Kambodża: Phnom Penh

Choeung Ek dziś wygląda jak zwykły podmiejski ogród z pagodą w środku. Równo przystrzyżone klomby, staw, kwiaty, motyle. Między 1974 a 1979 rokiem, przy akompaniamencie rewolucyjnych piosenek z rozwieszonych na drzewach głośników, kilkunastoletni chłopcy z Czerwonych Khmerów zamordowali tutaj ponad 20 tysięcy ludzi.

   

Więźniów na pola śmierci przywożono z położonej w centrum miasta katowni Tuol Sleng (S-21), mówiąc im, że są przenoszeni w inne miejsce, że będą pracować na wsi, tak jak reszta populacji, która została przymusowo wysiedlona z miast. Naboje były drogie, więc zabijano zazwyczaj przez uderzenie w głowę tępym przedmiotem lub poderżnięciem gardła. Niemowlęta zabijano, uderzając nimi o drzewo, które do dziś tu stoi, oznaczone tabliczką „the Killing Tree”.
Wszystkich ciał nigdy nie ekshumowano: kości i ubrania do tej pory wystają z ziemi – od czasu do czasu są zbierane przez pracowników muzeum i umieszczane we wnętrzu pagody.

   

Masowych grobów, takich jak ten w Choeung Ek, jest w Kambodży ok. dwudziestu tysięcy. Na polach śmierci, w obozach pracy, w więzieniach, z głodu lub przemęczenia zginęło podczas rządów Czerwonych Khmerów od 2.5 do 3 milionów ludzi, czyli ponad jedna czwarta ówczesnej populacji. Jakimś sposobem, kiedy w 1978 roku przyjechała tam delegacja szwedzkich komunistów, udało im się ten fakt przeoczyć i po powrocie opisywać rzekome sukcesy Demokratycznej Kambodży w europejskiej prasie (jest o tym książka).

   

W styczniu 1979 roku, kiedy wojska wietnamskie wkroczyły do Phnom Penh, zastali niemal kompletnie opuszczone miasto. W Tuol Sleng, dawnej szkole średniej, zamienionej na więzienie, znaleźli w salach tortuch 14 ciał, niemożliwych do zidentyfikowania. Z ponad 17 000 więźniów Tuol Sleng przeżyło tylko siedem osób. Wszyscy byli fotografowani tuż po aresztowaniu i często również po śmierci, jeśli zginęli przed wywózką do Choeung Ek. Te makabryczne zdjęcia wiszą dziś na ścianach muzeum. Tortury nie miały na celu zdobycie jakichkolwiek przydatnych reżimowi informacji, a jedynie przyznanie się więźnia do zarzucanego mu sabotażu, kradzieży czy wspópracy z obcymi służbami. Aresztowany i zabity w 1974 roku nowozelandzki żeglarz, Kerry Hamill (jego łódź zgubiła kurs podczas sztormu u wybrzeży Tajlandii), podczas tortur jako swoich rzekomych mocodawców w CIA wskazał takie postaci jak Sergeant Pepper (z albumu Beatlesów) i Colonel Sanders (widniejący w logo KFC), co zostało skrupulatnie odnotowane w więziennych archiwach.

   

Phnom Penh, rzecz jasna, jest dzisiaj przyjemnym, nowoczesnym miastem z wyraźnym, francuskim kolorytem. Gdzieniegdzie znajdziemy odrestaurowane buddyjskie świątynie i królewskie pałace, bulwary, podniszczone francuskie szyldy i kamience w stylu art deco. Więzienie S-21 obrosło w osiedla, sklepy, restauracje, stoiska z pamiątkami i knajpy dla turystów. Zastanawiające jest jednak, jak mało na ulicach widać starszych ludzi. Nikt już prawie nie mówi tu po francusku (mimo, że protektorat skończył się dopiero w 1953 roku), może dlatego, że poligloci, albo nawet posiadacze francuskiej literatury, byli pierwsi w kolejce pod topór.

Fakt, że zepchnięci przez wojska wietnamskie do dżungli Czerwoni Khmerzy oficjalnie reprezentowali Kambodżę w ONZ aż do 1993 roku brzmi dzisiaj jak ponury żart, podobnie jak fakt, że większość katów nigdy nie została osądzona.

Więcej zdjęć z Phnom Penh tutaj.

Kambodża: Angkor

Zdaniem NASA, od IX do XVI wieku było tu największe przedindustrialne miasto świata.  Ponad tysiąc świątyń (od małej kupy gruzu w rowie do gigantów w rodzaju Ankgor Wat), sztuczne stawy, kanały irygacyjne, ruiny pałaców, dróg, mostów i bram, po środku ogromnej, wszystkożernej dżungli. Od razu przypominają mi się ruiny Tikal, które też nagle pozostawiono na pastwę fauny i flory, po kilkuset latach owocnego zamieszkiwania, nie do końca wiadomo, dlaczego.

   

Na zdjęciach zawsze widać monumentalne, położone na środku sztucznego stawu Angkor Wat, czyli największy religijny kompleks budynków na świecie, pełen tajemniczych płaskorzeźb starożytnych tancerek i scen z Ramayany: architektoniczne odwzorowanie indyjskiej kosmologii. Dalej, począwszy od ruin Angkor Thom, co kilka kilometrów, między drzewami, za pokruszonym murem albo na środku jeziora, stoją dzieła sztuki: średniowieczne buddyjskie uniwersytety, figury hinduistycznych bogów, ołtarze, ołtarzyki i ołtarzyczki.

Docierasz tam zatem przed piątą rano, celem obejrzenia wschodu słońca i wyobrażasz sobie naiwnie, że będziesz siedzieć sobie w porannej rosie na brzegu stawu, słuchając jak ćwierkają ptaszki, a mnisi odprawiają poranne modlitwy. Okazuje się niestety, że nic z tego, bo na miejscu czeka już na ciebie milion backpackerów, oraz drugi milion chińskich wycieczek, i wspólnie uczestniczycie we flash mobie pt „całe Chiny strzelają sobie selfie na tle Ankgor Wat o poranku”, składającego się ze wrzasków, przepychanek i bitew na kije o najładniejszy kawałek stawu.

   

Potem jest już tylko lepiej, ponieważ ta sama grupa chińskich turystów, w kolejnych świątyniach na trasie, zostaje uzupełniona o amatorów „Eat Pray Love”, z których każdy musi, po prostu musi zrobić sobie zdjęcie z zamkniętymi oczami, siedząc w pozycji lotosu (że niby taki uduchowiony) na każdej okiennicy i na każdych schodach: nieważne, czy to rzeczywiście świątynia, czy starożytne wejście do sracza. Rada: wykup bilet siedmiodniowy, jeźdź po Angkor na rowerze (mimo upału) i poruszaj się pod prąd wszystkich wycieczek, najlepiej zaczynając w okolicach piątej rano. W przeciwnym razie zostaniesz stratowany.

   

Więcej zdjęć tutaj.

Singapur

Nawet Szwecja to doprawdy radosny bardach w porównaniu z Singapurem.

W tym chorobliwie wysprzątanym mieście-kraju jest czysto jak na oddziale intensywnej terapii, mimo, że mieszka tu prawie sześć milionów ludzi.

Najwyraźniej rygorystycznie wprowadzany od czasu niepodległości (1965, Wielka Brytania) program trzymania wszystkich za mordę (za przemyt narkotyków grozi tu kara śmierci) oraz technologicznego rozwoju na niespotykaną skalę zrobił z tego miasta prawdziwe Królestwo Sanepidu, co w tym klimacie (gdzie wszysko się lepi, sypie i zarasta) jest jednak sporym wyczynem. Futurystyczne wieżowce, przystrzyżone co do krzaczka ogrody, schludne skwerki, równe chodniki. Kraj tak zaprojektowany, żeby nikt nikomu w niczym nie przeszkadzał, i żeby wszystko chodziło jak w japońskim zegarku.

Coś potwornego. Ale nie da się ukryć, że jest to stan bardzo przyjemny, jeśli od tygodni (lub miesięcy) biegamy po Azji, po kolana w błocie, między trąbiącymi tuk-tukami a kurami czekającymi na zarżnięcie na środku chodnika.

 

W praktyce oznacza to, że na każdym kroku w Singapurze (w metrze, w parku, na przejściu dla pieszych, w hotelowej toalecie) lokalne władze czują się w obowiązku wystosować do mnie cały szereg kompletnie niepotrzebnych komunikatów, zapewne w przeświadczeniu, że nie posiadam zdolności logicznego myślenia. Mamy więc cały czas przed oczami obszerne instrukcje (niejednokrotnie w czterech językach: angielskim, malajskim, mandaryńskim i tamilskim) czego to akurat tutaj nie wolno (stać, siadać, jeść, pić, puścić bąka) i jak srogie grożą za to kary (zapalenie papierosa w ogrodzie botanicznym – 5000 SGD = 12 000 PLN), oraz wskazówki, gdzie dokładnie znajduje się prawa strona, a gdzie lewa i uważajcie, obywatelu, żebyście się nam przypadkiem nie zakrztusili tą sajgonką!

Gumą do żucia się nie zakrztusicie, bośmy zakazali jej sprzedaży. I kto by pomyślał, że Turbo, Donald i Winterfresh mogą być zakazaną używką, zażywaną po cichu, z wypiekami na twarzy, za zamkniętymi drzwiami, szmuglowaną z Malezji na dnie walizki. Nawet mormoni na to nie wpadli, a to jednak jakieś osiągnięcie.

Pod względem PKB per capita zajmuje siódme miejsce na świecie, co w praktyce oznacza, że przeciętny Singapurczyk wytwarza oraz konsumuje 3 i pół raza więcej, niż przeciętny Polak. Mamy więc hiperekskluzywne linie lotnicze, światowej klasy uniwersytety, bezrobocie na granicy błędu statystycznego, wieżowce ze szkła i stali (lubią tu numery typu szklana podłoga na dziewięćdziesiątym piętrze, infinity pool i inne bajery dla ludzi pozbawionych lęku wysokości) oraz naprawdę porządne, darmowe ogrody miejskie. To właśnie tam stoją te przedziwne, oplecione bluszczem „superdrzewa” i palmiarnie zaprojektowane jak statki kosmiczne. Dodam, że codziennie wieczorem do ogrodu schodzą się dzikie tłumy, drzewa migają kolorowymi swiatełkami, a z głośników leci Frank Sinatra (też nie rozumiem tej kombinacji, ale nie wygląda to źle).

Niestety wszędzie grasują wszelkiej maści Azjaci wyposażeni w kije do selfików – prawdziwa zmora tej części świata (od razu przypomina mi się ten uroczy rysunek). Nawet w Ogrodzie Botanicznym są specjalnie oznakowane punkty, w których zdaniem obsługi parku wychodzą najładniejsze selfiki: ustawione tam instrukcie tłumaczą, z właściwą sobie upiorną dokładnością, z której strony najlepiej się ustawić, żeby mieć na zdjeciu najbardziej kolorowe kwiatki.

Swoją drogą Ogród Botaniczny to jednak bardzo dobry powód, żeby pojawić się w Singapurze, bo jak wszystko w tym kraju jest drobiazgowo zaprojektowany, estetycznie wysmakowany i pełen bajerów typu ogród leczniczy, ogród aromatyczny, ogród prehistoryczny czy wszystkie orchidee świata w jednym miejscu.

Jest też oczywiście Chinatown, oraz Little India, a w każdym razie jego singapurska wersja, czyli Indie light, gdzie zapewne nawet gołębie mają wyznaczone miejsca do srania i jaszczurki biegają po ścianach po ustalonych trasach. A coście zrobili z krowami, ja się pytam? Małe Indie bez jednej krowy? Taka to Little India jak z koziej dupy trąba, skoro tutaj nie ma nawet karaluchów. Przypuszczam, że karaluchy siedzą zamknięte w zoo dla karaluchów, z którego raz w tygodniu są wyprowadzane na spacer. Na smyczy. Gęsiego.

  

Więcej zdjęć z Singapuru znajdziecie tutaj.

Penang – Malakka

Po raz pierwszy w życiu stałam w czterdziestominutowej kolejce po kluski z sosem. I stałabym drugie tyle!

Penang to kulinarna stolica Malezji, i prawdopodobnie również reszty świata. Zjemy tu malajskie lody z fasolą i kukurydzą (cendol), południowoindyjskie ryżowe naleśniki z ziemniakami (masala thosai), chińskie pierożki z czerwoną fasolą, tajskie zielone curry, i jeszcze inne cuda z Kambodży, Wietnamu, Laosu, Birmy, Japonii, Filipin i Indonezji: wszystko pod jednym dachem, za cztery pięćdziesiąt, na plastikowych tackach, opędzając się od latających nosicieli wszelkiego syfu.

Całe miasteczka walą gromadnie na te malaryczne mokradła, żeby się nażreć. I wcale im się nie dziwię: sama w zaawansowanej ciąży spożywczej przez pięć dni toczyłam się od wózka z pierożkami do kiosku z sokami z mango, rozważając zainstalowanie sobie drugiego żołądka, a i tak mam wrażenie, że nie udało mi się spróbować nawet promila tego, czym chata bogata.

   

Jeszcze do tego trafiłam na Diwali, przez co to chińsko-brytyjsko-malajskie kolonialne miasto zamieniło się w karnawał bollywoodzkiej taniochy (świeczki, kwiatki, kadzidełka, petardy robiące dziurę w mózgu), w piekielnym hałasie i morderczym upale. Ulicę dalej są już elegancko przystrzyżone żywopłoty, czerwone lampiony i domiszcza chińskich szlachciców z XIX wieku, gdzie nawet podwórkowe bonsaie mają kształt klucza żurawi nad Jangcy o poranku. Dalej zaś leży ulica Ormiańska (hipsterskie kawiarnie, belgijskie gofry i sushibary), meczety, kościoły i architektoniczne pozostałości po brytyjskiej kolonialnej administracji, emanujące charakterystyczną, protestancką nudą.

     

Kuriozalnie wyglądające resztki europejskiej obecności znajdziemy też w Malacce, gdzie na głównym placu przed kościołem stoi nawet kiczowaty, holenderski wiatrak, jak krasnal na trawniku. Zanim wszystko zajęli Brytole, Holendrzy okupowali Malakkę ponad 150 lat, odbiwszy ją Portugalczykom w 1641 roku – został po nich jeden pomnik Św. Franciszka Ksawerego i ruiny kościoła na wzgórzu, smętne, ogołocone i obstawione targiem z pamiątkami.  Za to reszta miasta to bardzo przyjemny bajzel, może z wyjątkiem weekendu, kiedy zjawia się tam pół Sinagpuru (bo blisko, bo tanio), celem oddawania się osobliwej weekendowej rozrywce, jaką jest kursowanie po ulicach na rikszach oklejonych pokemonami, przy czym są to riksze wyposażone w zestaw całkiem konkretnych głośników. Trudno mi sobie wyobrazić coś potworniejszego, niż siedzieć na jeżdżącej stercie fluorescencyjnych różowych pluszaków, podczas gdy kierujący pojazdem pozbawia mnie chęci do życia (oraz bębęnków) przy pomocy „Despacito” (czy innego audiosyfu), ale może po prostu wypijam za mało Tigera.

   

Teoretycznie Malakka jest miejscowością nadmorską (w końcu przez setki lat płynęły tędy do Europy załadowane przyprawami statki), ale niestety wodę w cieśninie cechuje przejrzystość, kolor i aromat Gangesu, wobec czego plaża służy ewentualnie do oglądania zachodów słońca i pływających meczetów. Jak dla mnie – nic nie szkodzi, i tak cały dzień siedzę na stołku w food courcie, patrząc jak się pieką ananasowe ciasteczka. Także tego, jeśli jedziecie do Malezji, to proszę zabrać portki na gumce, bo istnieje spora szansa, że wrócicie grubi i uśmiechnięci jak figurka Buddy.

   

   

Więcej zdjęć: z George Town (Penang) oraz z Malakki.

Malezja: Kuala Lumpur – Cameron Highlands

Podstawowa zasada tropików: powietrze składa się tu głównie z wody, więc wszystko dookoła jest cały czas mokre. Nie ważne, czy pada, czy nie: mokry jest plecak, mokre są buty, paszport, pieniądze w portfelu, elektronika, okulary, ciuchy, ręczniki. Należy wobec tego przyzwyczaić się, że:
– ubranie na tobie gnije
– rzecz raz zamoczona nie schnie już nigdy. W szczególności nie schną raz zamoczone jeansy.
– masz ochotę na 3-4 prysznice dziennie
– pustynna patelnia w Iranie nagle wydaje się możliwa do zniesienia.

Tak właśnie jest w Kuala Lumpur przez większość roku, ze szczególnym uwzględnieniem monsunowego października. To wyjaśnia, dlaczego bilety były takie tanie.

    

Po ośmiu godzinach w wyziębionym samolocie, Malezja przywitała mnie 30 stopniami, 80% wilgotnością i apokaliptyczną burzą z piorunami. Wieczorne Chinatown, w strugach deszczu, z migającymi chińskimi neonami, ulicznymi smażalniami niezidentyfikowanych kawałków mięsa i lekko zaśmieconym chodnikiem wyglądało jak dekoracje do Blade Runnera. Reszta miasta, już w świetle dnia, jak Nowy Jork, Kalkuta i Tokio w jednym, starające się nie dać się zeżreć tropikalnej zgniliźnie. 60-piętrowe bloki mieszkalne i luksusowe hotele, obok porośniętych bluszczem wieżowców ze stali i szkła, malajskich meczetów, buddyjskich świątyni, indyjskich bazarów i straganów z chińską taniochą.

        

Malezja, dawna brytyjska kolonia, od początku swojego istnienia (1957) wielokulturowość, wieloetniczność, wielojęzyczność i wieloreligijność traktuje niezmiernie poważnie. Według najnowszych danych, 61.3% z 32 milionów mieszkańców tego kraju to wyznawcy islamu, 19.8% to buddyści, 9.2% – chrześcijanie, 6.3% – hinduiści. Języków też jest mnóstwo: oficjalne są angielski i malezyjski bahasa, ale usłyszymy także tamilski, mandaryński, tajski i kantoński; a na jednej ulicy zobaczymy ludzi wszystkich ras i kolorów, legitymujących się malezyjskim paszportem. Islamskie święta są obchodzone tak samo hucznie jak Diwali i Chiński Nowy Rok. Można? Można.

   

   

Poza rewelacyjnym Muzeum Sztuki Islamskiej, jaskiniami Batu, ogrodem botanicznym oraz Petronas Towers, podstawowym powodem, żeby przyjechać do Kuala Lumpur jest żarcie. Sama jestem tu głównie po to, żeby się najeść, zwłaszcza po tym, jak w Iranie byłam zmuszona żywić się chlebem i bakłażanami, ponieważ perska kuchnia to niestety głównie krojone barany w sosie z innych baranów. Tutaj z kolei większości artykułów żywnościowych w ogóle nie jestem w stanie zidentyfikować, bo a)widzę je pierwszy raz w życiu na oczy, b)są opisane po chińsku lub malajsku, c) utopiono je w sosie sojowym albo innym syropie. Mogę tylko mieć nadzieję, że to, co właśnie zjadam nie biegało przed chwilą pod moim stołem i że sprzedawca zrozumiał, co to znaczy „no meat” i nie serwuje mi właśnie ropuchy w sosie z chomika (względnie chomika w sosie z ropuchy). Cokolwiek to jest, smakuje rewelacyjnie i wypala dziurę w żołądku.

    

Jedynym miejscem, do którego można uciec od tego przeraźliwego upału, są Cameron Highlands, czyli herbaciane góry trzy godziny na północ od stolicy. Dżungla, motylki, truskawki i potwornie kiczowate plantacje herbaty. Miasteczko Tanah Rata to co prawda koszmar gorszy niż Zakopane i Jastarnia razem wzięte (zwłaszcza w weekend, kiedy przyjeżdża tu całe Kuala Lumpur i pół Singapuru), ale zawsze można wybrać się do lasu i oglądać kolorowe motyle, stojąc po kolana w błocie.

Zdjęcia tutaj i tutaj.

Isfahan – Jazd – Shiraz

Już same te nazwy brzmią jak ze starożytnego zaklęcia. Jak miasta, które można oglądać z wysokości nocnego lotu na czarodziejskim dywanie, ewentualnie z grzbietu wielbłąda Marco Polo zaparkowanego pod karawanserajem. Coś w ten deseń.

Rzeczywiście, niewiele jest miejsc na ziemi, gdzie ludzie wyczyniają takie cuda z architekturą. Pałace wydrążone w ziemi, wyposażone w wysokie, gliniane wieże do łapania wiatru (tzw. badgiry: irańska klimatyzacja), meczety całe w niebieskich kafelkach i zapętlonych kaligrafiach we wnętrzach kopuł i iwanów, wyglądające jak starożytne planetaria. Witraże, dywany z jedwabiu i złote rybki w przypałacowych sadzawkach. Niczego nie brakuje, ilustracje z „Baśni z tysiąca i jeden nocy” istnieją w trzech wymiarach.

   

    

   

Najlepsze, co można zrobić w Isfahanie, poza spacerowaniem w nocy po mostach nad wyschniętym korytem rzeki Zayanderud i piciem herbaty pod kościołem w ormiańskiej dzielnicy, jest siedzenie wczesnym wieczorem na trawniku na placu Naqsh-e-Jahan i patrzenie w niebo, które zmienia kolor razem z bazarem, meczetem, fontannami i pałacami dookoła. Każdy opis tego zjawiska będzie pretensjonalny. Siedzisz, gapisz się, rozdziawiasz gębę i przypominasz sobie różne sonety krymskie i inne orientalistyczne fajerwerki, które nie są ani trochę przerysowane.

Z placu Naqsh-e-Jahan, zaprojektowanego w XVI wieku, kiedy Isfahan był stolicą, nie widać, jak wielkie jest to miasto. Kiedy wejdzie się na któryś z dachów, albo na górę Sofeh, można zobaczyć odbite na ksero blokowiska i smrodzące fabryki, jak w każdej dużej, bliskowschodniej metropolii. Wszystko jest jednak schowane za drzewami, przez to cały Isfahan wydaje się kameralnym, przypałacowym ogrodem, w którym dorodni mieszkańcy urządzają sobie pikniki.

   

   

Jazd z kolei to fatamorgana, miasto wyrwane pustyni przed tysiącami lat, przystanek na Jedwabnym Szlaku, gdzie progi muszą być odpowiednio wysokie, żeby skorpiony nie biegały po łazience. Wszystko jest tu niewyobrażalnie wręcz stare, począwszy od zamku Narin w Meybod, pamiętającego piąte tysiąclecie przed naszą erą, aż do świętego ognia w zoroastryjskiej świątyni w centrum miasta, który pali się nieprzerwanie od 700 lat. Powietrze przesycone jest pyłem, a temperatura trudna do zniesienia, ale wieczorem to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Siedzisz na dywanie na dachu, pijesz herbatę z kardamonem, słuchasz izanu i czujesz się jak perska księżniczka w brudnych sandałkach. Kiedy przyjechałam, zaczynał się akurat Muharram, czyli miesiąc żałoby po rodzinie Proroka Mahometa, celebrowany przez szyitów z południa Iranu z wyjątkowo malowniczym zaangażowaniem. Całe miasto było z tej okazji ubrane na czarno, przez co ludzie wieczorem wyglądali jak duchy, na tych ulicach koloru musztardy i pyłu.

   

    

10 dnia miesiąca muharram roku 680, w bitwie pod Karbalą zginął Husajn Ibn Ali wnuk Proroka, zabity przez wojsko kalifa Jazyda I. Zdaniem szyitów, Husajn był jedynym prawowitym spadkobiercą proroka, Podobnie jak dziewięciu następujących po nim imamów (przewodników duchowych), z których ostatni, Al-Mahdi, jak wierzą, jest imamem ukrytym, który powróci na ziemię tuż przed końcem świata. Ostatecznie, postać Husajna w dzisiejszym wyobrażeniu zawiera w sobie również dawnych perskich bohaterów, więc z antropologicznego punktu widzenia Aszura jest dziś również oddaniem hołdu męczeństwu, ofierze i poświęceniu. Przez pierwsze dni, ludzie gromadzą się wieczorami w meczetach, śpiewając żałobne pieśni, modląc się i słuchając kazań. Mężczyźni biją się w piersi, pod sufitem powiewają zielone, czarne i czerwone flagi. W dniu samego święta Aszury byłam już w Szirazie, gdzie żałobne procesje wypełniły całe centrum miasta. Ubrani na czarno żałobnicy walili w bębny, śpiewali i okładali się po plecach metalowymi sprzączkami. Nie wyglądało, szczerze mówiąc, żeby robili sobie jakąś szczególną krzywdę (jest to nawet w Iranie zabronione). Zdaniem niektórych, raczej chodzi o to, żeby wszystkie laski w Szirazie zobaczyły, jaki jesteś zgrabny w tej nowej czarnej koszuli, ale atmosfera misterium zostaje zachowana.

     

    

W Szirazie nie napijemy się niestety wina o tej nazwie, ale możemy przejść się po Ogrodu Spokoju (Bagh-e-Eram), odwiedzić grób poety Hafeza i przeczytać swoją przyszłość na karteczce papieru z jego wierszem (wyciągniętej z koperty przez oswojonego kanarka za jedyne 20 000 Riali – Irańska wersja wróżenia z fusów), zobaczyć najbardziej obłędne witraże w różowym meczecie i próbować sobie wyobrazić, jak też mogło wyglądać Persepolis (60 km za miastem), zanim Aleksander Wielki wszystko splądrował.

   

   

A potem wracasz nocnym autobusem do Kaszanu, przejeżdżasz, znowu, przez Isfahan jeszcze przed świtem i myślisz sobie: „Jak to, mam wyjechać? Już za pięć dni? To chyba jakieś żarty. Ja nigdzie nie jadę, ja tu chętnie zostanę, proszę bardzo, może być nawet w charakterze gołębia wyżerającego kukurydzę z worka na bazarze, albo odrapanej ławki pod meczetem.” Nie przesadzam.

Więcej zdjęć: Isfahan, Yazd i Shiraz.

Teheran – Kashan

Typowy konsument europejskich mediów ma o Iranie, delikatnie mówiąc, nienajlepsze zdanie. Lubimy się w Europie napawać tym, jaki ten Orient jest dziwny, pokręcony, okrutny i egzotyczny, a Iran wpasowuje się w tę narrację idealnie, jako swego rodzaju islamska Korea Północna, gdzie nikt nie używa brzydkich wyrazów, a odziani w turbany ludzie spędzają czas na kamieniowaniu amerykańskiej flagi, w przerwach między żarliwymi modlitwami o rychły koniec świata. Człowiek zatem naiwnie myśli, że jeśli już na lotnisku nie zakują go w dyby za butelkę wody kolońskiej, to będzie musiał przez miesiąc przemykać w worku pokutnym między patrolami policji religijnej, chyląc czoła przed obrazem tego czy innego Najwyższego Przywódcy.

A tymczasem okazuje się, że na taki survival jest już o dwie dekady za późno, bo oczywiście prohibicja i obyczajowy zamordyzm jak zwykle istnieją już głównie teoretycznie. Rzeczywiście, czytając irański Kodeks Karny można dostać gęsiej skórki. Tak, dalej jest w Iranie wykonywana kara śmierci, i w dalszym ciągu w ich systemie prawnym funkcjonują przewinienia, które gdziekolwiek indziej w ogóle nie byłyby brane pod uwagę.

W praktyce jednak kończy się to tak, że po tygodniu w Islamskiej Republice wiesz już, pod którym meczetem miejscowi kupują wino do kolacji, odkrywasz, że na aplikacjach randkowych jest tłok jak na wyprzedaży w Lidlu, a ze słów, którymi lokalni intelektualiści nad butelką bimbru opisują miłościwie nam panującego, żadne nie nadaje się do zacytowania. Dodatkowo warto nadmienić, że różne bezeceństwa, za które w teorii grożą malownicze średniowieczne kary (sto batów na gołą dupę to najlżejsza z nich) bardziej liberalni mieszkańcy Iranu przy odrobinie sprytu i dyskrecji czynią równie kompulsywnie jak Europejczycy, ponieważ Islamska Republika już jakiś czas temu porzuciła nadzieję na to, że można z nich zrobić cnotliwych abstynentów. Nie chcę tu nikogo rzecz jasna zachęcać do ryzykownych rozrywek, ale może pomocne okażą się słowa pewnego Irańczyka, wypowiedziane po kilku głębszych: „w Iranie można robić wszystko. Tylko po kryjomu, żeby nikt, kto cię prywatnie nie lubi, nie napisał donosu, po którym zwolnią cię z pracy za nieobyczajność. Nigdy stąd nie wyjadę, bo tu się po prostu nie można nudzić.” Fasada trzyma się zatem mocno, ale wnętrze już rozmontowane, a na zapleczu trwa dzika impreza.

     

Inaczej, niestety, mają się sprawy jeśli chodzi o przestępstwa grubszego kalibru, albo zwyczajne wykroczenia, z tym, że czynione na widoku. Raporty Amnesty International i HRW nie zostawiają na Iranie w tej kwestii suchej nitki. Jeśli na przykład publikujemy nasze wyczyny w internecie, (tak jak grupa młodzieży tańcząca zumbę albo „Happy” na dachach Teheranu), możemy liczyć na niesłabnące zainteresowanie władz, które dla przykładu urządzą na nas polowanie, żebyśmy sobie nie myśleli, że kajdany już zdjęte. Jeśli zaś zaczniemy kombinować z polityką, to jest to jeszcze inna rozmowa, i to raczej taka z latarką skierowaną między oczy, w miejscu, którego nie ma na mapie (obejrzyjcie sobie, na przykład, ten film).

To się niestety szybko nie zmieni, bo historia irańskiego zamordyzmu jest długa i barwna jak mało która; Irańczycy już w momencie przyjęcia szyickiego islamu mieli za sobą parę tysięcy lat całkiem porządnej historii: przegrali z Grekami pod Maratonem, toczyli wojny z Aleksandrem Macedońskim, panowali nad gigantycznym imperium, ciągnącym się od Indii do Afryki Północnej. Dynastie zmieniały się jak w kalejdoskopie, a ostatni Szach, Reza Pahlavi nawet odwiedził Polskę w 1977, zanim Rewolucja Islamska pozbawiła go tronu.

Wcześniej miał miejsce jeszcze jeden przewrót – kiedy w 1953 roku premier Mohammed Mossadegh postanowił, wbrew wszystkiemu, znacjonalizować irański przemysł naftowy, wyrzucając stamtąd tym samym zachodnie korporacje. W ramach tzw. Operacji Ajax, CIA, do spółki z brytyjskimi służbami specjalnymi zorganizowały zamach stanu, pozbawiając Mossadegha władzy, i wzmacniając władzę szacha na kolejne 26 lat. Od tamtej pory Ameryka i Wielka Brytania nie cieszą się w Iranie szczególną sympatią.

Historia rewolucji islamskiej jest skomplikowana i fascynująca, ale nie będę tutaj streszczać „Szachinszacha” i „Persepolis” w jednym akapicie, bo możecie (a nawet powinniście jak najprędzej) je sobie przeczytać sami. Starczy powiedzieć, że dotychczasowy porządek został wywrócony do góry nogami i upchany w dość specyficzną odmianę religijnego nacjonalizmu i szyickiej martyrologii (sprawę pogorszyła krwawa, brutalna, wyniszczająca i niepotrzeba wojna iracko-irańska w latach 80-tych), która do dziś straszy na ulicy w formie murali, bannerów, plakatów i malowideł krwawej treści. SAVAK, tajna policja polityczna, główne narzędzie represji irańskiej monarchii, co prawda zniknął, ale spotkanie z Gwardią Rewolucyjną również nie kończy się przyjemnie. Prezydentura Chatamiego w latach 90-tych oraz tzw. Zielona Rewolucja w 2009 roku przyczyniły się jednak to pewnego rodzaju mikroodwilży, dzięki której Iran jest państwem możliwym do zniesienia.

    

Dalej oczywiście mamy islamskie gry terenowe p.t. skromny ubiór i zakaz jeżdżenia na rowerze dla kobiet (pośladki wciśnięte w siodełko rzekomo mogłyby komuś zburzyć modlitewne skupienie), ale nie jest to szczególnie dotkliwe, zwłaszcza że upierdliwa policja obyczajowa przestała już nękać ludzi na co drugim skrzyżowaniu.

Szczególnie jest to widoczne w Teheranie, gdzie hipsterskie kafejki z latte za 30 zlotych rosną jak grzyby po deszczu, a szczytem lansu jest paradowanie ze świeżym plastrem na nosie po obowiązkowej w pewnych kręgach operacji plastycznej. Zamiast czadorów widzimy kolorowe chustki, krzykliwy makijaż i nos Michaela Jacksona, powielony jak na kopiarce (rodzinna promocja: zrobisz sobie nos, to twoja siostra dostanie taki sam za pół ceny). Jak na 20-milionową metropolię, Teheran jest zaskakująco schludny, zielony i uporządkowany. Spodziewałam się czegos pomiędzy Kairem a Karaczi, a dostałam, powiedzmy, zmutowany Bukareszt.  Wysprzątana i bogata północ z eleganckimi willami tuż pod górami, oraz zakurzone, zadymione i parterowe południe. Jedyne, czego brakuje to tzw. nightlife: bary, dyskoteki i inne tego rodzaju przybytki zwyczajnie nie istnieją: zamiast nich mamy kawiarnie i restauracje, zamykane o godzinach dość wczesnych. Jedyny w swoim rodzaju jest za to bazar – twór rozmiarów tak nieludzkich, że kiedy postanowimy się tam przespacerować, to istnieje możliwość, że trzeba już będzie ułożyć sobie życie w którymś z karawanserajów z chińskimi skarpetkami, ponieważ żaden GPS nie poradzi sobie z kilometrami, które trzeba będzie znowu pokonać, żeby wyjść. Mamy tu też typowe w stolicy muzeum tego i owego, w tym kolekcję cesarskich klejnotów, do której wchodzi się jak do Pentagonu. Gdzieniegdzie stoją dawne pałace szacha, pełne orientalnej ostentacji (lustra, złoto, porcelana), a na ulicach nazwanych imionami szachidów kiczowate pomniki rewolucji, męczeństwa, nieudanych kampanii wojennych, i innych rzeczy które Irańczycy lubią celebrować conajmniej tak bardzo, jak Polacy.

Kashan to z kolei niepozorna, parterowa dziura na środku pustyni, gdzie masz zostać dwa dni, a nie potrafisz wyjechać przez tydzień, bo nie dość, że na bazarze na dźwięk twojego drewnianego perskiego częstują cię lodami o smaku wody różanej i szafranu, to jeszcze do tego kolacja w starym hammamie z nowo poznanymi znajomymi kończy się graniem węgierskich tańców na skrzypcach. Z uwagi na morderczy klimat, tradycyjne domy są zasadniczo wydrążone w ziemi – przedpokój znajduje się jeszcze na poziomie ulicy, ale im dalej wchodzimy, tym niżej jesteśmy, aż w końcu docieramy na podwórko, które jest już kilkanaście metrów poniżej jezdni. Piękne, stare, gliniane domy, górskie wioski i siedzenie po południu nad sadzawką w kilkusetletnim ogrodzie. Trudno na cokolwiek narzekać, proszę Państwa. Tu jest pięknie.

      

Dlaczego tak pięknie? Nie napisałabym tego lepiej, niż Kapuściński, który tak oto pisze o Persach: „Co myśmy dali światu? Myśmy dali poezję, miniaturę i dywan. Jak pan widzi, z wytwórczego punktu widzenia, same bezużyteczne rzeczy. Ale właśnie w tym wyraziliśmy siebie. Myśmy dali światu tę cudowną, niepowtarzalną bezużyteczność. To, co daliśmy światu nie polegało na ułatwianiu życia, tylko na jego ozdabianiu, oczywiście, o ile takie rozróżnienie ma sens. Bo na przykład dywan jest dla nas potrzebą życia. Pan rozkłada dywan na strasznej, spalonej pustyni, kładzie się na nim i czuje, że leży na zielonej łące. Tak, nasze dywany przypominają kwitnące łąki. Pan widzi kwiaty, widzi ogród, sadzawkę i fontannę. Między krzewami przechadzają się pawie. A dywan to trwała rzecz, dobry dywan zachowa kolor na wieki. A w ten sposób, żyjąc w nagiej i monotonnej pustyni, pan żyje jak w ogrodzie, który jest wieczny, który nie traci barwy ani świeżości. A jeszcze można sobie wyobrazić, że ten ogród pachnie, można usłyszeć szum strumienia i śpiew ptaków. I wtedy pan czuje się dobrze, pan czuje się wyróżniony, pan jest blisko nieba, pan jest poetą.” (R. Kapuściński, „Szachinszach”).

Reszta zdjęć z Teheranu i Kashanu jest tutaj oraz tutaj.

Brazylia: Rio de Janeiro

„Brazylijczycy grają lepiej w piłkę, ale my mamy większego betonowego Jezusa!” – była kiedyś taka grupa na Facebooku. Może to i prawda, ale nasz Chrystus ma widok na Świebodzin, czego mu dosyć trudno zazdrościć, a tutejszy na cidade maravilhosa, gdzie wszyscy pragną przybyć się lansować na plaży, mając na sobie dwa skrzyżowane paski materiału.
Rzeczywiście, trochę tak to wygląda, chociaż na Copacabanie i Ipanemie zobaczymy też standardowo prostytutki, biegaczy, roznosicieli leżaków, namolnych sprzedawców kradzonych okularów, rybaków i komiwojażerów. Obok stoją jednakowe nadmorskie knajpy z niezmiennie paskudnym i drogim jedzeniem, stoiska z rozwodnioną caipirinhą i świeżymi kokosami i dzielnice, gdzie metr kwadratow kosztuje dziewiętnaście średnich krajowych, a ludzie, mający na sobie przemysłowe ilości botoksu i silikonu, spacerują niezmiennie w towarzystwie shin tzu w różowych kubraczkach od Luis Vuitton. Jeśli zaś pójdziemy odrobinę wyżej, znajdziemy się w samym jądrze ciemności, gdzie gangi narkotykowe od lat nie mogą się porozumieć co do podziału terytorium, co skutkuje regularną wojną i codzienną strzelaniną.
Przestępczość jest tu tak wysoka, że nawet Limanka w piątek wieczorem to w porównaniu z tym oaza spokoju. Tylko jednego dnia w centrum widziałam dwie osoby uciekające przed policją z torebką w ręku, a są takie rejony miasta gdzie z moim ryjem zasadniczo w ogóle nie należy się pokazywać. Nawet nadchodząca olimpiada, z perspektywy Cariocas, to głównie historia przekrętów i machlojek, przeszacowanych robót drogowych, kolosalnych zaniedbań i bałaganu – czyli klasyczny brazylijski festiwal absurdu, do którego wszyscy się zdążyli przyzwczaić.
Plaża, wieżowce i piętrowa dżungla z tyłu – trudno przebić taką konfigurację miejskiego krajobrazu, który zresztą najlepiej widać właśnie z wysokości pomnika Chrystusa Zbawiciela, zawleczonego na Corcovado ponad 80 lat temu. Jest jeszcze Pao d’Azucar, ale nie ma sposobu, żeby zmusić mnie do wejścia do kolejki linowej, skoro ostatnio miewam problemy nawet z chodzeniem po moście. Pozostają zatem spacery wzdłuż wybrzeża oraz do ogrodu botanicznego – prawdopodobnie najfajniejszego na świecie. Na roślinach znam się jak świnia na gwiazdach, ale jeśli coś nazywa się „czekoladowa orchidea”, „broda węża”, „miecz św Jerzego” albo „niedźwiedzi włos” to w sumie nieistotne, jak wygląda.
A teraz czas wrzucić plecak do samolotu i dać się przetransportować na północ. Koniec tych wygłupów, a w każdym razie przerwa.

Dziękuję za uwagę 🙂

Zdjęcia tu.

Brazylia: Paraty

Ostatnia prosta: zima w Brazylii.

Leje, wieje i grzmi, ale małe, kolonialne miasteczka takie jak Paraty niespecjalnie tracą na uroku, a nawet nieco zyskują, z uwagi na mniej gromadną obecność turystów. Ulice momentalnie zamieniają się w kałuże, komary nie dają żyć, a próba kąpieli w oceanie oznacza walkę z postępującą hipotermią w wodzie i mżawką na plaży. Ale mimo to są tu ogrody, małpy, kolorowe domki i kilkanaście rodzajów cachaçy, co trochę poprawia humor w mieście, które jak każde inne kolonialne miasteczko zostało zamienione w Kazimierz nad Wisłą: drogie knajpy, drogie butiki, chińskie pamiątki. Stąd wypływało kiedyś do Portugalii całe brazylijskie złoto z Minas Gerais: jest fort, kilka kościołów, setki małych wysepek dookoła, ciężkie chmury, błoto, nadgniłe stateczki w porcie i papugi rozgrzebujące śmieci na ulicy. Powietrze ciężkie od kwiatów.

Przypomina mi się Goa, ze zrujnowanymi portugalskimi kościołami w środku dżungli, zniszczonymi przez wilgoć kolonialnymi domami i malarycznym powietrzem. Zapewne latem wygląda to podobnie, zwłaszcza, kiedy wszystko zakwitnie i zacznie gnić w pełnym słońcu.

Trza zatem wrócić do Brazylii za pół roku.

Zdjęcia tutaj.

Brazylia: São Paulo

Brazylii nie da się ogarnąć za jednym podejściem. 8.5 miliona kilometrów kwadratowych powierzchni (czyli prawie tyle, co USA), 205 milionów mieszkańców (ponad pięć razy tyle co w Polsce), piąty największy kraj świata, siódma gospodarka, a zarazem siedemnasta pod względem nierówności ekonomicznych (index Giniego: 51.9, czyli cholernie dużo).

Jednocześnie: ponad 60% powierzchni kraju zajmuje tropikalna dżungla.

sao     skyline

Brazylia kojarzy nam się z potworną biedą miejskich favelas, ale w ciągu ostatnich kilkunastu lat, mimo rosnącego długu i gospodarczej apokalipsy, dzięki największemu na świecie programowi pomocy socjalnej zainicjowanemu przez byłego prezydenta Inácio Lula da Silvę (Fome Zero i Bolsa Familia), ponad 30% najbiedniejszych Brazylijczyków dołączyło do klasy średniej. O tyle niewiele to dało, że tak czy siak obecnie wszyscy tu zajęci są aksamitnym zamachem stanu, w którym władzę straciła prezydent Dilma Rousseff (jej własny wiceprezydent, Michel Temer, podłożył jej świnię i stworzył rząd tymczasowy złożony z samych białych, bogatych facetów). Dilma może i ma swoje za uszami, ale usuwający ją ze stanowiska są niewątpliwie nieporównywalnie bardziej skorumpowani od niej, co powoli zaczyna wychodzić na jaw. Pod tym względem Brazylia jest od lat w głębokim kryzysie, bo od zawsze panuje tu piętrowa korupcja na skalę, przy której bledną wszystkie afery Rywina, starachowickie i hazardowe. Poza tym władza łapie się szelkich możliwych sposobów, używając drastycznych i represyjnych metod, żeby zaprowadzić porządek w dzielnicach nędzy (jest o tym film), ze średnim, jak dotąd skutkiem: jeśli chodzi o liczbę morderstw na 100 000 mieszkańców, Brazylia do tej pory utrzymuje się w pierwszej dwudziestce.

W tej atmosferze odbędą się tu zaraz Igrzyska Olimpijskie, chociaż lekarze apelują do WHO, żeby je przenieść albo przesunąć, z uwagi na zagrożenie wirusem Zika (mnie już prawdopodobnie dopadło to świństwo w Kolumbii) i dengą.

paulo

Nie jest jednak tak źle: to dalej kraj samby, kawy, Amazonii, pięknych ludzi, operacji plastycznych, caipirinhi i futbolu. Chociaż akurat entuzjazm co do tego ostatniego nieco tu opadł po tym, jak nasi zachodni sąsiedzi spuścili Brazylijczykom na ich własnym boisku na ostatnich Mistrzostwach Świata tak koncertowy łomot. Moim zdaniem jest to jednak żaden wstyd w porównaniu z faktem, na świecie sprzedano już ponad 200 milionów egzemplarzy Alchemika w 80 językach i nie ma przed tym zalewem bezguścia żadnego ratunku (Paolo Coelho jest tym samym najpoczytniejszym brazylijskim pisarzem, o czym usilnie staram się zapomnieć). To jest dopiero brazylijska zaraza, a nie jakaś tam Zika.

São Paulo to z kolei największe miasto na całej półkuli. Mieszka tu 21 milionów ludzi, ale w ogóle tego nie czujemy, bo miasto nie jest ani szczególnie zatłoczone, ani zasmrodzone ani brudne, czego nie można powiedzieć o paru innych trzecioświatowych metropoliach podbnych rozmiarów, typu Kair, Bombaj czy Delhi, które wyglądają, delikatnie mówiąc, jak karnawał w sraczu. Spodziewałam się zatem stać cały dzień po kostki w gównie, a zobaczyłam parki, skwery, wieżowce i – rzecz jasna – dzielnice nędzy, które jednak nie wyglądają już tak potwornie, jak na filmach z lat dziewięćdziesiątych. Niby stolica jest gdzie indziej, ale to tu jest centrum brazylijskiego życia, sztuki i finansjery. Mieszka tu całkiem sporo japońskich imigrantów (sushi zatem po cenach dumpingowych), podobnie jak libańskich, polskich, tureckich, włoskich i żydowskich. Wychodzi z tego bardzo przyjemna, kolorowa mieszanka, no prawie, prawie jak Buenos Aires.

Zdjęcia tu.

portal   azjatki