Kostaryka: Ameryka Środkowa light

Jeśli dysponujemy sporym zasobem gotówki, naszym rodzicom lub dziadkom marzą się środkowoamerykańskie wakacje, a boimy się ich wysłać w miejsca, gdzie jeździ się po wybojach, miasta obrastają slumsami i łatwo o zatrucie pokarmowe, to Kostaryka jest idealnym miejscem na spuszczenie wysokiej emerytury (co zresztą gromadnie robią amerykańscy i niemieccy turyści). Wybierając się do Kostaryki, dostaniemy Amerykę Środkową może bez malowniczej kolonialnej architektury, ale za to z nienagannie funkcjnującymi szpitalami, supermarketami zaopatrzonymi jak w USA i cenami prosto z Niemiec. To nie jest kraj dla backpackerów – zwłaszcza, jeśli planujemy odwiedzić jeszcze kilka miejsc w regionie, prawdopodobnie szybko się zorientujemy, że w Kostaryce wydamy w dwa dni tyle, co w Nikaragui lub Salwadorze w tydzień, a cały czas będziemy się zastanawiać, co takiego drogiego sobie zafundowaliśmy, poza kanapką z serem na dworcu.

Transport: Autobusy jeżdżą punktualnie i kosztują sporo, ale, o dziwo, przeważnie nie posiadają klimatyzacji. W San José nie ma, niestety, centralnego terminalu: trzeba zawczasu się dowiedzieć u kogoś miejscowego, skąd odjeżdża autobus w miejsce, które nas interesuje. Terminale są małe i wygodne, ale rozproszone absolutnie po całym mieście. Przykładowe ceny:  San José – Quepos (Manuel Antonio): 9 USD, San José – Paso Canoas (granica z Nikaraguą): 7 USD. Uwaga: przy wjeździe do Kostaryki niezwykle często wymagane jest okazanie biletu nawet nie na dalszą podróż (np. do Panamy), tylko powrotnego do Polski lub Europy. Nikt nie weryfikuje autentyczności okazywanych biletów, więc jeśli jesteśmy w Kostaryce przejazdem, dla świętego spokoju pobawmy się jakimś starym PDFem, zmieniając daty i miasta tak, żeby się zgadzało. W przeciwnym razie celnik może nas zmusić do kupienia takiego biletu na granicy.

Spanie: Przewidywalnie drogo. Znalezienie czegokolwiek poniżej 10-15 USD za osobę i noc jest zasadniczo niemożliwe, a nawet wtedy mamy do dyspozycji wyłącznie piętrowe łóżko w wieloosobowym pokoju, rzecz jasna bez śniadania. W San José bardzo popularny jest tani hostel Casa Del Parque, gdzie za takie właśnie łóżko zapłacimy od 8 do 13 USD w zależności od sezonu (ja nie zrobiłam rezerwacji i wylądowałam na kanapie w salonie, za co zapłaciłam 5 USD), za to w Manuel Antonio polecam hostel Vista Serena, gdzie łóżko kosztuje 11 USD, ale mamy piękny taras z hamakami i widokiem na ocean.

Jedzenie: Również mamy do czyniena z cenami na poziomie europejskim, co zmusza nas (a przynajmniej mnie zmusiło) do całkowitego zaprzestania korzystania z restauracji, nawet tych najtańszych, bo również w nich za regionalne śniadanie albo casado (trochę ryżu z fasolą i jajko sadzone) zapłacimy 5-7 USD. W supermarketach też jest drogo, ale przynajmniej można gotować na zapas. Najbardziej zdesperowani backpackerzy wybierają opcję „szkorbut”: przez cały pobyt w Kostaryce odżywiają się wyłącznie ciasteczkami firmy Quaker’s, które kosztują tylko kilkadziesiąt centów za paczkę.

Chlanie: Piwo (Pilsen) kosztuje ok 2 USD za puszkę i jest raczej szczynowate (IMHO). Drinki: 5-7 USD.

Zwiedzanie i zwierząt tropienie: Kostaryka słynie z doskonale utrzymanych, świetnie prowadzonych i rygorystycznie chronionych parków narodowych, zarówno państwowych, jak i prywatnych. Setki unikalnych gatunków zwierząt, piękne krajobrazy, dzika dżungla, pumy i jaguary – niestety, tylko dla bogatych. Wiele parków narodowych wymaga wykupienia biletów wstępu ze sporym wyprzedzeniem, płaci się przelewem i czeka na swoją kolej. Z tego względu, większość wybiera biura podróży, które wszystkie formalności mają już załatwione, ale kosztuje to odpowiednio więcej. Na przykład, dwudniowy pobyt w słynnym parku Corcovado z przewodnikiem (bez przewodnika wejść na teren parku nie wolno), jeśli znajdziemy się w sporej grupie, będzie nas kosztował około 150 USD. Stosunkowo tania opcja to koszmarnie oblegany park Manuel Antonio, gdzie zapłacimy tylko 16 USD za wejście (za przewodnika płacimy oddzielnie), co i tak jest sporą sumą, jeśli weźmiemy pod uwagę regionalne standardy.

Płacenie: W Kostaryce płacimy Colonami (CRC), ale dolary są w powszechnym obiegu. 1 USD = ok 500 CRC. Bankomaty są, i nawet nie pobierają prowizji.

Chorowanie: Raczej nic nam nie będzie, bo w Kostaryce jest zadziwiająco czysto, ale od czasu do czasu przewija się tu epidemia dengi i chikungunya. Uważamy na komary.

Kiedy jechać: Jeśli chcemy, żeby było chociaż trochę taniej, jedziemy wiosną lub jesienią i modlimy się, żeby nie lało.

 

Kostaryka: San José i Manuel Antonio

Kiedy tylko zobaczyłam, że miejsca w autobusie są ponumerowane, bagaż oznakowany, przy drodze nie biegają żadne prosiaki, a krowy stoją grzecznie za płotkiem, przeżuwając idealnie zieloną trawę, to już wiedziałam, że jestem w dupie, a raczej w Niemczech (wersja środkowoamerykańska), i zaraz dostanę z buta po kieszeni. Dodatkowo przy wjeździe musiałam okazać środki finansowe i bilet powrotny – na tę okoliczność byłam akurat przygotowana: ten sam lewy bilet Iberii do Madrytu ze zmienionymi datami i danymi pokazują celnikom chyba wszyscy backpackersi i nie wiem, jak to możliwe, że na przejściu granicznym jeszcze nie skumali, że to zupełna ściema.

Kostaryka to taka Ameryka Łacińska w wersji light, bez cukru, edycja limitowana. Poszczęściło im się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat i w kółko wygrywają te wszystkie oenzetowskie rankingi na „najszczęśliwszy naród świata”, bo nie dość, że mają dwa obstawione kurortami wybrzeża (Pacyfik i Karaiby), jedno z najwyższych HDI w Ameryce Łacińskiej, zakaz polowań (Można? Można.) i 25% powierzchni kraju zajętej przez parki narodowe, to jeszcze do tego bezrobocie jest jednocyfrowe, a co roku przyjeżdżają tutaj ponad dwa miliony nadzianych turystów.

plaza    zachodp

W związku z powyższym, panuje tutaj niewyobrażalna drożyzna. Wszystko przez amerykańskich i niemieckich emerytów, którzy przyjeżdżają tu oglądać leniwce i smażyć się na plaży. Niestety są oni gotowi zapłacić 50 dolarów za byle gówno, przez co ja teraz też muszę, a wcale nie mam zamiaru. Jest tu rzeczywiście bardzo pięknie, ale żeby móc się tym nacieszyć, trzeba chyba tarzać się w gotówce. Nie ma, że sobie idę do parku narodowego, płacę dolara cieciowi i nikogo nie obchodzi, czy coś mnie tam aby nie zeżre (tak jak w Nikaragui). Tutaj trzeba zadzwonić z dużym wyprzedzeniem, zarezerwować, wysłać to i tamto, zrobić przelew na trzycyfrową sumę, a potem czekać na swoją kolej na wycieczkę z przewodnikiem, podczas której nawet twarde wyro w schronisku będzie za stówę. Ja rozumiem, że to nie Arturówek, że tu są węże (takie nowe, ulepszone. Nie dość, że nie spieprzają, to jeszcze potrafią cię gonić po lesie. Super, prawda?), pumy, jaguary i inne cuda, ale dzięki temu trzy dni w Corcovado (jeden z najważniejszych parków narodowych na świecie) kosztują tyle, co bilet z Warszawy do Meksyku.

Zatem dupa. Wycieczka po Kostaryce będzie ekspresowa.

malpa1   malpy3

Najpierw San José, czyli chyba najdziwniejsza stolica w regionie. Wszystko parterowe, zagrodzone i zabetonowane (wszędzie ten nieśmiertelny drut kolczasty, przez co każda chałupa wygląda jak więzienie), ale SUV-y błyszczą się na każdym rogu, podobnie jak amerykańskie fastfoodownie i supermarkety. Żadne tam stoiska z warzywami, nikt nie sprzedaje jedzenia na ulicy, nie ma czegoś takiego jak babcia z pierogami na targu, a woda w kranie nadaje się do picia. Mimo pozornego dobrobytu jest tu jednak dość paskudnie i jakby pustawo.

Było kilka pomysłów na leśno-wulkaniczne wycieczki, ale uznałam, że lepiej to wszystko wykonać w Panamie, gdzie panuje mimo wszystko trochę mniejsza Szwajcaria. Stanęło na jednym parku narodowym – małym, ślicznym, plażowym, względnie niedrogim, nadającym się do ogarnięcia w dwa dni. Tym sposobem znalazłam się w Manuel Antonio, gdzie można zoczyć leniwce, małpy we wszystkich dostępnych wersjach (wyjce, kapucynki), szopy (uwaga: grzebią skurwiele w plecakach bez grama wstydu), papugi, kolibry i miniaturowe kraby na plaży z turkusową wodą.  W parku są poza tym oznakowane ścieżki, prysznice (!), kraniki z wodą pitną, tablice informacyjne i cały zestaw bankomatów przy bramie. Jak mówią miejscowi: pura vida.

szopy     plaza2

Więcej zdjęć tutaj. Widzimy się w Panamie.