Meksyk: San Cristóbal de las Casas

Trasa z Flores (Gwatemala) do San Cristóbal de las Casas (Chiapas, Meksyk) trwa osiemnaście godzin, jeśli się jest takim sknerą jak ja. Ponieważ klimatyzowane mikrobusy z Flores do Palenque kosztują 250 quetzali (ok 120 zł), stwierdziłam, że będę sprytna i zaoszczędzę. Rzeczywiście, dojechałam nawet dalej za 1/3 tej sumy, ale kosztowało mnie to dwa tuk-tuki, jedną taksówkę i pięć różnych autobusów, z których ostatni dowiózł mnie na miejsce tuż przed północą. Prawdopodobnie zaporowa cena bierze się stąd, że większość turystów boi się Gwatemalskiej granicy, bo nie dość, że leci tędy cała kokaina z Kolumbii do USA, to krążą legendy o napadach z bronią na autobusy wiozące turystów. Podobno jednak, jak twierdzą Gwatemalczycy, „już nie napadają tak często”, a przy przejściu w El Ceibo nie napadają wcale. Za to kontrola graniczna jest chyba najbardziej drobiazgowa, jaką widziałam: po meksykańskiej stronie brakuje tylko kolonoskopii.

catedral      tkaniny

Ostatnie 200 km z Palenque do San Cristóbal zajmuje pięć godzin, bo całe południowe Chiapas leży wysoko w górach (samo miasto na wysokości 1900 m npm), a trasa obsadzona jest indiańskimi wioskami. Czyste powietrze, kolorowe domki, pstrokate kościoły, Indianie Tzotzil z okolicznych wiosek sprzedający swoje ciuchy i przysmaki, oraz porządna ulewa przynajmniej raz dziennie – można odetchnąć od duchoty z Quintana Roo, Jukatanu i Tabasco. Cały region ma nieprawdopodobnie bogatą historię, głównie z uwagi na to, że zamieszkują go głównie Indianie, którzy zawsze dostawali po dupie od rządu federalnego. Ostatnia poważna rebelia przeciwko neoliberalnej polityce i dyskryminacji Indian, w 1994 roku, zaczęła się kiedy guerrilleros z EZLN (Ejército Zapatista de Liberación Nacional) zajęli kilka miast w regionie (m.in. San Cristóbal właśnie) po tym jak weszło w życie porozumienie NAFTA, które wszyscy tutaj uważają za sprzedanie kraju gringos zza północnej granicy. Po kilku latach przepychanek rząd zgodził się dać Indianom odrobinę autonomii, i do dziś w regionie funkcjonują enklawy kontrolowane przez Zapatystów, przyciągające lewaków z całego świata. Dziś jednakowoż zamiast bieganiem z karabinem po dżungli, miejscowi zapatyści zajmują się głównie uprawą organicznej marchewki i wytwarzaniem kolorowej biżuterii (fair trade). W sklepach w San Cristóbal można sobie nawet kupić pluszowego guerrillero za 20 MXP.

zapata      guerrillero

Najbardzej zastanawiające jest jednak to, co się tutaj wyrabia z katolicyzmem. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie Indianie dogadali się z miejscowym klerem, ale nie przypominam sobie, żeby zarzynanie kury kiedykolwiek stanowiło powszechnie uznany element niedzielnej mszy. Pewnie dlatego ani w San Juan Chamula ani w Zinacantán nie wolno, pod karą linczu na głównym placu w wiosce, robić jakichkolwiek zdjęć w kościele, niezależnie od tego, czy coś się tam akurat odbywa, czy nie. Do Chamula wybrałam się dzisiaj rano, z uwagi na niedzielny targ, ubarwiony fajerwerkami, procesjami i muzyką. W kościele nie ma ławek ani ołtarza, za to figury świętych są tak obwieszone wstążeczkami, kwiatami i lampkami, że ledwo ich widać, a Pan Jezus i Św. Jan Chrziciel mają dodatkowo lusterko na szyi, w ramach odganiania złych duchów i złych spojrzeń (albo, według innych źródeł, jako symbol drogi w zaświaty). Kwiaty, kadzidła, świeczki i zioła od podłogi do sufitu (aż dziwne, że cały majdan nie poszedł jeszcze z dymem), obrazy obstawione glinianymi figurkami zwierząt (konie, barany, kozy, pumy), no i te nieszczęsne kury. Dodatkowo trafiłam na jakieś masowe chrzciny, więc w całym kościele słychać było potworne wrzaski niemowląt. Mają tu też dość luźny stosunek do tradycji: w kościele jako ofiary dla świętych (niby chrześcijańskich, ale w rzeczywistości reprezentujących indiańskie bóstwa) leje się Coca-Cola, aguardiente, piwo i pox (lokalna wóda).

chamula    panorama

Mieszkańcy Chamula chodzą w spódnicach i kamizelkach z baraniej skóry, a w Zinacantán noszą fioletowe, haftowane narzuty w kwiaty. I nie to, że od święta, oni w tych fioletach i koronkach noszą drewno i doją krowy (sama widziałam).  W San Cristóbal jest już bardziej nowocześnie – są bary z muzyką rockową, tatuażyści, supermarkety, hipsterskie knajpy i parę piętnastowiecznych kościołów, już o wiele bardziej mainstreamowych.

guadalupe     nina

A 50 km dalej mamy gigantyczny kanion z krokodylami (El Sumidero), gdzie można sobie popływać łódeczką i  pogapić się na małpy.

spodnice      zinacantan

Więcej zdjęć tutaj oraz tutaj.

krok

Następny przystanek: Gwatemala, Antigua.

Jukatan : kiedy, jak, za ile.

Muszę rozczarować miłośników mocnych wrażeń: po Jukatanie podróżuje się tanio, łatwo i przyjemnie.

Transport: Do dyspozycji mamy kilka dużych sieci autobusowych, z których najbardziej luksusowa (ADO) ma swoją stację w każdej większej miejscowości. Bilety różnią się ceną w zależności od klasy (1 lub 2), ale wszystkie autobusy dysponują klimatyzacją, te pierwszoklasowe są jedynie odrobinie nowsze i bardziej wysprzątane. W internecie znajdziemy tylko autobusy klasy pierwszej, warto więc dopytać na dworcu o inne połączenia, bo często jest ich więcej niż w oficjalnym rozkładzie. W miastach i mniejszych miejscowościach znajdziemy również tzw. colectivos, czyli „grupowe taksówki”, jeżdżące po wyznaczonych trasach, na których ceny (bardzo niskie) ustalone są z góry. Przystanki często nie są oznakowane, gdzie i jak często zatrzymuje się interesujący nas colectivo dowiemy się od miejscowych. Z kolei zwyczajne taksówki niestety często nie posiadają taksometru, co zmusza nas do kłopotliwych negocjacji. Wiele hosteli wynajmuje za niewielką opłatą również rowery, które są fajną opcją do zwiedzania mniejszych miejscowości, pod warunkiem, że jesteśmy w stanie dać sobie radę z upałem.

Przykładowe ceny: lotnisko w Cancún – miasto Cancún: 64 MXP, Cancún Puerto Juarez – Isla Mujeres (prom, bilet w obie strony): 146 MXP, Cancún – Valladolid: 102 MXP, Valladolid – Chichén Itzá (bilet autobusowy w obie strony): 64 MXP, colectivo z Valladolid do cenotes Dzitnup: 20 MXP, colectivo z Mahahual do Chetumal: 75 MXP,  chickenbus Chetumal – Belize City: 150 MXP.

Spanie: Właściwie w każdej większej miejscowości znajdzie się coś na każdą kieszeń. Osobiście preferuję Couchsurfing, ale w wielu miejscach zakwaterowanie jest na tyle tanie, że nie ma sensu spać u kogoś pomiędzy zlewem a lodówką, jeśli możemy mieć czyste łóżko i łazienkę za równowartość 30 zł. Camping również jest jak najbardziej wykonalny, chociaż w większych miejscowościach paradoksalnie może być to nieco trudniejsze.

Przykładowe ceny: łóżko w wieloosobowym pokoju w Valladolid (Hostal La Candelaria – polecam gorąco): 120 MXP, rozbicie namiotu na rodzinnym kempingu w Laguna Bacalar (Ecocamping Yaxche): 80 MXP, dwuosobowy pokój w Mahahual (kingsize bed i klima – żyć nie umierać, Hotel el Profe): 300 MXP (cena pozasezonowa).

Jedzenie:  W ulicznych, mobilnych garkuchniach za równowartość 10 zł możemy się tak nażreć, że ledwo dotrzemy do hostelu. Jeśli jednak jesteśmy gotowi na odrobinę luksusu, albo nie możemy już patrzeć na tacos, quesadillas i burritos, to w średniej klasy restauracji również nie przepłacimy (chociaż tutaj trzeba uważać na knajpy produkujące TexMex dla turystów, bo tam bywa drogo). Wegetarianie nie mają się czego bać: chociaż Meksykanie są zdecydowanie mięsożerni, zawsze znajdzie się coś bez martwego ptactwa w środku. I nieprawda, że wszystko jest morderczo ostre, wystarczy zapytać które jedzenie „pica” (parzy), a które nie, jeśli nie lubimy być traktowani salsą habanero.

Przykładowe ceny:  tacos: 7-10 MXP, quesadillas: 15-20 MXP , butelka wody mineralnej: 10-15 MXP, trzydaniowy obiad w Yerbabuena w Valladolid (polecam jak cholera): 140 MXP, ceviche: 90 MXP, kulka lodów: 20 MXP.

Chlanie: moja własna wątroba pobyt w Meksyku zapamięta do końca życia, albowiem ilość kolorowych, egzotycznych drinków typu kokosowe mojito przekracza ludzkie pojęcie, nie wspominając już o mescalu, tequili i całkiem niezłym, lokalnym piwie (nie pijcie tylko Corony – ja wiem, że w Polsce kosztuje toto 10 zł, ale każdy Meksykanin wam powie, że to – za przeproszeniem – pospolite szczyny). Na plaży poza sezonem występuje plaga 2×1, happy hours, welcome drinków i innych sposobów na kompletne unieszkodliwienie turysty.

Przykładowe ceny: fantazyjne mojito w lepszej knajpie w Tulum (Batey): 80 MXP, piña colada na plaży: 65 MXP, mojito w Mahahual poza sezonem: 50 MXP, piwo: 25-40 MXP, shot mescalu: 30 MXP.

Zwiedzanie i w morzu pływanie: Nawet najdroższa atrakcja turystyczna Jukatanu, Chichén Itzá, kosztuje relatywnie mało, bo 220 MXP. Z moich obserwacji wynika, że podróżowanie gdziekolwiek przy pomocy lokalnych biur podróży rzadko ułatwia sprawę (chyba, że mamy do czynienia z jakimś bombowym trekkingiem po dżungli). Wstęp do cenotes również jest płatny, ale nie jest to bardzo droga przyjemność: wejście do dwóch cenotes w Dzitnup kosztuje np 90 MXP. Z kolei snorkelling i nurkowanie (w cenotes, w rafie koralowej, z rekinami, z delfinami, z płaszczkami, z czym tam chcemy) to droższa przyjemność: za oglądanie rekinów wielorybich (możliwe na Isla Mujeres i Holbox) zapłacimy średnio 1500 MXP, za zwykły, prosty snorkelling z kolorowymi rybami: 30 USD.

Płacenie: 1 zł = średnio 5 MXP, dolary powszechnie przyjmowane i wymieniane, bankomaty dostępne, ale żarłoczne: wszystkie pobierają średnio 30 MXP za jedną wypłatę.

Chorowanie: Malaria nie występuje poza bagnami na granicy z Gwatemalą, za to denga i chikungunya niestety tak, zwłaszcza w porze deszczowej (łazimy zatem permanentnie w chmurze chemikaliów, albowiem dengonośne komary gryzą w dzień). Jeśli, tak jak ja, mamy problemy z słońcem, a filtr przeciwsłoneczny z nas spłynął, pędem lecimy do apteki i aby ukrócić nasze cierpienia kupujemy to cudo (lidokaina i mentol. Sama przyjemność).

 

Kiedy jechać: dzikie tłumy walą do wschodniego Meksyku od listopada-grudnia do wiosny z uwagi na piękną pogodę. Osobiście, jadąc tam w samym środku sezonu huraganowego (wrzesień) miałam pewne obawy, czy aby nie będę bezustannie pływać w strugach deszczu, ale okazały się one bezpodstawne: tropikalna ulewa ma to do siebie, że trwa krótko i nie zostawia śladów.

Jak dolecieć: opcji jest dużo (Skyscanner prawdę ci powie), obecnie najtaniej lata Condor (z Warszawy przez Niemcy): bilet w jedną stronę, kupiony z niejakim wyprzedzeniem, kosztował ok 350 EUR.

 

Jukatan cz. 4: Laguna Bacalar i Mahahual

Dotarłszy na głębokie południe Jukatanu, właściwie zupełnie już nie rozumiem, dlaczego turyści jeżdżą do takich betonowych gargameli jak Cancún i Playa del Carmen. Laguna Bacalar może i jest ostatnią dziurą w Meksyku (a w Mahahual, gdzie właśnie dotarłam, ptaki zawracają w locie), ale w życiu nie widziałam tak obłędnie turkusowej wody, która w dodatku nie jest słona (bo to jezioro) i nie pływa w niej nic, co mogłoby odgryźć ci kawałek tyłka.

4   2

 

Tym sposobem, zainaugurowawszy sezon namiotowy (śpi się rewelacyjnie, o ile nic nie biega dookoła namiotu w środku nocy) przebimbałam trzy dni, pijąc piwo i koktajle z papai na kompletnie pustym kempingu w środku dżungli, od czasu do czasu jeżdżąc do miasteczka (gdzie również mieszkają mniej więcej cztery osoby) nażreć się czegoś dobrego. Moje jedyne towarzystwo to niejaki Antonio, podróżnik z Sewilli, z którym właśnie dotarliśmy autostopem na plażę w Mahahual (tuż przy granicy z Belize – również jest tu pusto jak w kalwińskim zborze), z zamiarem dalszego picia drinków z palemką za pięć złotych.

fish    pomost

Historia tego dziwnego miejsca jest jednak dosyć mroczna: 150 lat temu Jukatan spustoszyła tzw. Guerra de las Castas (wojna kast), podczas której Majowie i Hiszpańscy kolonizatorzy wyżynali się nawzajem przez kilkadziesiąt lat. W samym Bacalar miały miejsce dwie paskudne masakry (jednej dokonali Majowie, drugiej, w odwecie, Hiszpanie), bogate, kolonialne miasto zostało splądrowane, spalone i kompletnie opuszczone aż do początków XX wieku, kiedy znów zawitali tu jacyś mieszkańcy. Dzisiaj jest tu dosyć sennie, ale jezioro warte jest każdej godziny płaszczenia dupska w autobusie.

Jak nie wierzycie, to tutaj są zdjęcia.

Jukatan cz. 3: Tulum i cenotes

Ostatni przystanek w drodze do Belize: Laguna Bacalar. Mała wioska, gdzie rozbicie namiotu kosztuje 80 pesos (13 zł), na głównym placu sprzedają pyszne tacos z rybą, a sama laguna ma siedem różnych odcieni niebieskiego (sprawdzę i policzę, jak dotrę). Tu właśnie siedzę i usiłuję uniemożliwić komarom zjedzenie mnie żywcem.

W międzyczasie jednak było Tulum: starożytne, portowe miasto, z którego teraz zostały zarośnięte dżunglą, malownicze ruiny na skarpie. Niestety, obłędnie niebieski kolor wybrzeża (jak na podkolorowanych pocztówkach) chwilowo zniknął, z uwagi na inwazję brazylijskich glonów (gronorosty się to świństwo nazywa), które zarastają całe kilometry plaży, zalegają na brzegu i cuchną. Dodatkowo mnie wizytę zepsuła grupa hiszpańskich turystów, których porykiwania słychać było w każdym punkcie w ruinach, oraz prawdopodobnie również w Hawanie, Miami i Guatemala City.

2     1

Samo miasteczko wygląda jak każda inna surfersko-hippisowska wioska na świecie: od Goa, przez Dahab po tajskie wyspy wszystkie są zasadniczo identyczne: wegetariańskie knajpy o fantazyjnych nazwach z poduszkami na podłodze i portretami Boba Marleya na przemian z Che Guevarą (lokalny koloryt reprezentuje Frida Kahlo [✓], ludzie palący marihuanę na śniadanie [✓], centra jogi i masażu prowadzone przez starych hipisów w kolorowych portkach [✓], sklepy z badziewiem, gdzie można kupić kolczyki z piórkami, pareo w indyjskie wzory i tutki do palenia haszyszu [✓]. Dodatkowo mamy masę nawiedzonych Australijczyków, zajmujących się jednocześnie chiromancją, astrologią, gimnastyką, nurkowaniem i sokami owocowymi.

W tym kontekście nie powinno zatem dziwić, że mój Couchsurfingowiec w Tulum jest zawodowym szamanem z Indian Otomi, który odprawia swoje czary-mary (tzw. temazcal) na zblazowanych korpoludkach z Izraela, USA i Hiszpanii. Ja co prawda nie zostałam poddana żadnym egzorcyzmom, ale przetestowałam domową kolekcję mezcalu (wódka z agawy, jak nie znacie, to proszę przeczytać „Pod Wulkanem”), z uwagi na co nie bardzo byłam w stanie wyprodukować notkę na bloga.

Przetestowałam również pływanie w podziemnych krasowych jeziorkach, do których walą tutaj płetwonurkowie z całego świata. Cenotes są wydrążone w wapiennej skale, mają krystalicznie czystą wodę, i podobno prowadzą w zaświaty (dlatego Majowie dawniej wrzucali tam ofiary z ludzi). Pod sufitem latają nietoperze, a w wodzie pływają wielkie sumy i małe, wkurwiające rybki, które jak tylko wejdziesz do wody, zaczynają cię podgryzać (podobno w europejskich salonach spa używa się ich do pedicure). Osobiście nie lubię, kiedy coś mnie trąca nosem, kiedy wchodzę do wody (nie mówiąc już o podgryzaniu), z uwagi na atawistyczny lęk przed żarłocznymi rybami od czasu „Szczęk”. (na zdjęciach cenotes Samula i X’keken w Dzitnup koło Valladolid, Jukatan).

9     5      3

 

Na plażę zatem. Do zobaczenia.

Jukatan cz. 2: Chichén Itzá

Muszę przyznać, że moje pojęcie na temat Ameryki prekolumbijskiej jest mimo wszystko dość blade, więc nie będę się wymądrzać.

W telegraficznym, blogowym skrócie: te krawężniki pośrodku dżungli były kiedyś (AD 600-900, czyli grubo przed czasami, kiedy Hiszpanie wszystko w Meksyku do szczętu splądrowali) sporym miastem, a nawet lokalną stolicą, z bogatą kulturą, architekturą, wielojęzyczną populacją, stadionem, obserwatorium astronomicznym i świętą sadzawką, do której wrzucano jeńców wojennych.

pirmi    chicne

Na centralnym placu stoi El Castillo, czyli gigantyczna piramida-świątynia ze schodami z czterech stron świata (4×91 stopni plus platforma na górze = 365. Taki architektoniczny kalendarz. Koła nie wynaleźli, ale na astronomii się znali jak mało kto), po których w równonoc wiosenną i jesienną podobno wspina się cień węża (nawiązując do naczelnego bóstwa, czyli pierzastego Kukulcana). Dookoła mamy kilka innych świątyń (całkiem nieźle zachowanych), a to wojowników, a to jaguara, ale w gruncie rzeczy nie do końca wiadomo, do czego one służyły, ponieważ miasto podupadło na długo przed tym, kiedy komukolwiek chciałoby się takie dane odnotować dla potomności. Jest też obserwatorium astronomiczne, największe boisko do pelota w Ameryce Środkowej i ta nieszczęsna sadzawka, a raczej cenote.

sadzawka     chichen2

Między kamieniami przechadzają się gigantyczne iguany, łypiąc złowieszczo.

Nie wiem jak dla was, ale dla mnie zawsze najciekawsze w takich miejscach są budynki swojskie i świeckie lub to, co z nich zostało: targowiska, teatry, burdele, mięsny za rogiem (dlatego tak mi się podoba w Pompejach albo w Jerash). Niestety tego rodzaju instytucje rzadko wytrzymują najazdy, epidemie, kataklizmy i żarłoczną, tropikalną dżunglę, więc w Chichén Itzá możemy odnieść wrażenie, że wszystkie budynki w mieście służyły oddawania czci jakiemuś wielogłowemu bóstwu, dodatkowo w sposób wyjątkowo brutalny. Jak się domyślam, było zupełnie inaczej – domki, targi, knajpy i salony fitness stały tam, gdzie teraz rośnie dżungla, albo gdzie miejscowi rozstawiają swoje stragany z paskudztwem wszelkiej maści.

iguana     bostwo

Tak czy siak, jest to w bardzo niepokojący, żeby nie powiedzieć złowrogi sposób piękne, dzięki czemu znalazło się w rankingu New Seven Wonders.

Przyjeżdżać tylko rano (ja byłam o ósmej punktualnie), bo potem zjeżdżają dzikie hordy jankeskich plażowiczów z Cancún (zgroza).

Trochę więcej zdjęć tutaj.

Jukatan cz. 1: Cancún – Valladolid

Pewnie uznacie, że wybrzydzam, ale śmiem uważać, że Cancún zasadniczo można sobie darować. Ja wiem, że turkusowe Morze Karaibskie, że hotele, że delfinaria, ale jednak tego poziomu tandety nawet ja nie zniosę. Oczywiście, pojechałam na Isla Mujeres, popływałam w morzu z rurką w gębie (barakudy są obrzydliwe, ale wspaniale motywują do szybkiego pływania), poleżałam pod palmą sącząc piña colada (na moje nieszczęście mieli promocję 2×1, dzięki czemu wróciłam do miasta na gazie), ale jak dla mnie są to przyjemności jednodniowe, oraz w moim przypadku jednak wątpliwe, ponieważ krem z filtrem dla eskimoskich dzieci, którego jestem zmuszona używać (90), w tym klimacie (30 stopni, 90% wilgotności) spływa po dupie w sposób natychmiastowy, dzięki czemu dzisiaj moje tyły wyglądają jak japońska flaga.

IMG_9298     IMG_9297

Bardzo mi się jednak podoba to królestwo pstrokacizny. Europejscy architekci i specjaliści od miejskiej estetyki dostaliby tu zawału: wszystkie szyldy kolorowe, wielkie, namalowane jaskrawą farbą, częstokroć dodatkowo w sposób urągający zasadom hiszpańskiej ortografii. Pełno sklepów z trudnym do sklasyfikowania badziewiem: tanią biżuterią, gumowymi klapkami, chorągiewkami, frędzelkami, wielkimi paczkami kolorowych chipsów. Dodatkowo w ubiorze dominuje typowo południowa ostentacja: obcasy, minispódniczki, obcisłe ciuchy na grubych brzuszyskach, złote łańcuchy. Bomba.

Poza tym mieszkańcy Jukatanu lubią urządzać sobie przydomowe kapliczki z Virgen de Guadelupe – w dzień można na nie nie zwrócić uwagi, ale wieczorem wszystkie Matki Boskie w Valladolid migają choinkowymi lampkami i powiewają srebrnymi frędzelkami, co po prostu musiałam sfotografować. Niektórzy dodatkowo owe mini-ołtarzyki organizują sobie w przedpokoju, albo od razu w stołowym, koło telewizora, przed którym zamiast kanapy częstokroć wiszą kolorowe hamaki (fajne rozwiązanie, godne zaimportowania).

IMG_9411     IMG_9306

Reklamy w telewizji też są rzadkiej urody – u nas już się takich nie robi. Czekając na autobus do Valladolid, miałam okazję obejrzeć na dworcowym telebimie reklamę środka na wrzody żołądka przynajmniej dziewiętnaście razy – na końcu każdego spotu (zawierającego duże, kolorowe zdjęcia z gastroskopii, nie tam jakieś dyskretne animacje), damski chórek intonował „♪♫ Zapalenie żołądka! ♪♫” z wdziękiem właściwym zasadniczo wyłącznie reklamom czekoladek, i to też tylko w głębokich latach dziewięćdziesiątych.

Niemal wszyscy mają chociażby lekką nadwagę – nic dziwnego, zważywszy na to, co tu się je, w jakiej ilości, i o jakiej porze. Wczoraj wieczorem polazłam z Couchsurfingowcem na quesadillas do centrum miasta. Miło popatrzeć, jak ludzie sobie beztrosko stoją i wpieprzają tony żarcia smażonego w głębokim tłuszczu, polanego czekoladą, utopionego w chili, posypanego cukrem pudrem i czym tam jeszcze. A potem odjeżdżają do domu tymi swoimi ciężarówkami. Jak stwierdził Turro: jesteśmy tutaj bardzo „zgringowani” (agringados). Racja. Niemniej jednak tutaj jest wszystko jakby smaczniejsze i bardziej kolorowe, niż w Juesej.

IMG_9391 IMG_9337

Żeby nie było – ja też wpierdalam wszystko, co widzę, a zwłaszcza, jeśli nie mam pojęcia, co to jest, ale ma ładną, egzotyczną nazwę w języku Majów. Mając do wyboru dwadzieścia dwa różne nadzienia do tacos, staram się wybierać te, których nie umiem zidentyfikować, dzięki czemu jadłam już na śniadanie kanapkę z kaktusem i kilka koktajli grubo posypanych chili. Polecam.

Polecam również, zamiast jakiegoś tam Cancún, kolonialne miasteczko Valladolid – przepięknie pstrokate, ze starym klasztorem, barokowymi kościołami, fabrykami czekolady (w końcu stąd się właśnie wziął ten pomysł) i populacją, która mówi w niezrozumiałym dla mnie języku (maya). Będę tu siedzieć dwa dni, z uwagi na Chichén Itzá (ruiny, dżungla), oraz tzw. cenotes (jeziorka w jaskiniach), także stay tuned.

A reszta zdjęć z miasta jest tutaj.