Panama: dokąd, jak, za ile.

Jeśli przeraża nas kostarykańska drożyzna, a mamy ochotę na odrobinę luksusu, Panama powinna nas usatysfakcjonować. Co prawda kolonialnej architektury tu nie zaznamy (poza jedną marną dzielnicą w Panama City), podobnie jak przepysznej latynoskiej kuchni, ale dżungli, gór i plaż jak najbardziej.

Transport: Autobusy są całkiem niedrogie, za to – uwaga – wymrożone do granic możliwości. Na całonocne podróże autobusem ubieramy się jak na narty do Norwegii, a najlepiej zawijamy w śpiwór, bo kierowcy nie znają umiaru, jeśli chodzi o klimatyzację. Uwaga: przy wjeździe do Panamy zazwyczaj wymagane jest okazanie biletu na dalszą podróż, więc jeśli nie chcemy mieć nieprzyjemności, dla świętego spokoju pobawmy się jakimś starym PDFem z biletem lotniczym, zmieniając daty i miasta. Przykładowe ceny: Boquete – David: 1.75 USD, Almirante – Bocas (łódka): 4 USD, David – Panama City: 15 USD, Changuinola – Panama City: 28 USD. Jeśli chcemy się dostać do Kolumbii, trudno będzie to zrobić drogą lądową, z uwagi na Darien Gap, czyli nieprzebytą dżunglę wzdłuż granicy. Do wyboru mamy samolot (Viva Colombia, Air Panama, ceny od 50 do 100 USD w jedną stronę) lub hiperdrogie rejsy żaglówką (zazwyczaj do Cartageny lub Capurgana), w cenie od 350 do nawet 650 USD (w sezonie), połączone ze zwiedzaniem archipelagu San Blas (cudne, ale mnie na takie gringady obecnie nie stać).

Spanie: Jeśli jesteśmy w stanie znieść wieloosobowe pokoje w hostelach, zapłacimy od 10 do 15 USD za łóżko, często razem ze śniadaniem. Polecam: Hostal Mamallena w Boquete, Hostel Heike na Isla Colón, Hostal Bastimentos na Isla Bastimentos i uroczy Luna’s Castle w Panama City.

Jedzenie: Jak dla mnie, Panama to kulinarna pustynia. Mięsożercy dostaną dość przeciętne, ale jadalne międzynarodowe jedzenie, a mnie pozostaje tylko fasola z ryżem, i to niezbyt tania. Za posiłek w najtańszej restauracji zapłacimy 5-6 USD, na Bocas del Toro (zwłaszcza Bastimentos) trochę taniej, jeśli trochę poszukamy i jesteśmy przygotowani na jednodaniowe menu.

Chlanie: Wybór jest spory, ale jakość taka, jak w całym regionie, czyli bez rewelacji.

Zwiedzanie i na góry włażenie: Panamskie atrakcje to przede wszystkim dzika przyroda, ale ceny są dość przystepne. Za dojazd pod wulakn Baru zapłacimy z Boquete 10 USD, za wycieczkę po co ładniejszych plażach na Bocas del Toro: od 20 do 30 USD.

Płacenie: W Panamie płacimy dolarami, ale w obiegu są również „Balboas”, czyli „lokalne” dolary. 1 balboa = 1 USD. Bankomaty są, ale kartami zapłacimy tylko w większych hotelach i sklepach.

Chorowanie: Raczej bezpiecznie, ale od czasu do czasu jest szansa na epidemię dengi albo i chikungunya. Tradycyjnie opędzamy się od komarów.

Kiedy jechać: W Panamie cały rok jest podobna pogoda, chociaż w listopadzie (dla przykładu) w Panama City lało tak straszliwie, i dzień w dzień, że ledwo dało się wyjść na ulicę, a samolot do Kolumbii odleciał z grubym opóźnieniem.

Panama City

Po 75 dniach w siedmiu różnych krajach, czas na ostatni przystanek w środkowoamerykańskiej części gringo trail: dość paskudne, ale nieprawdopodobnie popularne zbiorowisko wieżowców i hamburgerowni nad Kanałem Panamskim, czyli Panama City. Jest tu co prawda kawałek odrestaurowanego starego miasta, bardzo przyzwoite metro, kilka parków i promenada, gdzie młodzi i piękni obcokrajowcy uprawiają poranny jogging, ale w centrum znajdziemy tylko banki, paskudne centra handlowe i wysokościowce z hiperdrogimi hotelami, wszystko w kompletnym architektonicznym chaosie i estetyce brzydkiej, amerykańskiej metropolii. Ale to mimo wszystko Ameryka Środkowa w wersji light i na bogato, zatem pełno tu turystów.

le hable    kantyna

Dziś to bardzo spokojny, wręcz nudnawy kraj, ale nie zawsze tak było. Od kiedy istnieje Kanał Panamski (80 km, 25 tysięcy ofiar – wszystkich wykończyły malaria i żółta febra), USA tutaj majstruje, z lepszym lub gorszym skutkiem, co w połączeniu z kolumbijskimi kartelami narkotykowymi bez wątpienia stanowi receptę na bardzo ciekawe czasy. Od lat 60-tych była tu dyktatura wojskowa, zgodnie z regionalną modą. Pierwszy dyktator, Omar Torrijos, zginął w dosyć podejrzanej katastrofie lotniczej w 1981 roku, drugi – Manuel Noriega, odsiaduje obecnie w panamskim więzieniu jeden ze swoich niezliczonych wyroków (handel narkotykami, pranie brudnych pieniędzy, morderstwa polityczne, do wyboru, do koloru). Nie wiem, czy pamiętacie ten epizod, ale to właśnie Noriega, długoletni współpracownik CIA, został wykopany z Panamy w 1989 roku podczas amerykańskiej inwazji, po tym jak zaangażował się w niezwykle owocną współpracę z kartelem z Medellin. To właśnie wtedy Amerykanie próbowali go wykurzyć z nuncjatury apostolskiej w Panama City przy pomocy puszczanego na cały regulator Van Halen (co się wreszcie ostatecznie udało – po krótkich negocjacjach trafił za kratki w USA).

okno    chlopak

Rozważywszy wszystkie możliwe opcje, doszłam do wniosku, że najtaniej i najprościej będzie dostać się do Kolumbii przy pomocy Air Panama. Prom zlikwidowano, żaglówki do Cartageny może i są fajne, ale kosztują kilkaset dolarów, a na piechotę przez Darién Gap raczej się nie wybiorę, bo nie jestem Pawlikowską i mam bardzo tanie ubezpieczenie. Zatem do zobaczenia w dawnej kokainowej stolicy świata.

skyline    okna

Więcej zdjęć tutaj.

Panama: Bocas del Toro

W Panamie też jest kawałek raju: archipelag Bocas del Toro, czyli dziewięć wysp, dwa miasteczka i Morze Karaibskie pośrodku. Całość do złudzenia przypomina Belize: płacimy dolarami [✓], są kolorowe, rachityczne domki z drewna nad zatoką [✓], palmy kokosowe i bananowce (w porcie pływają wielkie transportowe statki z napisem „Chiquita”) [✓], miejscowi noszą dredy i komunikują się po kreolsku (lokalna odmiana: guari-guari) [✓], w wodzie pływają rekiny rafowe [✓], wszędzie wisi gęba Bob Marleya, ewentualnie Che Guevary, najczęściej jedna i druga [✓], ananasy są tanie i nieprzyzwoicie smaczne[✓], bez przerwy ktoś próbuje mi sprzedać zioło [✓].

plazapanama    krab

Lubię takie miejsca – tutaj wszystko trochę zwalnia, nikt się nigdzie specjalnie nie spieszy, można sobie usiąść i patrzeć na codzienność, zupełnie bez poczucia winy, że dokądś akurat nie zachrzaniamy. Zresztą jest tak gorąco, że nawet pójście do sklepu po zimne piwo to wycieczka (bo błoto, bo schody, bo słońce), nie mówiąc już o pływaniu kajakiem z wyspy do wyspy (na które się akurat dałam namówić, ale tylko do południa). Po Isla Colón jeżdżą jeszcze jakieś samochody, ale na Isla Bastimentos (gdzie spędziłam większość czasu – głównie na hamaku na tarasie) ledwo co widać nawet rowery. Old Bank (główna wiocha) to jakieś trzydzieści drewnianych ruder nad zatoką, dwa sklepy, szkoła, smażalnia ryb, komisariat i port – dookoła dżungla i kompletnie zarośnięte, błotniste ścieżki, którymi można dojść na jedną czy drugą plażę. Miejscowi przesiadują wieczorem na pomostach, palą to i owo, słuchają muzyki, jedzą smażone banany.

plaza    palma

No i wszędzie oczywiście pełno europejskich hipisów, którzy wykupili co fajniejsze kawałki lądu, żeby na nich uprawiać organiczne kakaowce i sprzedawać olej kokosowy, paciorki i wegańskie jedzenie. Podobnie backpackersi, którzy przyjechali na dwa dni, a leżą na hamaku już trzeci miesiąc, bo nie widzą powodu, żeby dokądkolwiek stąd jechać. Zupełnie im się nie dziwię – na Bocas del Toro wieści z reszty świata docierają jakby później, wszyscy są lekko niedomyci, obdarci i rozleniwieni, i nikomu nie przeszkadzają ani komary, ani jaszczurki, ani nawet okazjonalny brak prądu po nawałnicy.

woda    banco

Za to kiedy tylko rozeszło się po hostelu, że ja z Polski, panie sprzątaczki od razu mnie zaprowadziły do świętego przybytku, żebym poznała Padre José (po naszemu: Ksiądz Józek), który nie tylko zaprosił mnie na kolację (razem z Piotrem z OnTheBike, który niebawem będzie jechał rowerem przez Darién – proszę kibicować), ale również poczęstował piwem i pogawędką (Bóg zapłać!).

Następny przystanek: Panama City.

Więcej zdjęć tutaj.

Panama: Boquete i Volcán Barú

Opuściwszy środkowoamerykańskie królestwo drożyzny zwane Kostaryką, wylądowałam w Panamie, gdzie nawet nie zdążyłam porządnie się rozejrzeć po wiosce (Boquete: góry, deszcz, zimno), a już się dałam namówić na zachrzanianie pod górę z plecakiem, po ciemku i po kolanach w błocie. Zawsze miałam dwóję z wuefu, od dziecka szczerze nienawidzę wszelkich fitnessów, joggingów, gimnastyk i w ogóle wstawania z kanapy, a galopującej nadwagi nie mam chyba tylko dlatego, że jestem trawożercą i od czasu do czasu wchodzę na matę do jogi. Mimo to, przy każdej podróży daję się wmanewrować w trekkingi, po których przysięgam sobie, że to już naprawdę ostatni raz.

chmury    chmury2

Żeby wleźć na wulkan Barú, najwyższy szczyt w Panamie, musimy pokonać 13,5 km błota i kamorów, w gęstym lesie, gramoląc się po ścieżce zdecydowanie zbyt stromej, żeby była z tego jakakolwiek frajda (chociaż rozgwieżdżone niebo widać przepięknie, jeśli mamy szczęście i akurat nie leje). Normalnym ludziom marsz na górę z latarką zajmuje mniej więcej 4-5 godzin, ale ponieważ moje cztery litery zostały wykonane z mosiądzu, a pod górę poruszam się z prędkością dryfującego kontynentu, na szczyt (ok 3500 m) wlazłam tuż przed świtem, wyruszywszy równo o północy. Teoretycznie powinno być stamtąd widać oba oceany na raz. W praktyce, kiedy już przejdziemy przez wszystkie wygasłe kratery, strumyczki, krzaki, chynchy i ośle łączki oraz miniemy posterunek policji na szczycie, możemy się pogapić na chmury i na okoliczne miasteczka, bo ja tam żadnego oceanu nie widziałam (ale podobno, jeśli się trochę postoi na górze, są na to szanse). Dodatkowo jedna z uczestniczek wycieczki dostała ostrej choroby wysokościowej, więc trzeba było szybko organizować ratowników (dwóch kolesi na quadzie) i szybko zasuwać na dół.

Dopiero przy zejściu było widać, jaka to jest piękna trasa (mchy, porosty, liany, orchidee, wszystko w gęstej mgle), ale nikomu specjalnie nie chciało się pochylać nad kwiatkami. Niektórzy nawet stwierdzili, że nie dadzą rady zejść, i będą musieli sobie w związku z tym ułożyć życie w którymś z kraterów. Ja z kolei całą drogę na dół zastanawiałam się jak to możliwe, że przelazłam całe te kilometry błota pod górkę, próbując sobie jednocześnie przypomnieć, po jaką cholerę mi to było, a przez kolejne dwa dni nie byłam w stanie ruszyć się z krzesła bez stękania, rzężenia i przeklinania. Cztery wulkany chyba jednak starczą.

kwiatek    sciezka

Miasteczka w Panamie nie są szczególnie zachwycające (centra handlowe, fast foody, różnego rodzaju architektoniczne gargamele – jak jedno, wielkie, zaśmiecone przedmieście w jakimś prowincjonalnym, jankeskim miasteczku) i nie ma tu nic ciekawego do jedzenia (stąd zastój w sekcji kulinarnej), więc od czterech dni siedzę w karaibskiej wiosce, czekając na samolot do Kolumbii. Ale o tym jutro.

A jeśli kiedyś zachce wam się wspinać na panamskie wulkany, zabierzcie ze sobą wiadro Red Bulli.

Więcej zdjęć tutaj.