Kolumbia dla backpackerów, czyli ile będą cię kosztowały wakacje twojego życia

Kiedyś było to jedno z najbardziej niebezpiecznych państw na świecie. Nie dość, że wojna, narkotyki, wojny gangów, Pablo Escobar, kryzys gospodarczy, to jeszcze zamachy i porwania. Nie ma po tym śladu. Dziś wycieczka do Kolumbii, chociaż ten kraj dalej boryka się z niemałymi problemami, jest bezpieczniejsza niż wieczorny spacer po Piotrkowskiej. Poza tym jest tam cudownie, ludzie są weseli i wyluzowani, ceny przystępne i jedzenie smaczne. Nie bez powodu sterczałam tam trzy bite miesiące, i właściwie mogłabym nigdy nie wyjeżdżać, a wrócę na pewno, i to szybko. Polecam gorąco – przestańcie okupować te upiorne tureckie kurorty, nauczcie się podstaw hiszpańskiego i lećcie do Kolumbii, zanim reszta świata się zorientuje, jakie to fajne (można tanio, np. Condorem).

Transport: O dziwo ten międzymiastowy nie należy do najtańszych, i znowu kierowcy autobusów wykazują zamiłowanie do krioterapii przy pomocy klimy. Wszędzie jedzie się długo, bo kraj wielki i górzysty, za to linie są luksusowe i punktualne. Ceny europejskie: za 20-godzinną podróż z Barranquilla do Bogoty zapłacimy aż 120 000 COP, więc na dużych dystansach warto rozważyć tanie linie lotnicze Viva Colombia – lot jest często sporo tańszy niż autobus). Krótkie dystanse są obsługiwane przez małe, lokalne firmy transportowe, więc ceny są o wiele niższe (np. za bilet z Salento do Filandia zapłacimy ok 3000 COP). Przykładowe ceny (autobus): Medellin – Cartagena: 85 000 COP, Cartagena – Barranquilla: 10 000 COP, Bogota – Cali: 55 0000 COP.

Spanie: Najwyższe ceny odnotujemy w szczycie sezonu (listopad – styczeń), zwłaszcza w Cartagena, gdzie hostele potrafią nawet podwajać opłaty za nocleg. Standardowo, za łóżko zapłacimy od 25000 do 35000 COP, często razem ze śniadaniem. Baza hostelowa jest świetnie rozwinięta. Polecam: Bamboo Glamping House w Medellin, Casa Nativa w Cartagena,  La Casa del Viajero w Mompox, Casa Loma w Minca (mogłabym tam zamieszkać), La Casa de Felipe w Taganga, Musicology Hostel w Bogocie, Hostal Colina de Lluvia w Filandia, Park Life Hostel w Popayan.

Jedzenie: Lokalna kuchnia jest bardzo bogata i tania – można się spokojnie wyżywić na ulicy za bardzo skromną sumę. Arepas de choclo kosztują od 1000 do 2000 COP, a obiad w dobrej restauracji zjemy nawet za 8000 – 15 000 COP. Jeśli zawitacie do Filandia, koniecznie (koniecznie!) idźcie do restauracji Helena Adentro (jest trochę droga, ale nigdy nie jadłam czegoś tak smacznego), a w Bogocie do Quinua y Amaranto oraz Restaurante Nativo (pyszne, wielkie menú del día za 8000 COP). W Medellín polecam Verdeo.

Chlanie: Miejscowi są niezmiernie rozrywkowi, więc nie zabraknie nam okazji do wypicia zimnej Costeñi za 3000 COP, albo Aguila la 5000 COP.

Zwiedzanie i po dżungli bieganie: Kolumbijczycy jeszcze nie wyczuli interesu, więc dalej możemy zwiedzać wiele obiektów za darmo, albo za niewielką opłatą (wyjątkiem jest Cartagena, ale tam wszystko jest za drogie). Wejście do Parku narodowego Tayrona kosztuje 41 000 COP (zapewniam, że warto).

Płacenie: Lokalna waluta to kolumbijskie peso. Ok 3000 COP = 1 USD.

Chorowanie: Wirus Zika jest wszędzie na nizinach, podobnie jak okazjonalnie denga. Nic na to nie poradzimy, więc chodzimy i śmierdzimy OFFem całodobowo.

Kiedy jechać: W Kolumbii cały rok jest pięknie i zielono, ale warto unikać okresu świątecznego (grudzień-styczeń) z uwagi na wysokie ceny.

Panama: dokąd, jak, za ile.

Jeśli przeraża nas kostarykańska drożyzna, a mamy ochotę na odrobinę luksusu, Panama powinna nas usatysfakcjonować. Co prawda kolonialnej architektury tu nie zaznamy (poza jedną marną dzielnicą w Panama City), podobnie jak przepysznej latynoskiej kuchni, ale dżungli, gór i plaż jak najbardziej.

Transport: Autobusy są całkiem niedrogie, za to – uwaga – wymrożone do granic możliwości. Na całonocne podróże autobusem ubieramy się jak na narty do Norwegii, a najlepiej zawijamy w śpiwór, bo kierowcy nie znają umiaru, jeśli chodzi o klimatyzację. Uwaga: przy wjeździe do Panamy zazwyczaj wymagane jest okazanie biletu na dalszą podróż, więc jeśli nie chcemy mieć nieprzyjemności, dla świętego spokoju pobawmy się jakimś starym PDFem z biletem lotniczym, zmieniając daty i miasta. Przykładowe ceny: Boquete – David: 1.75 USD, Almirante – Bocas (łódka): 4 USD, David – Panama City: 15 USD, Changuinola – Panama City: 28 USD. Jeśli chcemy się dostać do Kolumbii, trudno będzie to zrobić drogą lądową, z uwagi na Darien Gap, czyli nieprzebytą dżunglę wzdłuż granicy. Do wyboru mamy samolot (Viva Colombia, Air Panama, ceny od 50 do 100 USD w jedną stronę) lub hiperdrogie rejsy żaglówką (zazwyczaj do Cartageny lub Capurgana), w cenie od 350 do nawet 650 USD (w sezonie), połączone ze zwiedzaniem archipelagu San Blas (cudne, ale mnie na takie gringady obecnie nie stać).

Spanie: Jeśli jesteśmy w stanie znieść wieloosobowe pokoje w hostelach, zapłacimy od 10 do 15 USD za łóżko, często razem ze śniadaniem. Polecam: Hostal Mamallena w Boquete, Hostel Heike na Isla Colón, Hostal Bastimentos na Isla Bastimentos i uroczy Luna’s Castle w Panama City.

Jedzenie: Jak dla mnie, Panama to kulinarna pustynia. Mięsożercy dostaną dość przeciętne, ale jadalne międzynarodowe jedzenie, a mnie pozostaje tylko fasola z ryżem, i to niezbyt tania. Za posiłek w najtańszej restauracji zapłacimy 5-6 USD, na Bocas del Toro (zwłaszcza Bastimentos) trochę taniej, jeśli trochę poszukamy i jesteśmy przygotowani na jednodaniowe menu.

Chlanie: Wybór jest spory, ale jakość taka, jak w całym regionie, czyli bez rewelacji.

Zwiedzanie i na góry włażenie: Panamskie atrakcje to przede wszystkim dzika przyroda, ale ceny są dość przystepne. Za dojazd pod wulakn Baru zapłacimy z Boquete 10 USD, za wycieczkę po co ładniejszych plażach na Bocas del Toro: od 20 do 30 USD.

Płacenie: W Panamie płacimy dolarami, ale w obiegu są również „Balboas”, czyli „lokalne” dolary. 1 balboa = 1 USD. Bankomaty są, ale kartami zapłacimy tylko w większych hotelach i sklepach.

Chorowanie: Raczej bezpiecznie, ale od czasu do czasu jest szansa na epidemię dengi albo i chikungunya. Tradycyjnie opędzamy się od komarów.

Kiedy jechać: W Panamie cały rok jest podobna pogoda, chociaż w listopadzie (dla przykładu) w Panama City lało tak straszliwie, i dzień w dzień, że ledwo dało się wyjść na ulicę, a samolot do Kolumbii odleciał z grubym opóźnieniem.

Kostaryka: Ameryka Środkowa light

Jeśli dysponujemy sporym zasobem gotówki, naszym rodzicom lub dziadkom marzą się środkowoamerykańskie wakacje, a boimy się ich wysłać w miejsca, gdzie jeździ się po wybojach, miasta obrastają slumsami i łatwo o zatrucie pokarmowe, to Kostaryka jest idealnym miejscem na spuszczenie wysokiej emerytury (co zresztą gromadnie robią amerykańscy i niemieccy turyści). Wybierając się do Kostaryki, dostaniemy Amerykę Środkową może bez malowniczej kolonialnej architektury, ale za to z nienagannie funkcjnującymi szpitalami, supermarketami zaopatrzonymi jak w USA i cenami prosto z Niemiec. To nie jest kraj dla backpackerów – zwłaszcza, jeśli planujemy odwiedzić jeszcze kilka miejsc w regionie, prawdopodobnie szybko się zorientujemy, że w Kostaryce wydamy w dwa dni tyle, co w Nikaragui lub Salwadorze w tydzień, a cały czas będziemy się zastanawiać, co takiego drogiego sobie zafundowaliśmy, poza kanapką z serem na dworcu.

Transport: Autobusy jeżdżą punktualnie i kosztują sporo, ale, o dziwo, przeważnie nie posiadają klimatyzacji. W San José nie ma, niestety, centralnego terminalu: trzeba zawczasu się dowiedzieć u kogoś miejscowego, skąd odjeżdża autobus w miejsce, które nas interesuje. Terminale są małe i wygodne, ale rozproszone absolutnie po całym mieście. Przykładowe ceny:  San José – Quepos (Manuel Antonio): 9 USD, San José – Paso Canoas (granica z Nikaraguą): 7 USD. Uwaga: przy wjeździe do Kostaryki niezwykle często wymagane jest okazanie biletu nawet nie na dalszą podróż (np. do Panamy), tylko powrotnego do Polski lub Europy. Nikt nie weryfikuje autentyczności okazywanych biletów, więc jeśli jesteśmy w Kostaryce przejazdem, dla świętego spokoju pobawmy się jakimś starym PDFem, zmieniając daty i miasta tak, żeby się zgadzało. W przeciwnym razie celnik może nas zmusić do kupienia takiego biletu na granicy.

Spanie: Przewidywalnie drogo. Znalezienie czegokolwiek poniżej 10-15 USD za osobę i noc jest zasadniczo niemożliwe, a nawet wtedy mamy do dyspozycji wyłącznie piętrowe łóżko w wieloosobowym pokoju, rzecz jasna bez śniadania. W San José bardzo popularny jest tani hostel Casa Del Parque, gdzie za takie właśnie łóżko zapłacimy od 8 do 13 USD w zależności od sezonu (ja nie zrobiłam rezerwacji i wylądowałam na kanapie w salonie, za co zapłaciłam 5 USD), za to w Manuel Antonio polecam hostel Vista Serena, gdzie łóżko kosztuje 11 USD, ale mamy piękny taras z hamakami i widokiem na ocean.

Jedzenie: Również mamy do czyniena z cenami na poziomie europejskim, co zmusza nas (a przynajmniej mnie zmusiło) do całkowitego zaprzestania korzystania z restauracji, nawet tych najtańszych, bo również w nich za regionalne śniadanie albo casado (trochę ryżu z fasolą i jajko sadzone) zapłacimy 5-7 USD. W supermarketach też jest drogo, ale przynajmniej można gotować na zapas. Najbardziej zdesperowani backpackerzy wybierają opcję „szkorbut”: przez cały pobyt w Kostaryce odżywiają się wyłącznie ciasteczkami firmy Quaker’s, które kosztują tylko kilkadziesiąt centów za paczkę.

Chlanie: Piwo (Pilsen) kosztuje ok 2 USD za puszkę i jest raczej szczynowate (IMHO). Drinki: 5-7 USD.

Zwiedzanie i zwierząt tropienie: Kostaryka słynie z doskonale utrzymanych, świetnie prowadzonych i rygorystycznie chronionych parków narodowych, zarówno państwowych, jak i prywatnych. Setki unikalnych gatunków zwierząt, piękne krajobrazy, dzika dżungla, pumy i jaguary – niestety, tylko dla bogatych. Wiele parków narodowych wymaga wykupienia biletów wstępu ze sporym wyprzedzeniem, płaci się przelewem i czeka na swoją kolej. Z tego względu, większość wybiera biura podróży, które wszystkie formalności mają już załatwione, ale kosztuje to odpowiednio więcej. Na przykład, dwudniowy pobyt w słynnym parku Corcovado z przewodnikiem (bez przewodnika wejść na teren parku nie wolno), jeśli znajdziemy się w sporej grupie, będzie nas kosztował około 150 USD. Stosunkowo tania opcja to koszmarnie oblegany park Manuel Antonio, gdzie zapłacimy tylko 16 USD za wejście (za przewodnika płacimy oddzielnie), co i tak jest sporą sumą, jeśli weźmiemy pod uwagę regionalne standardy.

Płacenie: W Kostaryce płacimy Colonami (CRC), ale dolary są w powszechnym obiegu. 1 USD = ok 500 CRC. Bankomaty są, i nawet nie pobierają prowizji.

Chorowanie: Raczej nic nam nie będzie, bo w Kostaryce jest zadziwiająco czysto, ale od czasu do czasu przewija się tu epidemia dengi i chikungunya. Uważamy na komary.

Kiedy jechać: Jeśli chcemy, żeby było chociaż trochę taniej, jedziemy wiosną lub jesienią i modlimy się, żeby nie lało.

 

Nikaragua: najtańszy kawałek Ameryki

Transport: Tradycyjnie najtańszym sposobem przemieszczania się  po kraju są nieśmiertelne, środkowoamerykańskie chickenbusy: zatłoczone, rozgrzane, niewygodne, ale tanie jak niemieckie wino w Lidlu. I tak na przykład autobus z San Juan del Sur do Rivas kosztuje ok 20 NIO, z Rivas do Granady: 34 NIO,  Granady do Masaya: 16 NIO. W sytuacji, kiedy autobusów nie ma, albo jeżdżą kompletnie wypchane, da się bezpiecznie poruszać autostopem: miejscowi często posiadają pick-upy, więc można spokojnie wskoczyć na bagażnik. Na prowincji często innego transportu nie ma, więc nie należy się bać, tylko łapać stopa. Po Ometepe sporo turystów jeździ też wynajętym skuterem (10-15 USD za dzień) lub rowerem (5 USD). Gringobusy (czyli mikrobusy albo tzw shuttle buses organizowane przez hostele) są szybkie i wygodne, ale kilka lub kilkanaście razy droższe niż lokalny transport. Ponieważ w Nikaragui jest bardzo bezpiecznie, moim skromnym zdaniem, gringobusy nie mają racji bytu. Jeśli chcemy polecieć na Islas de Maiz (podobno bajecznie piękne), za bilet samolotowy w obie strony zapłacimy ok. 160 USD.

Spanie: Baza kempingowa jest prawie żadna, a jeśli już ją znajdziemy, to często okazuje się, że rozbicie namiotu kosztuje tyle samo, co łóżko w hostelu. I tak np. za hamak w El Zopilote na Ometepe zapłacimy 4 USD, za łóżko w Hospedaje Central (Moyogalpa) 5,5 USD, w León 28 USD za dwójkę z łazienką na 3 dni (Hostel Via Via), a w Granadzie 11 USD/noc (hostel La Libertad).

Jedzenie:  Kolacja w modnej knajpie nie powinna kosztować więcej niż 7-8 USD, a lokalna jadłodajnia zainkasuje 1-3 USD za spory obiad (60 NIO), złożony ze smażonych bananów, ryżu, fasoli, jajecznicy i czegoś do picia. Kawa z budki na placu: 5 NIO, śniadanie w taniej jadłodajni: 50 NIO.

Chlanie: Lokalne piwo da się wypić, ale koneserzy prawdopodobnie będą rozczarowani. Obie marki, Toña i Victoria, smakują jak rozwodniony Żywiec, przy cenie około 1 USD. Za to mamy w Nikaragui całkiem niezły i tani rum – Flor de Caña.

Zwiedzanie i na wulkany włażenie: Hostele i biura podróży, rzecz jasna, próbują nas wycyckać, więc częstokroć zapłacimy 60 USD za coś, co na własną rękę możemy zrobić za 10 USD. I tak, na przykład, wejście na wulkan Masaya (z przewodnikiem) kosztuje 10 USD, całodniowa wycieczka na wulkan Concepción: 15 USD (również z przewodnikiem), co jest jak najbardziej do przyjęcia, zwłaszcza, jeśli popatrzymy na ceny podobnych przyjemności w Kostaryce. Osobiście zachęcam do zwiedzania i eksplorowania na własną rękę, bo Nikaragua jest na tyle bezpieczna, że raczej nic nam się nie stanie.

Płacenie: W obiegu są zarówno córdoby (NIO) jak i dolary, ale za hot doga, kawę, albo kilo ziemniaków raczej dolarami nie zapłacimy, więc warto mieć przy sobie drobne w lokalnej walucie. Karty kredytowe są przyjmowane w wielu hostelach (acz niechętnie), a ceny podawane w dolarach. 1 USD = ok. 27 NIO.

Chorowanie: Podobno jest denga i chikungunya, więc nie marudzimy, tylko chowamy się przed komarami i smarujemy świństwem z DEET. Ale nie dajmy się namówić na żadne antymalaryczne pastylki, bo tylko się od tego pochorujemy.

Kiedy jechać: Od razu! Niski sezon jest od września do listopada, ale tak naprawdę Nikaragua nigdy nie jest szczególnie zatłoczona. Jedźcie zanim zrobi się z tego druga Kostaryka.

 

Salwador – kiedy, jak, po co, za ile.

Transport: Po całym kraju kursują tanie i krańcowo rozklekotane chickenbusy (stare, amerykańskie autobusy szkolne), gdzie rzecz jasna musimy uważać na bagaże i wykazać się dużą odpornością na tłok, hałas i wysoką temperaturę. Niemniej jednak, ceny są na tyle niskie, że warto się trochę przemęczyć, zwłaszcza, że kraj jest na tyle mały, że nigdzie nie będzie tak naprawdę daleko. Głównym centrum przeładunkowym jest San Salvador, gdzie najważniejsze dworce (północny, zachodni, itp) rozlokowane są mniej więcej w okolicach centrum, co pozwala na przejście z jednego do drugiego w ciągu ok. pół godziny (nie polecam po zmroku). Dodatkowo, biura podróży i hostele organizują tzw. shuttles, o cenach kilkunastokrotnie wyższych (czasem się opłaca, ale raczej uważam to za wyrzucanie pieniędzy). Jeśli zaś chcemy dostać się na plażę, to za 2 USD pojedziemy tam klimatyzowanym, wygodnym busem z San Salvador (Plaza Bolivar). Napomknę również, że z uwagi na niską częstotliwość busów na niektórych trasach, sama nagminnie łapałam stopa (fajnie się jeździ w bagażniku na pickupie i nie trzeba prowadzić konwersacji z kierowcą).

Przykładowe ceny: El Poy – San Ignacio: 0.75 USD, La Palma – Aguilares: 2.40 USD, Suchitoto – San Salvador: 1.25 USD, San Salvador- El Tunco: 2 USD. Shuttle z El Tunco do León (Nikaragua): 35 USD (dużo, ale żeby dostać się do Nikaragui, musimy dwa razy przekroczyć granicę z Hondurasem, co może zająć cholernie dużo czasu. Jadąc shuttlem, cała operacja zajmuje tylko 10 godzin).

Spanie: Pięknie i tanio. Oczywiście, jeśli chcemy mieć tylko dla siebie wypasioną chatkę w górach, to zapłacimy za nią, jak za zboże (50 USD za noc). Jeśli zaś jesteśmy w stanie wytrzymać w wieloosobowych sypialniach, możemy w Salwadorze znaleźć łóżko za 5-7 dolarów za noc. Polecam: hostel El Gringo w Suchitoto (5 USD za noc) i El Sunzalito w El Tunco (również 5 USD).

Jedzenie: zarówno w El Tunco, w La Palma jak i w Suchitoto są restauracje serwujące jedzenie od sasa do lasa (od pizzy do tofu z curry) we względnie przystępnych cenach 5-10 USD (im bliżej plaży, tym drożej). Jeśli jednak chcemy jeść (i płacić) po salwadorsku, to na co drugim rogu znajdziemy pupuserías, czyli uliczne garkuchnie sprzedające świeże placuszki z warzywami, serem lub mięsem. Pupusa kosztuje zazwyczaj 0,30 – 0,50 USD, chyba, że chcemy ją zjeść z owocami morza (1 USD). Po dwóch porcjach jesteśmy najedzeni, ale istnieje niebezpieczeństwo, że po tygodniu nie będziemy już mogli na nie patrzeć.

Chlanie: lokalne piwo jest dostępne w przystępnej cenie 1 USD za butelkę (2 USD na plaży), drinki 2,50 USD. Poza sezonem bary obfitują w happy hours i zabawy pt. „dziewczyny nie płacą” (ostrzegam).

Zwiedzanie i surfowanie: Hostele organizują płatne wycieczki gdzie tylko chcemy, ale zazwyczaj jesteśmy w stanie zoragnizować to sobie o wiele taniej. Np. jeśli chcemy odwiedzić wodospady Tamanique nie płacąc 10 USD, a) łapiemy stopa z El Tunco (20 minut), b) odmawiamy wszystkim ulicznym cwaniakom-przewodnikom, c) pływamy sobie spokojnie w wodospadzie bez towarzystwa, d) wracamy autobusem do El Tunco (0.50 USD). Deski surfingowe kosztują 10 USD dziennie, lekcje od 10 do 40 USD za godzinę (w zależności od szkoły i stopnia zaawansowania).

Płacenie: Dolary amerykańskie są oficjalną walutą Salwadoru. Często używaną jednostką jest „cora” = 0.25 USD.

Chorowanie: Uważamy na komary, bo denga i chikungunya mogą nas załatwić. Zwłaszcza tuż po porze deszczowej (pażdziernik), kiedy komary mnożą się na potęgę.

Kiedy jechać: Kiedy byśmy nie przyjechali, raczej nie trafimy na tłumy (tutaj piszę, dlaczego). Najazd amerykańskich surferów zaczyna się w listopadzie i trwa do maja.

Honduras: dlaczego by nie?

Umówmy się: mało kto zostaje w Hondurasie na długo. Większość odwiedza tylko przygraniczne Copán i ewentualnie wyspy Utila i Roatán, gdzie są najtańsze kursy nurkowania na świecie. Do Tegucigalpy i San Pedro Sula zasadniczo nikt bez dobrego powodu nie zagląda. Mogę z kolei zaświadczyć, że południowy zachód kraju jest prześliczny, tani i wystarczająco bezpieczny. Zatem zapraszam.

Transport: Po raz kolejny mamy do czynienia z chickenbusami i znów krążą legendy o tym, jakie to niebezpieczne. Bardzo trudno mi w to uwierzyć, chociaż kierowcy jeżdżą jak jeżdżą. Do dyspozycji mamy też shuttle busy organizowane przez hostele, o zaporowych cenach, podawanych w USD.

Przykładowe ceny: Copán – Santa Rosa: 100 HNL (mikrobus), tuk-tuk do Macaw Bird Park za miastem: 20 HNL, Santa Rosa-Gracias (chickenbus): 50 HNL, tuk-tuk ze stacji w Gracias: 10 HNL. Shuttle bus z Copán do San Salvador: 40 USD.

Spanie: Tanio, ale baza noclegowa nie jest szczególnie bogata, bo w wielu miejscowościach nie ma ani kempingu ani taniego hostelu, albowiem turystów również niet. Z tego powodu na przykład nie zawitałam na długo w Santa Rosa, bo trudno było znaleźć cokolwiek sensownego za mniej niż 250-300 HNL. W Gracias jedynka z łazienką to 180 HNL, w Copán (hostel Berakah) łóżko kosztuje 150 HNL. Da się wytrzymać.

Jedzenie: Tak tanio, że aż miło. Baleada z awokado, którą napchamy się na pół dnia, kosztuje 15-20 HNL, śniadanie (jajka, fasola, banany, kawa): 20-30 HNL, licuado (sok owocowy): 10-30 HNL, kawa w hipsterskiej kawiarni: 25-40 HNL. Jeśli mamy ochotę na odrobinę luksusu i lansu, udajemy się do The Tea and Chocolate Place w Copán, gdzie możemy napić się czekolady prosto z ogródka (65 HNL), leżąc bykiem na hamaku. Polecam również opcje ekonomiczne: comedores na miejskim targu (wszystkie sprzedają to samo i w tej samej cenie), oraz Baleadas Buenas dwie ulice dalej.

Chlanie: Miejscowe piwo (Salvavida) jest paskudne. Ale tanie. Za 16 HNL nie spodziewam się fajerwerków. Za to w Copán mamy też mały, niemiecki browar, Sol de Copan.

Zwiedzanie i ptaków oglądanie: Niestety, ruiny w Copán mają wyjątkowo wysoki gringo tax: za wejście zapłacimy 330 HNL. Jeśli mamy ochotę obejrzeć muzeum rzeźby, dopłacamy 154 HNL. Jeśli tunele, kolejne 330 HNL. Jeśli z kolei chcemy obczaić kolorowe ptaki w schronisku-zoo Macaw Mountain za miastem, za wejście zapłacimy 200 HNL. Ale warto.

Płacenie: 5 HNL (Lempira) = ok 1 PLN.  Bankomaty dostępne, bezprowizyjne, ale wiele nie czai Master Card, więc możemy się nieźle nabiegać w poszukiwaniu gotówki. Dodatkową atrakcję stanowią kolesie z kałachami, którzy tych bankomatów pilnują. Uwaga: za wjazd do Hondurasu zapłacimy każdorazowo 3 USD albo 66 HNL (stempelek ważny miesiąc).

Chorowanie: Standardowo: denga i chikungunya, gdzieniegdzie malaria. Ale komarów nie widziałam, nawet w Copán. Za to na pewno na nizinach jest ich multum.

Kiedy jechać: Niski sezon jest w Hondurasie praktycznie cały czas, z powodów, które szerzej opisuję tutaj.

Gwatemala: trochę praktyczności

Wbrew temu, co głosi większość przewodników z Lonely Planet na czele, Gwatemala jest odrobinę droższa od Meksyku, a miejscami ceny są nawet zaskakująco wysokie. Niemniej jednak, dalej da się tu podróżować za stosunkowo niewiele, jeśli trzymamy się ulicznego jedzenia, wieloosobowych pokoi i chickenbusów.

Transport: Po całym kraju kursują bardzo tanie chickenbusy, o których krążą legendy związane z rzekomymi częstymi napadami na pasażerów w rzadziej uczęszczanych rejonach Gwatemali. Ponieważ ani razu nie spotkałam nikogo, kto zostałby napadnięty, za to kilku turystów „spotkało kogoś, kto zna kogoś, kto opowiadał”. że został napadnięty, zaprowadzony do lasu, przywiązany do drzewa i zmuszony do wyrecytowania PINu do karty kredytowej, uznałam, że jest to kolejna miejska legenda, albowiem wszyscy opowiadali tę historię dokładnie w ten sam sposób (ze szczególnym uwzględnieniem nieszczęsnego kierowcy, który jest jedyną ofiarą śmiertelną napadu), za to atak raz ma miejsce w Gwatemali, raz w Hondurasie, raz w Salwadorze, a raz w Belize. Są dwie możliwości: albo gangi we wszystkich czterech krajach mają opracowanego SOP-a  do napadania na gringos, albo jest to kompletna bzdura. Moim zdaniem, jedynym istotnym niebezpieczeństwem związanym z chickenbusami są kieszonkowe kradzieże i hemoroidy po dwunastu godzinach na wybojach. Nie da się jednak ukryć, że nie jest to najwygodniejszy środek transportu i często trzeba się przesiadać, zatem niejednokrotnie warto skorzystać z oferowanych przez biura podróży i hostele shuttle buses, czyli mikrobusów dla białasów, które zawiozą nas prosto na miejsce. Różnica w cenie bywa nieznaczna, więc często nie ma sensu jechać czterema chickenbusami, jeśli można jednym, komfortowym.

Przykładowe ceny: Antigua – San Pedro la Laguna: 80 GTQ, San Pedro – San Marcos: 15 GTQ (łódka), San Pedro – Santiago de Atitlan: 20 GTQ (łódka), San Pedro – Chichicastenango (shuttle powrotny): 50 GTQ, San Pedro – Copan (w Hondurasie): 210 GTQ, San Pedro – San Cristóbal de las Casas (Meksyk, Chiapas): 250 GTQ, Flores – Palenque (Meksyk): 250 GTQ, Tuk-tuk na stację autobusową we Flores: 5 GTQ.

Spanie: Mogłoby być taniej, ale nie będziemy wybrzydzać. Namiot niestety jest nieomal wszędzie bezużyteczny, bo baza kempingowa jest tutaj żadna. Do wyjątków należy Tikal, gdzie można rozbić obóz w ogródku przy hotelu Jaguar Inn za 50 GTQ (warto, chociaż zostanie się obudzonym przez wyjce o 3 nad ranem. Można dostać zawału.) oraz Antigua, gdzie teoretycznie wolno spać pod komisariatem w namiocie za darmo, ale nie pozwalają korzystać z pryszniców ani kibla, więc jest to, krótko mówiąc, żaden interes. Hosteli jest dużo, są fajnie wyposażone, czyste i przyjemne. Polecam hostel Los Amigos we Flores, Zoola w San Pedro la Laguna i Jungle Party w Antigua. Wszystkie kosztują 50-70 GTQ za łóżko w wieloosobowym pokoju. W Antigua znajdziemy też tańszą opcję: Hostal El Pasar de los Años za 37 GTQ, a w San Pedro w Casa Rolando da się nawet znaleźć dwójkę z łazienką za 35 GTQ za osobę (w niskim sezonie).

Jedzenie: Restauracje w Gwatemali potrafią być perfidnie drogie, a niemal zawsze będą droższe niż w Meksyku. Za obiad w restauracji (np. La Luna de Miel w Antigua, gdzie mają rewelacyjne naleśniki) zapłacimy nawet 40-50 GTQ, a zwykłe tacos, burritos czy quesadillas potrafią kosztować 20-30 GTQ w turystycznych miejscowościach. Trudno znaleźć cokolwiek poniżej 10 GTQ: tyle kosztuje na przykład bananowy chleb u ulicznego handlarza, pupusa na ulicy w San Pedro albo porcja domowych frytek z restauracji typu dziura w ścianie. Mówiąc kolokwialnie, dupy nie urywa, bo i w Hondurasie i w Meksyku zjemy za jedną trzecią tej sumy.

Chlanie: Miejscowe piwo jest takie sobie, ale to jest moje prywatne zdanie na ten temat. Butelka piwa Gallo i Brahva będzie nas kosztować w knajpie 12-17 GTQ, drinki odrobinę więcej, a wino to prawdziwy (i drogi) rarytas.

Zwiedzanie i po górach wspinanie: Tikal (bilet ważny od 16:00 do 16:00, czyli można wejść dwa razy) kosztuje 250 GTQ (dużo, ale co zrobić. To się tutaj nazywa gringo tax), przewodnik 50 GTQ (grupa min. 4 osób), a większość muzeów inkasuje 50 GTQ za wejście. Miłą odmianę od europejskich realiów stanowi fakt, że za wejście do kościoła nie płacimy, nie ważne jaki jest zabytkowy. Jeśli zaś chodzi o zabawy wspinaczkowo-wulkanowe, to zależy, jak wysoko wchodzimy i jak długo to trwa. Warto pójść do kilku agencji w mieście, bo ceny potrafią się różnić dość znacznie. Wycieczka na Pacaya kosztuje standardowo 80 GTQ (plus 50 GTQ za wejście do parku narodowego), na Acatenango 250-350 GTQ (opcja dwudniowa), na Tajamulco 400 GTQ.

Płacenie: 2 GTQ (Quetzal) = ok 1 PLN, bankomaty dostępne, bezprowizyjne.

Chorowanie: Uważamy na dengę i chikungunya, ale tylko na nizinach, im wyżej, tym bezpieczniej.

Kiedy jechać: warto unikać września, bo będzie prało żabami i jaszczurkami przez pół dnia, co psuje wszelką przyjemność z wycieczek w góry i w ogóle gdziekolwiek. Za to ceny są niższe i nie ma problemu ze znalezieniem noclegu, więc pora deszczowa ma też jakieś plusy.

Belize: krótka instrukcja obsługi

Większość spotkanych po drodze podróżników z plecakami spędziła w Belize tylko kilka dni. Ja również zwinęłam się dosyć szybko, bo ceny są tu dość wysokie jak na regionalne standardy.

Kraj jest nieduży i nadaje się do gruntownego objechania w bardzo krótkim czasie, ma też wszystkiego po trochu: piękne plaże, dżunglę, ruiny, urokliwe miasteczka i sporo (dość kosztownej) agroturystyki. Większość z tych, którzy przebywają tutaj krótkoterminowo, jadą jednak prosto do Caye Caulker (taniej) albo San Pedro (drożej), gdzie ponoć warunki do nurkowania są jedne z najlepszych na świecie: mamy tutaj słynną Blue Hole i  tzw. Wielką Mezoamerykańską Rafę Koralową.

Transport: Po całym kraju kursują stosunkowo tanie, ale średnio komfortowe chickenbusy (czyli Amerykańskie szkolne autobusy po lekkim liftingu). Nigdzie nie jest naprawdę daleko, a podróż takim autobusem daje nam okazję, żeby zobaczyć wszystkie wioski po drodze (albowiem w każdej z nich autobus się zatrzyma). Większe, klimatyzowane linie kursują po częściej uczęszczanych trasach, ale są wielokrotnie droższe. Z Belize City i Chetumal (w Meksyku) do Caye Caulker możemy szybko i sprawnie dopłynąć tzw. Water Taxi.

Przykładowe ceny: Chetumal – Belize City: 150 MXP, Belize City – Benque Viejo (granica gwatemalska): 9 BZD, taksówka do granicy z miasteczka: 4 BZD. Water Taxi Belize City-Caye Caulker: 29 BZD (bilet w obie strony). Autobus ekspresowy Belize City – Flores (Gwatemala): 50 BZD.

Spanie: Drogo. Dysponując własnym namiotem, najtańszy nocleg na Caye Caulker kosztował mnie 15 BZD (bez śniadania). Jeśli miałabym ochotę wyspać się w łóżku w wieloosobowym pokoju, byłoby to dwukrotnie droższe, a i tak mówimy o najtańszym hostelu na wyspie (Bella’s Backpacker’s). W San Pedro podobno jest jeszcze drożej.

Jedzenie: Również nie jest szczególnie tanio, chociaż da się znaleźć mobilne garkuchnie, gdzie można przekąsić tacos za 3-4 BZD albo wypić sok za 2-3 BZD. W jakiejkolwiek restauracji na wyspie śniadanie nie schodzi poniżej 10 BZD, a za obiadokolację z owocami morza (których jest tu pełno) minimum 20 BZD. Dominuje meksykańska kuchnia, z lokalnym dodatkiem w postaci frutti di mare, plus świeże owoce i kokosy.

Chlanie: Wybór jest gigantyczny, a bary serwują często darmowe drinki do jedzenia. Lokalne piwo (Belikin) kosztuje średnio 4 BZD.

Zwiedzanie i w morzu pływanie: Za prosty snorkelling zapłącimy 60 BZD za pół dnia, 120 BZD za całodniową wycieczkę na morze. Nurkowanie i wycieczki do Blue Hole są już o wiele droższe, ale dalej niezmiernie popularne.

Płacenie: 1 BZD = 0,50 USD (kurs sztywny), czyli ok. 2 zł. Dolary amerykańskie są powszechnie przyjmowane i wymieniane, bankomaty dostępne (nawet na Caye Caulker jest jeden), bezprowizyjne.

Chorowanie: Jak zwykle w regionie, uważamy na dengę i chikungunya, chociaż w rejonach plażowych i na wyspach raczej na komary nie trafimy.

Kiedy jechać: warto unikać szczytu sezonu, który występuje od listopada-grudnia do wiosny. We wrześniu na Caye Caulker było przyjemnie pustawo, chociaż nie miało to przełożenia na cenniki.

Jukatan : kiedy, jak, za ile.

Muszę rozczarować miłośników mocnych wrażeń: po Jukatanie podróżuje się tanio, łatwo i przyjemnie.

Transport: Do dyspozycji mamy kilka dużych sieci autobusowych, z których najbardziej luksusowa (ADO) ma swoją stację w każdej większej miejscowości. Bilety różnią się ceną w zależności od klasy (1 lub 2), ale wszystkie autobusy dysponują klimatyzacją, te pierwszoklasowe są jedynie odrobinie nowsze i bardziej wysprzątane. W internecie znajdziemy tylko autobusy klasy pierwszej, warto więc dopytać na dworcu o inne połączenia, bo często jest ich więcej niż w oficjalnym rozkładzie. W miastach i mniejszych miejscowościach znajdziemy również tzw. colectivos, czyli „grupowe taksówki”, jeżdżące po wyznaczonych trasach, na których ceny (bardzo niskie) ustalone są z góry. Przystanki często nie są oznakowane, gdzie i jak często zatrzymuje się interesujący nas colectivo dowiemy się od miejscowych. Z kolei zwyczajne taksówki niestety często nie posiadają taksometru, co zmusza nas do kłopotliwych negocjacji. Wiele hosteli wynajmuje za niewielką opłatą również rowery, które są fajną opcją do zwiedzania mniejszych miejscowości, pod warunkiem, że jesteśmy w stanie dać sobie radę z upałem.

Przykładowe ceny: lotnisko w Cancún – miasto Cancún: 64 MXP, Cancún Puerto Juarez – Isla Mujeres (prom, bilet w obie strony): 146 MXP, Cancún – Valladolid: 102 MXP, Valladolid – Chichén Itzá (bilet autobusowy w obie strony): 64 MXP, colectivo z Valladolid do cenotes Dzitnup: 20 MXP, colectivo z Mahahual do Chetumal: 75 MXP,  chickenbus Chetumal – Belize City: 150 MXP.

Spanie: Właściwie w każdej większej miejscowości znajdzie się coś na każdą kieszeń. Osobiście preferuję Couchsurfing, ale w wielu miejscach zakwaterowanie jest na tyle tanie, że nie ma sensu spać u kogoś pomiędzy zlewem a lodówką, jeśli możemy mieć czyste łóżko i łazienkę za równowartość 30 zł. Camping również jest jak najbardziej wykonalny, chociaż w większych miejscowościach paradoksalnie może być to nieco trudniejsze.

Przykładowe ceny: łóżko w wieloosobowym pokoju w Valladolid (Hostal La Candelaria – polecam gorąco): 120 MXP, rozbicie namiotu na rodzinnym kempingu w Laguna Bacalar (Ecocamping Yaxche): 80 MXP, dwuosobowy pokój w Mahahual (kingsize bed i klima – żyć nie umierać, Hotel el Profe): 300 MXP (cena pozasezonowa).

Jedzenie:  W ulicznych, mobilnych garkuchniach za równowartość 10 zł możemy się tak nażreć, że ledwo dotrzemy do hostelu. Jeśli jednak jesteśmy gotowi na odrobinę luksusu, albo nie możemy już patrzeć na tacos, quesadillas i burritos, to w średniej klasy restauracji również nie przepłacimy (chociaż tutaj trzeba uważać na knajpy produkujące TexMex dla turystów, bo tam bywa drogo). Wegetarianie nie mają się czego bać: chociaż Meksykanie są zdecydowanie mięsożerni, zawsze znajdzie się coś bez martwego ptactwa w środku. I nieprawda, że wszystko jest morderczo ostre, wystarczy zapytać które jedzenie „pica” (parzy), a które nie, jeśli nie lubimy być traktowani salsą habanero.

Przykładowe ceny:  tacos: 7-10 MXP, quesadillas: 15-20 MXP , butelka wody mineralnej: 10-15 MXP, trzydaniowy obiad w Yerbabuena w Valladolid (polecam jak cholera): 140 MXP, ceviche: 90 MXP, kulka lodów: 20 MXP.

Chlanie: moja własna wątroba pobyt w Meksyku zapamięta do końca życia, albowiem ilość kolorowych, egzotycznych drinków typu kokosowe mojito przekracza ludzkie pojęcie, nie wspominając już o mescalu, tequili i całkiem niezłym, lokalnym piwie (nie pijcie tylko Corony – ja wiem, że w Polsce kosztuje toto 10 zł, ale każdy Meksykanin wam powie, że to – za przeproszeniem – pospolite szczyny). Na plaży poza sezonem występuje plaga 2×1, happy hours, welcome drinków i innych sposobów na kompletne unieszkodliwienie turysty.

Przykładowe ceny: fantazyjne mojito w lepszej knajpie w Tulum (Batey): 80 MXP, piña colada na plaży: 65 MXP, mojito w Mahahual poza sezonem: 50 MXP, piwo: 25-40 MXP, shot mescalu: 30 MXP.

Zwiedzanie i w morzu pływanie: Nawet najdroższa atrakcja turystyczna Jukatanu, Chichén Itzá, kosztuje relatywnie mało, bo 220 MXP. Z moich obserwacji wynika, że podróżowanie gdziekolwiek przy pomocy lokalnych biur podróży rzadko ułatwia sprawę (chyba, że mamy do czynienia z jakimś bombowym trekkingiem po dżungli). Wstęp do cenotes również jest płatny, ale nie jest to bardzo droga przyjemność: wejście do dwóch cenotes w Dzitnup kosztuje np 90 MXP. Z kolei snorkelling i nurkowanie (w cenotes, w rafie koralowej, z rekinami, z delfinami, z płaszczkami, z czym tam chcemy) to droższa przyjemność: za oglądanie rekinów wielorybich (możliwe na Isla Mujeres i Holbox) zapłacimy średnio 1500 MXP, za zwykły, prosty snorkelling z kolorowymi rybami: 30 USD.

Płacenie: 1 zł = średnio 5 MXP, dolary powszechnie przyjmowane i wymieniane, bankomaty dostępne, ale żarłoczne: wszystkie pobierają średnio 30 MXP za jedną wypłatę.

Chorowanie: Malaria nie występuje poza bagnami na granicy z Gwatemalą, za to denga i chikungunya niestety tak, zwłaszcza w porze deszczowej (łazimy zatem permanentnie w chmurze chemikaliów, albowiem dengonośne komary gryzą w dzień). Jeśli, tak jak ja, mamy problemy z słońcem, a filtr przeciwsłoneczny z nas spłynął, pędem lecimy do apteki i aby ukrócić nasze cierpienia kupujemy to cudo (lidokaina i mentol. Sama przyjemność).

 

Kiedy jechać: dzikie tłumy walą do wschodniego Meksyku od listopada-grudnia do wiosny z uwagi na piękną pogodę. Osobiście, jadąc tam w samym środku sezonu huraganowego (wrzesień) miałam pewne obawy, czy aby nie będę bezustannie pływać w strugach deszczu, ale okazały się one bezpodstawne: tropikalna ulewa ma to do siebie, że trwa krótko i nie zostawia śladów.

Jak dolecieć: opcji jest dużo (Skyscanner prawdę ci powie), obecnie najtaniej lata Condor (z Warszawy przez Niemcy): bilet w jedną stronę, kupiony z niejakim wyprzedzeniem, kosztował ok 350 EUR.