Ekwador: Zumbahua, Quilotoa i Quito

-Jak to jest spędzić całe życie na 3600 m.n.p.m?
-Oj, dobrze, dobrze, chwała Bogu. Daleko od chorób, daleko od wojen, daleko od polityków, fajnie tu u nas jest.

Tako rzecze José, Indianin z Zumbahua.
Rzeczywiście, żeby dojechać do Zumbahua trzeba obijać sobie dupsko w ciężarówce dobre dwie godziny jazdy pod górę z Latacunga przez nieziemsko piękny płaskowyż (tzw. páramo), a po drodze widzimy tylko trawę, barany i malutkie, wysmagane wiatrem wioski. Przy dobrej pogodzie widać stąd wulkan Cotopaxi, ale jest luty i wszędzie poniżej 3000 m leje niemiłosiernie.
Zumbahua to w zasadzie dwie ulice na krzyż, kościół z boiskiem do piłki nożnej, trzy puste knajpy i dwa wyziębione hostele, dookoła kaktusy i niekończące się łąki. Po zmroku momentalnie robi się zimno i kiedy Indianki sprzedające frytki i smażonego kurczaka na placu zwiną interes, na ulicy zostają już tylko bezdomne psy, wyrywające sobie resztki jedzenia z targu.

wisienki    dziewczyny
Miasteczko ożywa raz na tydzień, kiedy z okolicznych wiosek przyjeżdżają handlarze chińskimi ciuchami, pirackimi płytami (królują telenowele na DVD), tanimi kosmetykami, owocami, zwierzętami i czym tam jeszcze, więc cały dzień na placu słychać upiorną andyjską muzykę, a ludzie chowają się przed ostrym słońcem pod ponchos i rondami małych kapelusików (noszą je prawie wszystkie kobiety – ponoć są w modzie od lat dwudziestych, kiedy przywieźli je tu Anglicy). Jeśli umiemy się targować (ja nie umiem), lamę (żywą) kupimy już za czterdzieści dolarów, barana za tyle samo, funta jeżyn za dwa dolary, a capulí (coś w rodzaju kwaśnej wiśni) za dolara. Możemy też najeść się llapingachos z jajkiem sadzonym (wszystko smażone, nakładane i zjadane bez jednego sztućca), napić herbaty z koki albo kupić podejrzanie tanie specyfiki na wszystkie choroby i nieszczęścia świata, łącznie z czarną magią i niepowodzeniem w miłości (dziękuję, postoję).

poncho   baby
Jeśli pojedziemy trochę dalej, trafimy na najpiękniejszy widok w Ekwadorze: jezioro Quilotoa, które powstało 800 lat temu po erupcji znajdującego się pod nim wulkanu. Niestety znajduje się na prawie 4000 m, co dla skrajnych leni i żarłoków takich ja oznacza bardzo blesny powrót na brzeg krateru, w tempie dryfującego kontynentu (wbrew pozorom, włażenie po schodach na Widzewie a włażenie po schodach na wysokości Mont Blanc to zupełnie inna zabawa). Nie polecam pływania w lagunie – przy mnie odważyło się na to tylko dwóch nie do końca trzeźwych Argentyńczyków, i to tylko dlatego, że przegrali zakład.

quito   quito2
Tak samo przyjemnie wchodzi się po wyślizganych uliczkach Quito (stolica – też wysoko i rześko, 40 km pod równikiem), gdzie z kolei przekonamy się, że Ekwador radzi sobie całkiem nieźle. Spodziewałam się jakiejś rozpaczliwej, obsranej przez lamy kokainowej republiki, ale wygląda na to, że kasa z ropy naftowej została wydana w sposób odpowiedzialny. Po długich latach chaotycznych i beznadziejnych rządów, ostatni prezydent, Rafael Correa (również cokolwiek kontrowersyjny) postanowił wykopać z kraju przedstawicieli Banku Swiatowego i dobrać się do międzynarodowych koncernów paliwowych, zmuszając je do korzystniejszego podziału dochodów. Zdobyte w ten sposób miliony już od 9 lat ładowane są w rozległe programy socjalne, szkolnictwo i służbę zdrowia, dzięki czemu Ekwador zanotował rekordowy spadek ubóstwa – z 37% do 22% dwa lata temu. Ciekawe, jak długo się to utrzyma przy obecnych cenach ropy naftowej, ale widać, że Quito funkcjonuje nie gorzej niż przeciętna polska metropolia, chociaż rzecz jasna mamy to samo co w Bogocie: północ wyglądającą jak Beverly Hills i południe jak przedmieścia Radomia.

Więcej zdjęć tutaj oraz tutaj.

Do dżungli się na razie nie wybieram, plaża mi obrzydła, a na wyspy Galapagos mnie nie stać. Zatem Peru, proszę państwa.

Ekwador: Otavalo – Baños

Ekwador przywitał mnie ciężką ulewą, zimnym prysznicem i prohibicją.

Kiedy przekraczałam granicę w Ipiales rano, nie sądziłam, że jeszcze tego samego dnia będą mnie gonić po parku Indianie z wiadrami lodowatej wody. Okazuje się, że w ten sposób się tutaj świętuje ostatki: obrzucając się nawzajem kolorowym syfem, pryskając pianą i wlewając bez litości zimną wodę za kołnierz, co jest średnio sympatyczne przy tym natężeniu andyjskich wiatrów. I nie można się nawet rozgrzać odrobiną aguardiente, bo w niedzielę i święta w Ekwadorze obowiązuje absolutny zakaz sprzedaży wszelkich trunków poza piwem (na które i tak nie mam ochoty przy tej temperaturze). Pozostawało kupić sobie duży, fioletowy szal z alpaki i usiąść koło pieca, popijając mate.

obrusy   otavalo

Jak tylko skończyły się kolumbijskie pagórki i plantacje kawy, pejzaż zaczął przypominać Podkarpackie, z tym, że z nieco większą ilością baranów na pastwiskach i ludnością odzianą w kolorowe fartuszki i mówiącą w języku quichua (z hiszpańskim bywa bardzo słabo). Otavalo słynie na cały kontynent z sobotniego targu pstrokacizny (takie małe, ekwadorskie Chichicastenango), na który z premedytacją postanowiłam się nie załapać. Dlaczego? Dlatego, że wolałam obejrzeć miasteczko w wersji bardziej codziennej, bez tłumu kieszonkowców i gringos. Trafiłam dodatkowo na Środę Popielcową, co oznaczało, że wszystkie Indianki w okolicy paradowały z szarym krzyżykiem na czole i w najładniejszej, odświętnej biżuterii. A po kościele i tak wszyscy ruszyli na Plaza del Poncho, najeść się pieczonych świnek morskich (bardzo im to tutaj smakuje, a ja mam cały czas pawia przy zębach), kukurydzy z masłem i przepiórczych jajek, napić się jagodowego ponczu i ponaciągać gringos na kolorowe szaliki.

przyscianie    hustawka

Z kolei w Baños, już pod równikiem, gdzie miałam ambitne plany wspinania się po wodospadach, pływania pontonem po rzece i włażenia na okoliczne wulkany, ostatecznie, przez ciężkie, deszczowe chmury udało się tylko dotrzeć do znanej z internetowych memów „huśtawki na końcu świata”, na którą zresztą i tak nie wlazłam, z uwagi na lęk wysokości. Nie miałam też ochoty na żadne zabawy z zimną wodą, za to wieczorem, żeby uzupełnić swoją florę bakteryjną o wszystkie lokalne syfy, postanowiłam rozgrzać się w termalnym basenie, śmierdzącym siarką na odległość ulicy. Niestety było tam pół Ekwadoru, ze szczególnym uwzględnieniem wierzgających i wrzeszczących dzieci, a w wodzie trzeba było bardzo pilnować swojego kawałka posadzki.

Rozrzedzone powietrze, wódka ze sfermentowanej kukurydzy, smażone świńskie ryje na targu (tfu) i podróżowanie po kraju na bagażniku w pickupie, między kurami a baranami. Tak oto będę wspominać pierwszy tydzień w Ekwadorze.

banos   ciemno

Więcej zdjęć tutaj.