywać pudru z dna walizki na dworcu w Bogocie, to pakujesz się skromnie jak zakonnica do Ciechocinka i zabierasz: dezodorant, spray na komary, krem z bardzo mocnym filtrem, szampon, mydło, żyletkę, szczotkę do zębów z pastą w formacie travel i wszystko zaklejone duct tapem, żeby nie wybuchło w samolocie. Biżuterię zgubisz, perfumy ci się stłuką, a kosmetyki są na całym świecie takie same. Pytania?

6. W razie, gdybyś szybko musiał spakować się i spierdalać (bo zapomniałaś nastawić budzik, a zaraz odjeżdża jedyny tego dnia autobus do innego miasta), miej wszystko, WSZYSTKO zapakowane w oddzielne pojemnikoworkosaszetki, żeby nic się nie walało po plecaku ani nie dyndało z boku. Gacie czyste – wór 1, gacie brudne – wór 2, elektronika i kable – wór 3, kosmetyki i inne pierdoły – wór 4. W ten sposób wrzucasz wszystkie wory do plecaka z półobrotu i wio.

7. Tak naprawdę potrzebne ci są tylko dwie pary butów. Na podróż i na resztę życia. Jedne zakryte i wygodne, do popitalania po górach albo jak jest zimno (kombinuj tak, żeby były lekkie i z gore texem, jak cię stać), oraz sandałki vel klapki na plażę/pod prysznic. Co do ciuchów, to proponuję najwyżej cztery zmiany, bo jest to najbardziej upierdliwa i ciężka część bagażu. Nie ma sensu nic zabierać na zapas, w ostateczności, jeśli zgubisz albo zepsujesz, to zawsze możesz tanio kupić nowe (albo zgarnąć z któregoś z gift boxów w hostelu). Zużywasz, pierzesz, znowu zużywasz. Najlepiej wszystko w podobnym kolorze (czarna bielizna (x4), ciemne jeansy (x1), ciemne t-shirty (x4), ciemna kurtka (x1), ciemny polar (x1)), żeby się łatwiej prało i żeby wszystko do wszystkiego pasowało. Zanim cokolwiek zabierzesz, cztery razy się zastanów, jaka jest szansa, że ci się to przyda.

8. Miłośnikom wożenia ze sobą dwudziestu kilogramów leków na każdy możliwy kolor sraczki mówimy – jesteście debilami. Po pierwsze pewnie nie zachorujesz. A jak już zachorujesz, to kupisz sobie cały bajzel na miejscu, w dodatku będzie taniej, szybciej i nie będziesz się pierdolić z jakimiś papierkami, saszetkami i całym tym szajsem w plecaku. Zatem, jeśli nie przyjmujesz żadnych leków codziennie (bo jesteś cukrzykiem albo masz depresję), to nie woź ze sobą całej apteczki, bo to żałosne. Jak już koniecznie musisz, to weź plaster, paracetamol, strepsils i aviomarin, jeśli masz tendencję do pawia na zakrętach.

9. Zazwyczaj nie ma sensu czegokolwiek zabierać na zapas (dwa szampony, dwa mydła, zapasowe baterie, zapasowe to, tamto i sramto). O ile nie jedziesz do środkowej Zambii, dzięki globalizacji wszędzie znajdziesz dziś wszystko. Oszczędzisz sobie noszenia, miejsca w walizce i masz mniej klamotów do pilnowania. Odkryłam poza tym, że nieważne, czy jedziesz na tydzień czy na pół roku, zasadniczo będzie ci potrzebne to samo, więc długość wyjazdu nie wpływa na wagę bagażu. Kalkuluję, że moje obecne wygłupy potrwają w sumie 10 miesięcy. Mój plecak numer jeden (duży) waży 13 kg (i to tylko dlatego, że mam w nim namiot (3 kg), śpiwór i materac), a plecak numer dwa (mały) ok. 2 kg, bo nigdzie się nie ruszam bez laptopa. I dalej uważam, że to jest o wiele za dużo, oraz zamierzam na kolejną wyprawę zabrać zdecydowanie mniej.

10. Warto mieć: mały śpiwór albo samolotowy kocyk do zawijania się w wyziębionym autobusie; adapter do różnego typu gniazdek; mały notes i długopis; chustę/bandanę; pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak i na samego siebie; wór na ciuchy (x2); coś wodoszczelnego na paszport i kasę; nóż; ęcznik szybkoschnący; coś do dezynfekcji rąk; mokre chusteczki; zapas tamponów (jeśli miewasz miesiączki), bo w niektórych krajach tego nie sprzedają. A jeśli dalej nie wiesz, jak się spakować, posłuchaj, co na ten temat mówi niezapomniany George Carlin.