Kolumbia dla backpackerów, czyli ile będą cię kosztowały wakacje twojego życia

Kiedyś było to jedno z najbardziej niebezpiecznych państw na świecie. Nie dość, że wojna, narkotyki, wojny gangów, Pablo Escobar, kryzys gospodarczy, to jeszcze zamachy i porwania. Nie ma po tym śladu. Dziś wycieczka do Kolumbii, chociaż ten kraj dalej boryka się z niemałymi problemami, jest bezpieczniejsza niż wieczorny spacer po Piotrkowskiej. Poza tym jest tam cudownie, ludzie są weseli i wyluzowani, ceny przystępne i jedzenie smaczne. Nie bez powodu sterczałam tam trzy bite miesiące, i właściwie mogłabym nigdy nie wyjeżdżać, a wrócę na pewno, i to szybko. Polecam gorąco – przestańcie okupować te upiorne tureckie kurorty, nauczcie się podstaw hiszpańskiego i lećcie do Kolumbii, zanim reszta świata się zorientuje, jakie to fajne (można tanio, np. Condorem).

Transport: O dziwo ten międzymiastowy nie należy do najtańszych, i znowu kierowcy autobusów wykazują zamiłowanie do krioterapii przy pomocy klimy. Wszędzie jedzie się długo, bo kraj wielki i górzysty, za to linie są luksusowe i punktualne. Ceny europejskie: za 20-godzinną podróż z Barranquilla do Bogoty zapłacimy aż 120 000 COP, więc na dużych dystansach warto rozważyć tanie linie lotnicze Viva Colombia – lot jest często sporo tańszy niż autobus). Krótkie dystanse są obsługiwane przez małe, lokalne firmy transportowe, więc ceny są o wiele niższe (np. za bilet z Salento do Filandia zapłacimy ok 3000 COP). Przykładowe ceny (autobus): Medellin – Cartagena: 85 000 COP, Cartagena – Barranquilla: 10 000 COP, Bogota – Cali: 55 0000 COP.

Spanie: Najwyższe ceny odnotujemy w szczycie sezonu (listopad – styczeń), zwłaszcza w Cartagena, gdzie hostele potrafią nawet podwajać opłaty za nocleg. Standardowo, za łóżko zapłacimy od 25000 do 35000 COP, często razem ze śniadaniem. Baza hostelowa jest świetnie rozwinięta. Polecam: Bamboo Glamping House w Medellin, Casa Nativa w Cartagena,  La Casa del Viajero w Mompox, Casa Loma w Minca (mogłabym tam zamieszkać), La Casa de Felipe w Taganga, Musicology Hostel w Bogocie, Hostal Colina de Lluvia w Filandia, Park Life Hostel w Popayan.

Jedzenie: Lokalna kuchnia jest bardzo bogata i tania – można się spokojnie wyżywić na ulicy za bardzo skromną sumę. Arepas de choclo kosztują od 1000 do 2000 COP, a obiad w dobrej restauracji zjemy nawet za 8000 – 15 000 COP. Jeśli zawitacie do Filandia, koniecznie (koniecznie!) idźcie do restauracji Helena Adentro (jest trochę droga, ale nigdy nie jadłam czegoś tak smacznego), a w Bogocie do Quinua y Amaranto oraz Restaurante Nativo (pyszne, wielkie menú del día za 8000 COP). W Medellín polecam Verdeo.

Chlanie: Miejscowi są niezmiernie rozrywkowi, więc nie zabraknie nam okazji do wypicia zimnej Costeñi za 3000 COP, albo Aguila la 5000 COP.

Zwiedzanie i po dżungli bieganie: Kolumbijczycy jeszcze nie wyczuli interesu, więc dalej możemy zwiedzać wiele obiektów za darmo, albo za niewielką opłatą (wyjątkiem jest Cartagena, ale tam wszystko jest za drogie). Wejście do Parku narodowego Tayrona kosztuje 41 000 COP (zapewniam, że warto).

Płacenie: Lokalna waluta to kolumbijskie peso. Ok 3000 COP = 1 USD.

Chorowanie: Wirus Zika jest wszędzie na nizinach, podobnie jak okazjonalnie denga. Nic na to nie poradzimy, więc chodzimy i śmierdzimy OFFem całodobowo.

Kiedy jechać: W Kolumbii cały rok jest pięknie i zielono, ale warto unikać okresu świątecznego (grudzień-styczeń) z uwagi na wysokie ceny.

Kolumbia: Eje Cafetero

Jak dla mnie, to właśnie to jest najfajniejszy kawałek tego kraju. Nie dość, że rośnie tu kawa i najwyższe palmy na świecie, to jeszcze do tego weekendowo zjeżdża tu pół Bogoty, żeby tańczyć, grać w bilard, jeść smażone platany pod kościołem i kupować paskudne naszyjniki. Rzecz jasna, standardowym punktem programu jest Dolina Cócora (rzeczone palmy), gdzie zachrzaniamy cały dzień po łączce między krowami, a na końcu trafiamy do rezerwatu kolibrów, gdzie z kolei przez godzinę próbujemy jakiegoś sfotografować.

valle   koliber

Nie wiem, czy widzieliście kiedyś kolibra, ale skurczybyki są śliczne. Są wielkości dużego motyla i zachrzaniają z taką prędkością, że nie wiem, jak ci reporterzy NG robią te zdjęcia, chyba się latami czają nad kwiatkiem. W rezerwacie wypijamy agua de panela (kolumbijską wodę z cukrem trzcinowym) i szybko zachrzniamy dżunglą na dół, żeby zdążyć na ostatniego jeepa do miasta. Mnie się to rzecz jasna nie udało (z uwagi na wrodzoną miłość do sportu), więc byłam zmuszona jak zwykle jechać autostopem, co z kolei zaprocentowało pyszną, darmową kolacją u kolumbijskiej rodziny.

salento   sciezka

Mogłabym wam napisać o najsmaczniejszym deserze świata (zmiksujcie marakuję z bezami i karmelem), albo o tym, że każdy cię tu traktuje, z miejsca, jak członka waszej rodziny, albo jeszcze o tym, jak wygląda w nocy Cali z wysokości wzgórza Cristo Rey, ale jestem już w Ekwadorze, i zasadniczo mam tylko jedno do powiedzenia: nie dajcie się nikomu wystraszyć i jedźcie do Kolumbii zanim to będzie modne.  Jedyne niebezpieczeństwo polega na tym, że za diabła nie będziecie chcieli stamtąd wyjechać.

Więcej zdjęć tutaj.

Kolumbia: Bogotá

Lubię miasta-monstra. Takie, które mają tylu mieszkańców, co średniej wielkości europejskie państwo i wyglądają, jakby pękały w szwach. Rozlewają się na okoliczne wzgórza, zarastają slumsami, duszą spalinami, hałasują. Gdzie każdy autobus jest zatłoczony, każdy kawałek ulicy – zamieszkany, i stoimy w korku na wylotówce przez dwie i pół godziny, mimo, że jest druga w nocy.

W Europie nie ma takich miejsc, bo jedyne dwa miasta, które mogą konkurować z Bogotą jeśli chodzi o liczbę mieszkańców (7 milionów), Paryż i Londyn, są zdecydowanie zbyt ulizane, wysprzątane i wymuskane. Nie pomogą nawet mordobicia na przedmieściach, Bogotá i tak wygrywa w kategorii wszelkich miejskich potworności, bo fakt, że Kolumbia ma jedne z najwyższych w Ameryce Południowej nierówności społeczne (współczynnik Giniego 53.5, gorzej jest tylko w Boliwii) widać tu bardzo wyraźnie.

czipsy    plazabolivar

Zadziwiające jest, w jak świetnym humorze są Kolumbiczycy, jeśli popatrzymy, co się tutaj działo: najpierw wojna, potem światowa moda na twarde narkotyki, a potem jeszcze Plan Colombia, czyli amerykańska interwencja finansowo-wojskowa, tradycyjnie przynosząca więcej szkody niż pożytku. Dostawy kokainy specjalnie się nie zmniejszyły, za to kolumbijskie organizacje paramilitarne potrafiły wyrżnąć całą wioskę i przebrać ją w mundury lewicowych partyzantów, byle się wykazać (tzw. skandal „falsos positivos” z 2008 roku), a kampanie niszczenia upraw koki przy pomocy silnych herbicydów zatruły całe pokolenia. Czyli znowu chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle.

Połnocna Bogotá to ścieżki rowerowe, schludne osiedla i wypasione centra handlowe, gdzie bogatsi Kolumbijczycy (których nie brakuje) przyjeżdżają luksusowymi samochodami.  W południowej Bogocie, wyglądającej jak meksykański bazar po bombardowaniu, większość jej mieszkańców nigdy nie była, zresztą ja też, bo z moim ryjem prawdopodobnie lepiej się tam jednak nie pokazywać.

bw    batman

Większość gringos trzyma się zatem La Candelaria, czyli starego centrum miasta (małe domki, ogródki, kafejki, kocie łby), które jest zarazem centrum wszelkiej awangardy. Można tam kupić ciasteczka z koki, obejrzeć cudne muzeum prekolumbijskiego złota, zjeść wegański obiad, zrobić sobie tatuaż, albo cały dzień łazić i oglądać wymyślne graffiti, które jest dosłownie wszędzie. Ja konkretnie, w ramach doprowadzania się do ładu, udałam się do zakładu fryzjerskiego, gdzie lustro widzimy dopiero wtedy, jak jest już po wszystkim, a co środę możemy się zrobić na bóstwo za darmo, jeśli pozwolimy fryzjerowi na eksperymenty (możemy za to skończyć z darmowym różowym irokezem).

domki     callejonembudo

W dodatku jest zimno, wietrznie i wysoko (2600 m). Fajnie.

Więcej zdjęć tutaj.

Kolumbia: Minca, Palomino, Tayrona

Północne wybrzeże Kolumbii to obowiązkowy przystanek, chociaż nie wiedzieć czemu wszyscy walą do zakurzonego portu w Santa Marta i jeszcze bardziej zawalonej Tagangi. Kwestia gustu – ja wybrałam zielone wzgórza nieopodal (mniejszy upał, za to trza dyrdać z plecakiem pod górę), czyli Minca, gdzie można tanio rozbić namiot, napić się kawy, zjeść kawowe ciastko i wypić kawowe piwo, wykąpać się w lodowatym wodospadzie, skręcić sobie kostkę na wertepach i przez dwa dni leczyć bąble na nogach, bo się zachciało po górach chodzić.

Następnie, podążając za gromadą hipisów, warto udać się do Palomino, mimo że w zasadzie nic szczególnego w tej zapadłej wioszczynie nie ma (poza marihuaną na kilogramy i jej miłośnikami w dużych skretyniałych stadach na plaży), choćby po to, żeby spłynąć w dół rzeki w wielkiej oponie, podziwiając krajobrazy i szorując tyłkiem po dnie. Trwa to parę ładnych godzin, płyniemy w tempie leniwym i kontemplacyjnym, no i pod koniec mamy kompletnie zmrożone cztery litery, ale i tak jest to miła wycieczka, podczas której towarzyszą nam pełne politowania spojrzenia Indian z okolicznych wiosek.

Centralnym punktem programu musi być jednak Park Tayrona, czyli wielki kawał chronionej dżungli i dzikiej plaży, gdzie wszystkie zatoczki są śliczne do zerzygania, a małe, lokalne piekarenki sprzedają czekoladowe buły za dolara. Rozbijasz namiot na kempingu w środku lasu (zimna woda, sławojka, ognisko zamiast kuchenki) i od razu jesteś dwa stulecia do tyłu, a znaki ostrzegawcze nad jeziorkiem każą się trzymać na dystans, z uwagi na żarłoczne kajmany. Pewnie bym tam siedziała, fotografując małpy, nawet całkiem długo, ale niestety jestem człowiekiem doszczętnie zepsutym przez luksusy nowoczesności i jeśli przez trzy dni z rzędu nie jestem w stanie przeczytać gazety (bo w parku nie ma ani WIFI, ani zasięgu, ani w zasadzie prądu, chyba, że z generatora), zaczynam mieć w dupie palmy, kokosy, plaże i jaszczury, albowiem pragnę się dowiedzieć, czy reszta świata jest jeszcze na swoim miejscu.

Nie nadaję się zatem na pustelnika.

Teraz czas na Bogotę, gdzie dzięki niskim cenom w Viva Colombia (miejscowy Ryanair skłądający się z pierdolotów, ostatni wchodzący pasażer zamyka drzwi) będę inszallah już jutro.

Więcej zdjęć tutaj.

Kolumbia: Mompóx

Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód. Macondo było wówczas niewielką osadą – dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną, zbudowanych na brzegu rzeki, której przezroczyste wody bystro toczyły się po gładkich białych kamieniach koryta, wielkich jak jaja przedhistorycznych ptaków. Świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem.

Gabriel García Márquez, Sto lat samotności

ulica   magdalena

Mompóx, kolumbijskie miasteczko żywcem wyciągnięte z Márqueza, leży na małej wyspie na tak bezgranicznym zadupiu, że nawet zagranicznym turystom niespecjalnie chce się tu przyjeżdżać, bo oznacza to pięć lub sześć godzin jazdy przez wypalone słońcem pustkowie, łąki i rozlewiska, w dzikim upale. Kiedyś (krótko) był tu port na rzece Magdalenie, złoto i hiszpańscy kupcy, dzisiaj jest UNESCO World Heritage i trzy ulice białych, kolonialnych domów z okiennicami z kutego żelaza, drewniane drzwi z kołatkami, które pamiętają konkwistadorów, podwórka ocienione kilkusetletnimi tamaryndowcami, ciemne, przestronne wnętrza ze świętymi obrazami na ścianach, siedem kościołów, dwa klasztory, cmentarz, staruszkowie pijący kawę na placu pod Bolivarem i staruszki szydełkujące serwetki na skrzypiących, bujanych fotelach przed telewizorem.

kanarek   fotel

W dzień przyjezdni kupują filigranowe kolczyki w warsztatach przy głównej ulicy, biały ser z marmoladą i kanapki z karmelem na placu pod kościołem, fotografują stare skorupy w muzeum albo kolibry w podwórkowym ogrodzie botanicznym, ale o 18-ej wszystko zamiera i słychać tylko komary i jaskółki dookoła wieży kościoła, zamkniętego zresztą na cztery spusty.
Antonioni mógłby tu coś nakręcić.

nad rzeka    jaskolka

Więcej zdjęć tutaj.

Kolumbia: Laguna Encantada

Zadanie z matematyki rodem z Islas de Rosario:
Jeśli pięć osób jedzie nad Zaczarowaną Lagunę oglądać świecący plankton [zdjęcie nie moje] (dwadzieścia minut rowerami przez chaszcze), i weźmiemy pod uwagę, że
a) jest bezksiężycowa noc, godzina dwudziesta druga
b) tylko dwie osoby znają drogę,
c) trzy osoby całą drogę palą jointy, a jedna jest na gazie od dwóch dni
d) dwa rowery są doszczętnie rozklekotane,
e) a oświetlenie zapewniają wyłącznie latarki z telefonów komórkowych
Czy dotrą na miejscie? A jeśli tak, to w jakim składzie?

Tak to już jest, jak się mieszka w dyktaturze hipisów, rowerzystów i wegetarian (Cała wyspa pozdrawia Pana Ministra. Świecący plankton też). Niestety nie mogliśmy zapozować do pamiątkowego zdjęcia, albowiem warunkiem wizyty w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada) są kompletne ciemności, co akurat tutaj nie jest szczególnie trudne do osiągnięcia, z uwagi na to, że na całej wyspie mamy jakieś dwadzieścia żarówek i pięć kapryśnie działających generatorów. Ściągamy gatki, stajemy na pomoście w środku namorzynowego lasu nad małą, malowniczą zatoką i skaczemy na główkę do kompletnie czarnej wody, która momentalnie zaczyna wyglądać jak te kiczowate pamiątki ze sztucznym śniegiem w środku, który przy potrząśnięciu prószy na, dajmy na to, Jasną Górę albo Smoka Wawelskiego.
Płyniemy jak najdalej (cały czas w chmurze podwodnego światła), robimy piruety w wodzie i patrzymy, jak każda przepływająca ryba zostawia za sobą taki sam świecący ślad. Gwiazdy na górze, gwiazdy na dole. Cały czas głupio się szczerzymy, bośmy jeszcze nigdy w życiu czegoś takiego nie widzieli. No bo ile razy w życiu widzieliście świetlika? A dwa świetliki? Milion? Pod wodą?
Mimo Zaczarowanej Laguny i innych cudów na wyspie (polecam na przyszłość, gdyby ktoś zbłądził w te strony), zatęskniłam już za cywilizacją (woda w kranie, bankomat, lodziarnia, brak metrowej iguany za kanapą), więc wyruszam na kontynent pojutrze z rana, celem dalszego kręcenia się po Kolumbii przez najbliższe tygodnie.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Kolumbia: Islas del Rosario

W wiosce Orica nie ma: sieci elektrycznej, telewizorów, internetu, bieżącej wody, supermarketu, samochodów, motorów, gazet, pralek, kościoła (katolickiego), szkoły, piętrowych budynków, butów poza japonkami, lekarzy, kina, policji, straży pożarnej, urzędów, bankomatów, sołtysa, komputerów, fryzjera, apteki, klimatyzacji i ani jednej asfaltowej drogi.

Są: lasy namorzynowe, anakondy, iguany, dzikie plaże, kokosy, kury, świnie, przenośne generatory, trzy rodzaje tropikalnej gorączki, piątkowe dyskoteki, komary, trzy kościoły protestanckie, domki z drewna i blachy falistej, telefony komórkowe, budki z piwem i schabowymi, boiska do piłki nożnej, rybacy, prostytutki, dwa małe sklepy spożywcze i cotygodniowe walki kogutów jako główna forma masowej rozrywki.

Musiałam się tu przenieść z uwagi na zamieszanie w Casa Nativa Cartagena, uciekając przed nalotem straży granicznej (nie mam przecież, jak zwykle, pozwolenia na pracę, płatną czy nie) i w zasadzie bardzo dobrze się stało, bo nie ma lepszego miejsca, żeby przeczekać świąteczno-noworoczny pierdolnik.

Żeby tu dotrzeć, trzeba o ósmej trzydzieści pojechać na targ miejski (Bazurto) w Cartagena, znaleźć odpowiedniego przewoźnika, wytargować cenę i czekać cierpliwie, aż rozklekotana i koszmarnie przeładowana łódka się zapełni, podczas gdy pasażerowie przez dwie godziny podają sobie w tę i nazad worki z bananami i wierzgające kurczaki. Po godzinie jazdy dobijamy do rafy koralowej, której czubki tworzą Wyspy Różańcowe (Islas de Rosario – jest ich w sumie 29), z wioską Orica, Zaczarowaną Laguną (Laguna Encantada), wrakami hiszpańskich galeonów pod wodą i tym niedużym hostelem, gdzie od paru tygodni mieszkam i pracuję za miskę ryżu.

Względny kontakt z cywilizacją mamy wtedy, kiedy jest prąd i można naładować komórkę, ale nie ma mowy o wifi ani ekstrawagancjach w rodzaju lodówki, ciepłej wody albo klimatyzatora. Śpię pod moskitierą, jeżdżę na rowerze, wyganiam iguany ze śmietnika, pływam kajakiem, kąpię się w nocy w lagunie ze świecącym planktonem (o tym kiedy indziej), chodzę po lesie i patrzę, jak na plaży poluje rodzina pelikanów. Ale to nie „Ania z Zielonego Wzgórza” i, parafrazując znane powiedzenie, tu trzeba zasuwać: zatem wstaję jak tylko siadną generatory i od rana do popołudnia noszę skrzynki z piwem z łódki do spiżarni, ze spiżarni do lodówki i z lodówki do baru, worki z ryżem do kuchni, czyste pranie do magazynu i brudne talerze do zmywaka, jeżdżę do wioski po jajka, pomidory, ryby i cebulę, pilnuję, żeby nikt niczego nie zajumał ze spiżarni, żeby starczyło benzyny i srajtaśmy i żeby w lodówce był zapas zimnej coli i rumu. Z zaopatrzeniem jest trochę jak w dziewiętnastym wieku: prawie wszystko przywozi starszy pan w łódce raz na tydzień, i to tylko wtedy, kiedy jest dobra pogoda, ma kasę na benzynę i nie zapił poprzedniego dnia. Może się zdarzyć, że szczęście nie dopisało, i jemy kukurydzę z puszki, czekając aż szef przyjedzie z miasta i przywiezie gotówkę, za którą można kupić benzynę do generatora i jakieś konkretne jedzenie.

Szefem jest stary hipis, Juan Carlos zwany Huraganem, z uwagi na nieprawdopodobny talent do robienia bałaganu. Za barem stoi ze mną Stasiu z Argentyny, a w kuchni z kolei terroryzuje wszystkich jedyna kompetentna kucharka na wyspie, korpulentna murzynka, Doña Rosario (Checha), która kapitalnie gotuje kawę, kokosowy ryż, smażone platany, sałatki i sok z guayaby z cynamonem, ale i tak wszyscy się jej boją, bo codziennie rzuca chochlą i grozi, że odejdzie z pracy, kiedy tylko coś jej nie pasuje.

Mieszkanie tutaj to ciągła walka z naturą: panuje nieznośny upał i wilgoć, więc wszystko rdzewieje, zarasta i się rozpada, mrówki kradną cukier, gady rozgrzebują śmieci, gołębie srają na taras, pies kąpie się w basenie, prąd porywa łódkę, burza rozwala pomost, szczury wyżerają dziurę w szafie, a komary przenoszą malownicze choroby. Od czasu do czasu przyjeżdżają jacyś goście, ale tłumów nie ma, więc życie toczy się spokojnie, w rytmie starannie odliczanych skrzynek piwa, przypływów, odpływów i awarii prądu.

Także ten, tego. Zapraszam do mnie na Wyspy Rożańcowe. Więcej zdjęć będzie, jak nam z nieba spadnie modem albo chociaż karta SIM bez limitu.

Kolumbia: Cartagena de Indias

Ja wiem, że u was śnieg, deszcz, mróz, syf i mrok, ale nad Morzem Karaibskim grudzień oznacza zupełnie co innego: potworny upał i szczyt sezonu turystycznego. Hotele pełne, knajpy i burdele otwarte całą dobę, wszystkie prostytutki z Kolumbii zainwestowały w nowe szpilki i przyjechały przechadzać się pod murami, do cen na straganach dopisano standardowo jedno zero, a na ulicy co piętnaście minut ktoś oferuje mi kokainę, jakby to były, k*a, czekoladki. Dilerzy są na tyle sprytni, że najczęściej po prostu podchodzą i pytają „Zielone czy białe?” i łatwo wywnioskować, że nie sprzedają kolorowych majtek.

Z uwagi na zaistniałą sytuację postanowiłam na chwilę przysiąść i przeczekać ten młyn, zainstalowawszy się w hostelu w charakterze wolontariusza. Po paru dniach szefostwo postanowiło, że jednak poza wyrem i miską ryżu dostanę również dniówkę, więc tym sposobem zostałam sezonową recepcjonistką, jak zwykle, rzecz jasna, na nielegalu. Muszę przyznać, że mimo, że zarabiam tyle, co indonezyjskie dzieci w fabryce adidasów (taki kraj), to jest to praca niezwykle przyjemna i satysfakcjonująca, i to wcale nie dlatego, że przez pół dnia siedzę na Fejsie, a drugie pół na Polskie Radio Historia. Ponieważ hostel prowadzony jest przez starego hipisa, mogę na przykład wpisywać w firmową księgowość (na wyraźne życzenie dyrekcji) takie pozycje jak „Juan Carlos – marihuana na grudzień” albo „cztery butelki aguardiente na weekend”. Dodatkowo mieszkamy w starym, kolonialnym domu, gdzie podobno kiedyś straszyło (ja tam żadnego ducha nie złapałam za giezło), i gdzie w kółko trzeba zganiać jaszczurki z biurka (wczoraj jedna wlazła mi do szklanki).

Kiedy już wszyscy dostaną swoje kołderki i ręczniki, a łazienka jest wysprzątana, mogę iść na miasto, przejść się po murach obronnych albo kupić sobie mojito z ulicznego straganu. Tuż za rogiem García Márquez pisał „Generała w labiryncie”, obok mieszkał Simón Bolívar, dalej ciągną się kościoły, klasztory, wille, ogrody i port, z którego wypłynęło do Hiszpanii całe złoto Nowego Świata. Cartagena ma ponad milion mieszkańców (prawdopodobnie dlatego plaża jest tu jednak dość paskudna), ale stare miasto zachowało się idealnie i wygląda jak mała Sewilla – kolorowe domy, podwórka z fontannami, bougainwille, gołębie, bluszcz i mosiężne kołatki na szesnastowiecznych drzwiach.

Jest tak potwornie gorąco i parno, że coraz trudniej mi zrozumieć, jak Kolumbijki wytrzymują cały dzień w obcisłych dżinsach, na obcasach i w różowych bluzeczkach ze sztucznego włókna, w których upychają te swoje gigantyczne biusty. Ja noszę same bawełniane worki na kartofle, a i tak po dwudziestu minutach na ulicy mam wrażenie, że są one zrobione z gumy i rozgrzanego metalu. Wszystko się tutaj lepi, zaparowuje, obrasta grzybem i smakuje solą. Ludzie całymi nocami siedzą na skwerach, jedzą, piją i łażą od imprezy do imprezy, a salsa bary pękają w szwach. Trudno nie lubić tego kraju.

Więcej zdjęć tutaj.

Kolumbia: Medellín

Witamy w drugim najbardziej biologicznie zróżnicowanym kraju świata, ojczyźnie Shakiry, Gabriela Garcíi Márqueza, chirurgii plastycznej i białego proszku. Mimo, że od siedemdziesięciu lat trwa tu regularna wojna między rządem, prawicowymi bojówkami, lewicowymi partyzantkami (słynne FARC to tylko jedna z nich), kartelami narkotykowymi i różnymi innymi paramilitarnymi organizacjami (sojusze są dość płynne, każdy każdego zdradza, wszyscy mają sporo za uszami i trudno komukolwiek kibicować), jest to ponoć jeden z najszczęśliwszych miejsc na Ziemi – rzeczywiście, nawet w dawnej stolicy morderstw, Medellín, nie widziałam jeszcze nikogo nabzdyczonego.

Zaczęło się od zabójstwa liberalnego kandydata na prezydenta (Jorge Eliécer Gaitán, 1948), po którym przez kilkadziesiąt lat kolumbijska wojna była typową, zimnowojenną nawalanką: lewicowi partyzanci w dżungli kontra wojsko i prawicowe bojówki sponsorowane przez USA. Ale w latach osiemdziesiątych, kiedy kokaina stała się drugim najpopularniejszym narkotykiem świata, a kartele takie ten z Medellín zaczęły zarabiać nawet pół miliarda dolarów tygodniowo, nagle wszystkie strony konfliktu miały jeszcze więcej kasy, jeszcze lepszą broń i jeszcze bardziej brutalną fantazję, więc do tej pory zginęło tu ponad 220 tysięcy ludzi, a pięć milionów musiało uciekać (przed partyzantami, przed paramilitares, przed wojskiem). Obecnie kartele nieco spuściły z tonu, FARC (partyzantka numer jeden) negocjuje z kolumbijskim rządem w Hawanie, a brutalna polityka byłego prezydenta Álvaro Uribe spowodowała, że rzeczywiście zrobiło się o wiele bezpieczniej, niemal w całym kraju. I nawet w Medellín, gdzie kiedyś było jak w Bagdadzie, nie ma się już czego bać.

 

comuna    lachon

 

Strasznie mi się podoba w tej byłej mordowni, może dlatego, że jest tu trochę jak w Łodzi. Duże, przemysłowe, nowoczesne miasto, gdzie trzeba czasami uważać, dokąd się chodzi i trudno powiedzieć, żeby na ulicy było ładnie, bo wszędzie jest chociaż trochę syfu, żebyśmy się przypadkiem zbytnio nie zrelaksowali. Umówmy się: Medellin jest piękne (zwłaszcza w nocy, z wysokości gór nad miastem), ale to gigantyczny, robotniczy koszmar z czerwonej cegły, z eleganckimi butikami i modnymi klubami tuż obok piętrowych slumsów. W samym centrum sprzedają plastikowe majtki i egzotyczne pornole na płytach DVD pod samą katedrą (na jednej półce, obok kalendarzy z papieżem i pluszowych reniferów), pod drugim kościołem wszystkie miejskie córy Koryntu mają swoją centralę, a w parku pod Bolivarem wytatuowani kolesie popalają crack, jakby to były mentolowe Vogue’i.

 

kapliczka    comuna2

 

Jednocześnie ludzie są hipermili (zostałam odwieziona z lotniska, w środku nocy, pod sam hostel, przez dwie przypadkowe współpasażerki) i wykazują szczerą, nieskrępowaną radość na widok cudzoziemców. Zwyczajnie się cieszą, że ktoś przyjeżdża oglądać ich jądro ciemności, bo dla nich samych to znak, że miasto naprawdę odżyło i wreszcie da się tu żyć. Rzeczywiście, da się, nawet w dawnych slumsach na wzgórzach, gdzie wybudowano kolejki linowe (w Santo Domingo) i ruchome schody (w Comuna 13), oraz hipernowoczesne, szybkie i wygodne metro, dzięki czemu każdy może łatwo i tanio dojechać do pracy. W metrze nikt nie śmieci, nie syfi, nie wydrapuje idiotyzmów na szybach – właśnie dlatego, że wszyscy są niesamowicie dumni z tego symbolu dobrobytu, w mieście, gdzie jeszcze dwadzieścia lat temu spieprzało się co sił w nogach na widok policjanta, bo Pablo Escobar (miejscowi nawet nie wymawiają jego nazwiska, mówią „słynny kryminalista”) płacił 1000 dolarów za głowę każdego z nich, i nikt nie chciał być przypadkową ofiarą (a były ich setki).

 

slum     matka

 

Wracając do spraw weselszych: Medellín ze stolicy morderstw zamienił się w stolicę chirurgii plastycznej. W lepszych dzielnicach co kawałek stoją kliniki, z których wyjdziemy wyglądając jak Krzysztof Ibisz. Ponieważ dzięki opcji płatności na raty niemal każdy może sobie pozwolić na chirurga, mam wrażenie, że jestem jedyną babą w mieście, która nosi jeszcze swoje własne cycki. Za to jeśli jesteśmy już kompletnie spłukani, pozostaje opcja awaryjna, czyli majtki z poduszką (coby mieć większe cztery litery), oraz gorsety w kolorze cielistym, które gwarantują, że będziemy mieli talię osy i lekko wytrzeszczone oczy. Dopóki się nie rozbierzemy, wyglądamy olśniewająco, ale istnieje niebezpieczeństwo, że pewnego dnia zakrztusimy się naszą własną śledzioną.

Pierdolca na punkcie estetyki mają również faceci, co świetnie widać na Tinderze, gdzie dominują wybielone zęby, liposukcja, Maybachy, ciemne okulary, buldogi i baseny, czasem nawet na jednym zdjęciu (Juan Antonio, lat 28, rezydencja z ogrodem, zdjęcie w basenie z drinkiem z palemką do kompletu (buldog na brzegu), pracuje „w handlu”).

 

cycki   com

 

A teraz jadę na północ, podziwiać kolonialną architekturę w Cartagena, gdzie dotrę po długiej i upierdliwej podróży autobusem. Ponieważ w moim obecnym hostelu pracują Argentyńczycy, podróż będzie jeszcze dłuższa, bo właśnie wypiłam tyle mate, że nie zasnę do środy.

Tutaj sobie możecie popatrzeć na Medellin.