Peru: Macchu Picchu

Są różne sposoby, żeby dostać się z Cusco do Macchu Picchu i niestety prawie wszystkie są albo skomplikowane i drogie, albo zupełnie do dupy. Można zarezerwować klasyczny Inca Trail (4 dni szlakiem inkaskich piechurów), ale trzeba wyłożyć na to kilkaset dolarów (najdroższa wycieczka, z archeologiem, lekarzem i ekskluzywnym menu, kosztuje aż 15 000 USD) i zaplanować conajmniej na kilka miesięcy naprzód. Można zasuwać po górach szlakiem Salkantay (4 dni na mrozie, ale za to piękne widoki), pojechać pociągiem za 140 dolarów (opcja dla bogatych i leniwych) albo zachrzaniać przez kilka dni piechotą po torach (opcja dla wytrwałych, pozbawionych funduszy i umiejących odpowiednio szybko zeskoczyć z nasypu). Można też wreszcie wybrać się na Inca Jungle Trail, co oznacza cztery dni zasuwania po dżungli, jazdę na rowerze, gorące źródła, rafting, zip-lining, kilkanaście kilometrów torami Peru Rail, oraz parę innych near death experiences, łącznie z byciem obgryzanym żywcem przez krwiożercze, upierdliwe, pomarańczowe muszki.

incatrail   kfjatek

Wybrałam tę opcję, bo w folderze reklamowym było dużo małych, włochatych stworów, zielona trawka i urokliwe górskie dróżki, oraz dlatego, że nikt mi nie powiedział, że będę musiała kilkakrotnie przemieszczać się nad przepaścią w konstrukcjach zbudowanych, zaprojektowanych i utrzymywanych przez Peruwiańczyków z wioski obok. Niestety mam tak, że po roku w Kairze zostały mi już tylko najbardziej idiotyczne fobie. Nie boję się jakoś szczególnie wybuchów, strzałów z karabinu, policjantów uzbrojonych po zęby, burz piaskowych i wielotysięcznych demonstracji, ale spróbuj mnie zmusić, żebym wlazła na lekko rachityczny wiszący most nad rzeką Urubamba. Do raftingowego pontonu wlazłam tylko dlatego, że zdążyłam zapłacić 25 dolarów za te dwie godziny czystej adrenaliny w zimnej wodzie, a kiedy zobaczyłam tzw. cable car (metalowy koszyk na linie nad przepaścią, przesuwany ręcznie przez dwóch kolesi po dwóch stronach rzeki), do którego dwójkami włazili turyści, myślałam, że robią sobie ze mnie jaja. Ostatecznie usiadłam między dwoma facetami, wsadziłam głowę do plecaka i dałam się przepchnąć na drugą stronę.

urubamba   malpa

Ostatnia prosta to trasa wzdłuż torów z Hidroelectrica do Aguas Calientes (wioska dla turystów parę kilometrów od Macchu Picchu), pobudka o 4 rano, dyrdanie pod górę aż do ruin (ja odpadłam, pojechałam autobusem), oraz dreptanie gęsiego w tłumie turystów. Mimo tego, że wejście kosztuje 128 soli, nie wolno tam jeść, palić, podskakiwać ani zawracać na ścieżce, Macchu Picchu jest nie z tego świata. Między dwiema zielonymi górami, nad przepaścią, wygląda jak zły sen Beksińskiego. Są różne teorie: ta romantyczna mówi, że Inkowie zamknęli miasto i uciekli, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócą (i zachowali położenie miasta w tajemnicy, żeby Hiszpanie wszystkiego nie zjedli i nie splądrowali). Ta bardziej prozaiczna głosi, że wszyscy kopnęli w kalendarz w 1572 roku wyniku jakiejś przywleczonej tam europejskiej choroby. Tak czy owak, zapłaciłabym dwa razy tyle, żeby tam połazić w nocy, kiedy nie ma takiego tłumu.

dolina   macchu

A teraz będzie Boliwia.

Zdjęcia tu.

Peru: Cuzco

Dotarłszy do Cuzco, wysoko w peruwiańskich górach, z marszu trafiłam na wolontariat do Kokopelli (praca 4 dni w tygodniu = darmowe wyro, śniadanie i drinki). I co? I okazało się, że spędziwszy siedem bitych lat na uniwersytetach, w ambasadach i na stażach, i tak zdecydowanie najbardziej lubię stać za barem, kroić limonki, machać ścierą i bawić się szklankami. Nic nie daje mi tyle satyfakcji, co dobrze zrobione mojito i banda włąsnoręcznie przeze mnie upitych backpackerów. Zwłaszcza, jeśli mam do tego pełną kontrolę nad Spotify’em i mogę wprowadzić w całym lokalu mój własny terror muzyczny.

ulica    palmy

Wolontariat w hostelu takim jak Kokopelli polega na tym, że śpisz w pokoju, w którym razem z tobą siedzi i śmierdzi dwanaście osób z dziewięciu krajów, zmywasz, zamiatasz, nosisz skrzynki z piwem, uczysz sie robić perfekcyjne pisco sour i codziennie kładziesz się spać o piątej rano, podczas gdy reszta pokoju właśnie wyrzyguje dwucyfrową liczbę zrobionych przez ciebie caipirinhi. Do południa szwendasz się po mieście (np. wspinasz się do San Blas wypić chichę z Indianami) i okolicznych inkaskich ruinach albo łazisz na targ San Pedro, gdzie leżą wielkie kosze liści koki (na Okęciu by mnie za to wsadzili do więzienia, a tutaj to jak guma do żucia) i można kupić suszoną żabę, mumijkę z lamy albo barani łeb na wszelkie bolanie i kuśki stawanie.

gazeta   indianin

Ale dawna stolica Inków to nie tylko plac zabaw dla gringos i baza wypadowa do Macchu Picchu (pojadę w przyszłym tygodniu). Na przykład teraz trwa Wielki Tydzień i od Niedzieli Palmowej można na ulicy kupić pokutne rzemienie, wielkanocne słodycze, kadzidło i kwiaty, a w poniedziałek całe miasto żyło procesją „El Señor de los Temblores” („Władca Wstrząsów”). Miejscowi wierzą, że ta czarna, barokowa figura Chrystusa uratowała miasto przed zniszczeniem w gigantycznym trzęsieniu ziemi w 1650 roku i od tamtej pory co roku niosą go w procesji przez całe miasto, obrzucając purpurowymi kwiatami Ñucch i śpiewając. Figura jest przystrojona czerwonymi girlandami, które wyglądają jak płomienie, przed paso idą dmący w konchy Indianie w tradycyjnych strojach, a w tle słychać bicie dzwonów i mroczną muzykę, jak z „Ojca Chrzestnego”. Na koniec, już pod wieczór, kiedy kończy się procesja, wszyscy stają na Plaza de Armas twarzą do katedry, w tle wyją syreny strażackie, a na twarzach ludzi widać strach przed żywiołem.

temblores    platki

Zdjęcia tu i tam.

 

Peru: Jezioro Titicaca

Rozrzedzone powietrze, ostre słońce, chłód i liście koki w kieszeni. Tak zapamiętam Titicaca, gdzie doczłapałam się, wlokąc za sobą bandaże, bo jednak nie bardzo byłam w stanie wysiedzieć na kanapie. Nic dziwnego, że prawie wszystkie indiańskie kobiety chodzą tam w kapeluszu – na wysokości prawie 4000 m słońce jest morderczo ostre, a przez cały rok w nocy temperatura spada aż do zera.

Zazwyczaj najpierw jedzie się na pływające wyspy Uros, które stanowią kuriozum na skalę światową. Nie dlatego, że mieszkali (trudno powiedzieć, czy wciąż mieszkają) całe stulecia w chatkach z trzciny na pływających platformach na środku jeziora (ponoć uciekli przed inkaskimi najazdami), zajmując się łowieniem ryb, ale dlatego, że stanowią idealny przykład „disneylandyzacji” swojej kultury. Wyczaiwszy interes, wpuszczają łódki z turystami codziennie w inny sektor pływającego miasteczka, gdzie mają już zawczasu przygotowane stoisko z pamiątkami, restaurację, makietę wyspy, trzcinę do pogryzania i upiorne folkowe piosenki. Po czym wszyscy, jak twierdzą złośliwi, wsiadają w motorówki i wracają spać na stałym lądzie, do Puno. Trudno powiedzieć, jak jest naprawdę, ale raczej już tu nikt nie łowi ryb, bo i po co.

uros    sillustani

Wyspa Amantani z kolei jest prawie dwie godziny dalej w jezioro, o wiele dalej od miasta. Kiedy dobijasz do brzegu, wita cię naczelnik wioski w eleganckim kapeluszu i przydziela ci wyspiarskich „rodziców”, u których będziesz spać i jeść przez najbliższe dni. Na wyspie nie ma hosteli ani większych restauracji, a system rotacyjny zorganizowany jest tak, żeby wszystkie rodziny otrzymywały taką samą liczbę gości. Tym sposobem wylądowałam w ślicznym domku z ogródkiem, jadłam placki z quinoa i pomidorową domowej roboty, ale niestety nie dowiedziałąm się za dużo o tym, jak wyglądało dotychczasowe życie moich gospodarzy, albowiem prawie wcale nie mówią oni po hiszpańsku (na wyspie obowiązuje quechua). Z powierzchownych konwersacji wiem, że mają siódemkę wnuków, że Angélica najbardziej lubi haftować, a Angelino, poza tym, że produkuje najsmaczniejsze na wyspie pomidory, jest najlepszym akuszerem w miasteczku. Oboje za to nigdy nie byli u lekarza – radzą sobie przy pomocy ziół z ogródka. Nie mają telewizora, telefonu, prądu i bieżącej wody (prysznic tylko zimny), ale posiadają spore stado baranów, konie, kury i sad.

amantani   munya

Ostatni przystanek, Taquile, to wyspa, gdzie od razu wiadomo, który Indianin jest do wzięcia, a który nie. Żonaci, kawalerowie, narzeczeni i ci, którzy aktualnie rządzą w miasteczku – każdy nosi inną, kolorową czapkę, a kobiety pompony przy haftowanym szalu. Wygląda na to, że haftowanie jest tu ulubionym zajęciem dla wszystkich, ale zajmują się tym przede wszystkim mężczyźni – każdy chodzi z kłębkiem włóczki i szydełkiem pod ręką, i w zasadzie cały dzień coś tam dłubie przy jakimś szaliku (pewnie dlatego, że UNESCO postanowiło docenić ich talent, i miejscowe wyroby osiągają zupełnie paryskie ceny). Mieszkańcy, których jest ok. 4000, mówią w języku aymara i są bardzo dumni ze swoich obłędnie kolorowych strojów – na targu w Puno widać ich z daleka.

weaver   czapka

Więcej zdjęć tutaj. Następny przystanek: Cusco.

Peru: Arequipa i Kanion Colca

Opuściwszy oblegane przez kosmitów peruwiańskie pustynie, udałam się do burego, podwulkanicznwego Arequipa, co wszystkim polecam. Oczywiście nad miastem wisiały ciężkie, letnie chmury, więc nie widać było żadnego wulkanu (a są aż trzy), ale mają tam piękny, stary klasztor św. Katarzyny (miasto w mieście – korytarze, zaułki, freski, kwiaty oraz ciasto cytrynowo-śmietanowe z marakują pieczone przez siostry), katedrę i muzeum, gdzie tłumaczy się turystom jak i dlaczego Inkowie składali wulkanom ofiary z dzieci (jakaś niemiecka ekspedycja ściągnęła je z Misti i trzyma w lodówce, żeby zbadać zawartość żołądka). Ponieważ nie byłam w stanie znieść porykiwań wiecznie ubzdryngolonych backpackerów w moim hostelu (kryzys nastąpił, kiedy mój sąsiad puścił pawia pod łóżko, po czym spokojnie poszedł spać), postanowiłam wyjechać w góry, czyli w stronę Colca, drugiego najgłębszego kanionu na świecie.

klasztor1    arequipa1

Wioski są położone na brzegach doliny, gdzieś w połowie drogi między wulkanami i śniegami a tą morderczą rzeką na dole. Polazłam nawet na rekonesans do punktu widokowego (można tam zostać obsranym przez kondory), gdzie snułam bardzo ambitne plany włóczenia się brzegiem kanionu po tych wszystkich pipidówach, co się nazywają Chipichapinga albo Bangipungi jak egzotyczna choroba, można na nich dojechać tylko na osiołku, trwa to tydzień i cała populacja ma 800 lat i cztery zęby, oraz wszędzie biegają ubłocone barany. Jednak uniemożliwił mi to mój wrodzony brak koordynacji ruchowej, minus sześć z astygmatyzmem oraz bycie dupą wołową.
Nie mogę niestety powiedzieć, że leżę i stękam, bo zostałam zaatakowana przez drapieżnego kondora, albo że stoczyłam się w przepaść jak Indiana Jones, bo dzięki wyżej wymieninym darom od losu właśnie zrobiłam sobie dziurę w nodze przy pomocy chodnika, idąc wieczorem za plebanię po bułki.
[Tu następuje aplauz czytających]

domek    kobieta

Na placu w wiosce Cabanaconde jest tylko jedna dziura. Przed kościołem, i to nawet nie taka duża. Oczywiście nie mogłam przejść koło niej obojętnie, musiałam się w nią wpieprzyć tak niefortunnie, że dzisiejszy dzień rozpoczęłam od doczołgania się bladym świtem do ośrodka zdrowia, gdzie miły Pan Doktor założył mi cztery szwy i powiedział, ze będę miała fajną pamiątkę z Peru. Podobno w kółko jakiegoś z naszych składają do kupy.
A zatem w naszym ekstramalnym salonie piękności jest nowa usługa: peruwiański peeling chodnikiem. Przekonałam się też, że kiedy się mnie rozkroi to wyglądam tak samo, jak karkówka w Biedronce, oraz że życie robi się skomplikowane jak japoński teleturniej, kiedy okazuje się, że przez najbliższe dwa tygodnie nie wyprostujesz prawej nogi.  Mam teraz bardzo dużo czasu, żeby odpisać na mejle, czytać gazetę (co z bólem czynię) oraz siedzieć na kanapie, patrząc, jak nad wulkanami gromadzą się chmury, i jak Francuz spod dwójki umiera na zemstę Atahualpy. Towarzyszy mi tu też pies na trzech nogach, więc już zostaliśmy okrzyknięci hostelowym kącikiem inwalidy.

kanion1    paramo1
Wpłaty możecie kierować na moje konto, z dopiskiem „jesteś skończoną niezdarą”.

Więcej zdjęć tutaj.

Peru: Huacachina, Ica, Nazca

Po jaką cholerę było Peruwiańczykom rysować na środku pustyni wielką małpę? Widoczną dopiero z kilkudziesięciu metrów?

Różni mądrzy ludzie z całego świata od dawna próbują odpowiedzieć na to pytanie, ale jakoś do tej pory za bardzo nie wiadomo, a Daeniken oczywiście jak zwykle próbuje wszystko zwalić na kosmitów. Równie dobrze można powiedzieć, że Rosjanie, sztuczna mgła i brzoza.

Rysunków jest mnóstwo, nie bardzo z nich cokolwiek wynika, no i z wieży przy autostradzie koło Nazca widać w gruncie rzeczy tylko kawałek jednego. Na wieżę wlazłam i to było na tyle, bo jeszcze mi doszczętnie nie odbiło, żeby latać nad pustynią peruwiańskim kukuruźnikiem tylko po to, żeby zobaczyć wielkiego ptaka. Inne ryzykowne rzeczy robię z wielką chęcią i kompulsywnym zapałem (uliczne jedzenie, pisco sour, Tinder), ale nawet z Boeinga Lufthansy nie wyjrzę przez okno, a już co dopiero z tych latających trumienek.

Bezkresna peruwiańska pustynia może i jest pełna tajemnic, ale po tych egipskich, jordańskich, jemeńskich, indyjskich i marokańskich jest to dla mnie po prostu kolejna ładna sterta piachu, zwłaszcza, że w jedynym regionalnym muzeum w Ica (gdzie znajdziemy prekolumbijskie mumijki) odbiłam się od drzwi z uwagi na remont.

Posiedziałam za to dwa dni w mikroskopijnej oazie Huacachina, która jest w gruncie rzeczy małą, zakurzoną piaskownicą dla gringos, ale ładnie się prezentuje z wysokości okolicznych wydm. Można tam cały dzień pić piwo nad zarośniętą zatoczką (podobno mieszka w niej porywająca mężczyzn syrena), a wieczorem wleźć na wydmę i wpaść w melancholijny nastrój.

Co robisz, kiedy czekasz na zachód słońca? Robisz rachunek wszystkich ostatnich błędów, wygłupów i idiotyzmów oraz dochodzisz do wniosku, że skoro taka ich obfitość, to nie zaszkodzi popełnić jeszcze jeden, czyli wejść na Skyscannera i kupić sobie bilet na Rapa Nui.

Tym sposobem trasa do Urugwaju ulega poważnemu wydłużeniu, ale dotrę, w swoim czasie.

Peru: Lima

Piach zaczyna się zaraz za ekwadorską granicą. Właściwie żadna część tego kraju nie nadaje się do zamieszkania: nad oceanem pustynia (kamory, wydmy, kaktusy), dalej góry (lamy, kondory, koka), a za plecami amazońska dżungla (węże, piranie, malaria). Jeszcze od czasu do czasu wojna (hiszpański najazd, maoistyczna bojówka), dyktatura albo trzęsienie ziemi, żeby się nikomu nie nudziło. Zwłaszcza ostatnie kilkadziesiąt lat wygląda dość rozpaczliwie: hiperinflacja w latach osiemdziesiątych (nawet 5% dziennie), Świetlisty Szlak (niezliczone mordy i zamachy, w tym na dwóch polskich franciszkanów), a potem, aż do 2000 roku, dyktatura Alberto Fujimori, czyli kolejne mordy i zamachy, tym razem pod pretekstem zwalczania Świetlistego Szlaku – Fujimori właśnie odsiaduje karę 25 lat więzienia za swoje szwadrony śmierci, a jego córka, Keiko, kandyduje na urząd prezydenta (i może nawet wygrać. Wybory w kwietniu).

lima3   lima2

Jako Polacy jesteśmy tutaj znani i lubiani (nareszcie nie muszę tłumaczyć, że nie jesteśmy Rosją/częścią Argentyny/nie mówimy po niemiecku), bo nie tylko polski inżynier wybudował im tutaj kolej transandyjską, polscy emigranci walczyli w tutejszych wojnach, ale również jest tu całkiem sporo polskich archeologów, którzy co jakiś czas coś odkopią, oraz polskich podróżników. Liczę na to, że na jakichś trafię.

Zatem, podążając śladami Donka (też sobie kupię taką czapkę), trafiłam do Limy, gdzie od razu mi się przypomniała duszna, syfiasta atmosfera „Rozmowy w ‚Katedrze'” oraz kairskie slumsy, albowiem jest to miasto cokolwiek potworne. Rozwleczone po okolicznych pustynnych wzgórzach, zaczyna się od zakurzonych osiedli z blachy falistej, które po dwóch godzinach stania w korku zamieniają się w obdrapane i zawalone stertami tandety centrum. Coś się niby zaczyna, ale niemrawo i bez przekonania. Niby są parki, kościoły, muzea, knajpy, ale atmosfera jest cokolwiek bazarowa, chyba, że wybierzemy się do Miraflores, czyli nadmorskiej enklawy dla tych, co zarabiają dwudziestokrotność średniej peruwiańskiej pensji. Reszta to stare wille z oknami zabitymi dechami, speluny ze staroświeckimi maszynami do gier, chińszczyzna, no i brązowy ściek pośrodku, czyli rzeka Rimac.

lima4    lima1

Dla mnie jest to jednak absolutny raj (po roku w kairskim syfie nic mnie już nie zdziwi, a tym bardziej nie przestraszy), albowiem można się tu nażreć na resztę życia. Nie dość, że ceviche, to jeszcze wszędzie owoce, zapiekane ziemniaki, desery i pisco sour. Katastrofa.

Więcej zdjęć tutaj.