13418419_10154936086358136_4679058410772310833_o

Brazylia: Rio de Janeiro

„Brazylijczycy grają lepiej w piłkę, ale my mamy większego betonowego Jezusa!” – była kiedyś taka grupa na Facebooku. Może to i prawda, ale nasz Chrystus ma widok na Świebodzin, czego mu dosyć trudno zazdrościć, a tutejszy na cidade maravilhosa, gdzie wszyscy pragną przybyć się lansować na plaży, mając na sobie dwa skrzyżowane paski materiału.
Rzeczywiście, trochę tak to wygląda, chociaż na Copacabanie i Ipanemie zobaczymy też standardowo prostytutki, biegaczy, roznosicieli leżaków, namolnych sprzedawców kradzonych okularów, rybaków i komiwojażerów. Obok stoją jednakowe nadmorskie knajpy z niezmiennie paskudnym i drogim jedzeniem, stoiska z rozwodnioną caipirinhą i świeżymi kokosami i dzielnice, gdzie metr kwadratow kosztuje dziewiętnaście średnich krajowych, a ludzie, mający na sobie przemysłowe ilości botoksu i silikonu, spacerują niezmiennie w towarzystwie shin tzu w różowych kubraczkach od Luis Vuitton. Jeśli zaś pójdziemy odrobinę wyżej, znajdziemy się w samym jądrze ciemności, gdzie gangi narkotykowe od lat nie mogą się porozumieć co do podziału terytorium, co skutkuje regularną wojną i codzienną strzelaniną.
Przestępczość jest tu tak wysoka, że nawet Limanka w piątek wieczorem to w porównaniu z tym oaza spokoju. Tylko jednego dnia w centrum widziałam dwie osoby uciekające przed policją z torebką w ręku, a są takie rejony miasta gdzie z moim ryjem zasadniczo w ogóle nie należy się pokazywać. Nawet nadchodząca olimpiada, z perspektywy Cariocas, to głównie historia przekrętów i machlojek, przeszacowanych robót drogowych, kolosalnych zaniedbań i bałaganu – czyli klasyczny brazylijski festiwal absurdu, do którego wszyscy się zdążyli przyzwczaić.
Plaża, wieżowce i piętrowa dżungla z tyłu – trudno przebić taką konfigurację miejskiego krajobrazu, który zresztą najlepiej widać właśnie z wysokości pomnika Chrystusa Zbawiciela, zawleczonego na Corcovado ponad 80 lat temu. Jest jeszcze Pao d’Azucar, ale nie ma sposobu, żeby zmusić mnie do wejścia do kolejki linowej, skoro ostatnio miewam problemy nawet z chodzeniem po moście. Pozostają zatem spacery wzdłuż wybrzeża oraz do ogrodu botanicznego – prawdopodobnie najfajniejszego na świecie. Na roślinach znam się jak świnia na gwiazdach, ale jeśli coś nazywa się „czekoladowa orchidea”, „broda węża”, „miecz św Jerzego” albo „niedźwiedzi włos” to w sumie nieistotne, jak wygląda.
A teraz czas wrzucić plecak do samolotu i dać się przetransportować na północ. Koniec tych wygłupów, a w każdym razie przerwa.

Dziękuję za uwagę 🙂

Zdjęcia tu.

paraty1

Brazylia: Paraty

Ostatnia prosta: zima w Brazylii.

Leje, wieje i grzmi, ale małe, kolonialne miasteczka takie jak Paraty niespecjalnie tracą na uroku, a nawet nieco zyskują, z uwagi na mniej gromadną obecność turystów. Ulice momentalnie zamieniają się w kałuże, komary nie dają żyć, a próba kąpieli w oceanie oznacza walkę z postępującą hipotermią w wodzie i mżawką na plaży. Ale mimo to są tu ogrody, małpy, kolorowe domki i kilkanaście rodzajów cachaçy, co trochę poprawia humor w mieście, które jak każde inne kolonialne miasteczko zostało zamienione w Kazimierz nad Wisłą: drogie knajpy, drogie butiki, chińskie pamiątki. Stąd wypływało kiedyś do Portugalii całe brazylijskie złoto z Minas Gerais: jest fort, kilka kościołów, setki małych wysepek dookoła, ciężkie chmury, błoto, nadgniłe stateczki w porcie i papugi rozgrzebujące śmieci na ulicy. Powietrze ciężkie od kwiatów.

Przypomina mi się Goa, ze zrujnowanymi portugalskimi kościołami w środku dżungli, zniszczonymi przez wilgoć kolonialnymi domami i malarycznym powietrzem. Zapewne latem wygląda to podobnie, zwłaszcza, kiedy wszystko zakwitnie i zacznie gnić w pełnym słońcu.

Trza zatem wrócić do Brazylii za pół roku.

Zdjęcia tutaj.

laska

Brazylia: São Paulo

Brazylii nie da się ogarnąć za jednym podejściem. 8.5 miliona kilometrów kwadratowych powierzchni (czyli prawie tyle, co USA), 205 milionów mieszkańców (ponad pięć razy tyle co w Polsce), piąty największy kraj świata, siódma gospodarka, a zarazem siedemnasta pod względem nierówności ekonomicznych (index Giniego: 51.9, czyli cholernie dużo).

Jednocześnie: ponad 60% powierzchni kraju zajmuje tropikalna dżungla.

sao     skyline

Brazylia kojarzy nam się z potworną biedą miejskich favelas, ale w ciągu ostatnich kilkunastu lat, mimo rosnącego długu i gospodarczej apokalipsy, dzięki największemu na świecie programowi pomocy socjalnej zainicjowanemu przez byłego prezydenta Inácio Lula da Silvę (Fome Zero i Bolsa Familia), ponad 30% najbiedniejszych Brazylijczyków dołączyło do klasy średniej. O tyle niewiele to dało, że tak czy siak obecnie wszyscy tu zajęci są aksamitnym zamachem stanu, w którym władzę straciła prezydent Dilma Rousseff (jej własny wiceprezydent, Michel Temer, podłożył jej świnię i stworzył rząd tymczasowy złożony z samych białych, bogatych facetów). Dilma może i ma swoje za uszami, ale usuwający ją ze stanowiska są niewątpliwie nieporównywalnie bardziej skorumpowani od niej, co powoli zaczyna wychodzić na jaw. Pod tym względem Brazylia jest od lat w głębokim kryzysie, bo od zawsze panuje tu piętrowa korupcja na skalę, przy której bledną wszystkie afery Rywina, starachowickie i hazardowe. Poza tym władza łapie się szelkich możliwych sposobów, używając drastycznych i represyjnych metod, żeby zaprowadzić porządek w dzielnicach nędzy (jest o tym film), ze średnim, jak dotąd skutkiem: jeśli chodzi o liczbę morderstw na 100 000 mieszkańców, Brazylia do tej pory utrzymuje się w pierwszej dwudziestce.

W tej atmosferze odbędą się tu zaraz Igrzyska Olimpijskie, chociaż lekarze apelują do WHO, żeby je przenieść albo przesunąć, z uwagi na zagrożenie wirusem Zika (mnie już prawdopodobnie dopadło to świństwo w Kolumbii) i dengą.

paulo

Nie jest jednak tak źle: to dalej kraj samby, kawy, Amazonii, pięknych ludzi, operacji plastycznych, caipirinhi i futbolu. Chociaż akurat entuzjazm co do tego ostatniego nieco tu opadł po tym, jak nasi zachodni sąsiedzi spuścili Brazylijczykom na ich własnym boisku na ostatnich Mistrzostwach Świata tak koncertowy łomot. Moim zdaniem jest to jednak żaden wstyd w porównaniu z faktem, na świecie sprzedano już ponad 200 milionów egzemplarzy Alchemika w 80 językach i nie ma przed tym zalewem bezguścia żadnego ratunku (Paolo Coelho jest tym samym najpoczytniejszym brazylijskim pisarzem, o czym usilnie staram się zapomnieć). To jest dopiero brazylijska zaraza, a nie jakaś tam Zika.

São Paulo to z kolei największe miasto na całej półkuli. Mieszka tu 21 milionów ludzi, ale w ogóle tego nie czujemy, bo miasto nie jest ani szczególnie zatłoczone, ani zasmrodzone ani brudne, czego nie można powiedzieć o paru innych trzecioświatowych metropoliach podbnych rozmiarów, typu Kair, Bombaj czy Delhi, które wyglądają, delikatnie mówiąc, jak karnawał w sraczu. Spodziewałam się zatem stać cały dzień po kostki w gównie, a zobaczyłam parki, skwery, wieżowce i – rzecz jasna – dzielnice nędzy, które jednak nie wyglądają już tak potwornie, jak na filmach z lat dziewięćdziesiątych. Niby stolica jest gdzie indziej, ale to tu jest centrum brazylijskiego życia, sztuki i finansjery. Mieszka tu całkiem sporo japońskich imigrantów (sushi zatem po cenach dumpingowych), podobnie jak libańskich, polskich, tureckich, włoskich i żydowskich. Wychodzi z tego bardzo przyjemna, kolorowa mieszanka, no prawie, prawie jak Buenos Aires.

Zdjęcia tu.

portal   azjatki

beetle

Urugwaj: Colonia – Montevideo

Kiedy po dwóch godzinach leniwego snucia się promem między szuwarami wreszcie dopływasz na drugą stronę rzeki La Plata, od razu widać, że dotarłeś do światowej stolicy marihuany: miasteczko Carmelo, mimo poniedziałku i rześkiej, jesiennej tempatrury, nie wykazuje absolutnie żadnej aktywności. Samochodów jest mało i jeżdżą powoli, jakby bały się kogoś potrącić (a nie ma przecież kogo), sklepy zamknięte, bary nieczynne, bank otwierają o trzynastej.

stolik   kocur

Chyba na tym właśnie polega urok Urugwaju: nikt nie pamięta, kiedy ostatni raz coś się tutaj wydarzyło, ale również nikomu to nie przeszkadza, a wręcz odnosimy wrażenie, że tak powinno być. Od granicy do granicy tylko trawiaste pagórki, wysmagane wiatrem parterowe miasteczka, konie i krowy. Wszędzie krowy. Mają nad ludźmi przytłaczającą przewagę liczebną: na każdego Urugwajczyka (których jest tylko 3.4 miliona) przypada 3.8 sztuk bydła. No i te zardzewiałe samochody, stare Volksvageny, kamienne domki i uliczki wybrukowane kocimi łbami: wszystko kameralne i pocztówkowe.

ulica1   zalatrnie

Nawet Montevideo jakoś się szczególnie nie wysila, żeby udawać duże miasto z prawdziwego zdarzenia. Niby są tu jakieś okazałe budynki, dziewiętnastowieczne kamienice, gdzieniegdzie wieżowce. Ale nie ma śladu po wielkomiejskim pośpiechu Buenos Aires: mieszkańcy paradują z termosami do mate, a co poniektórzy zupełnie spokojnie popalają na ławkach skręty, w przerwie na kawę. Każdy może mieć tu swoje drzewko i dowolnie z niego korzystać, bo Urugwajczycy, jako społeczeństwo cywilizowane, zauważyli że nikomu to specjalnie nie szkodzi, a o wiele mocniejsze syfy oraz proste trucizny można kupić na całym świecie w aptekach bez recepty, o supermarketach nie wspominając. Po latach brutalnej dyktatury, Urugwaj wykonał nieprawdopodobną wręcz woltę, i stał się „jedyną pełnoprawną demokracją w Ameryce Południowej” (zdaniem the Economist): nie ma istotnych problemów z korupcją, przestępczością, wolnością prasy i zgromadzeń, społeczeństwo jest bogate, laicki i tolerancyjne, legalne są małżeństwa między osobami tej samej płci, oraz kobiety miały tu prawo do rozwodu już w 1913, a do głosowania w wyborach już od 1927, czyli o wiele wcześniej niż w sąsiednich krajach. Symbolem tutejszego stylu życia jest niewątpliwie niezwykle popularny był prezydent, José Mujica, który jako lewicowy rebeliant spędził 13 lat w więzieniu w czasie dyktatury, a jako polityk odmówił przeniesienia się do pałacu (do dziś mieszka na małej farmie na obrzeżach Montevideo), jeździł starym Volkswagenem i nigdy nie nosił garnituru.

samochod    zaglowka

 

Niemniej jednak maj nie jest najlepszym momentem na odwiedzenie Urugwaju, bo popołudniowy wiatr znad pampy urywa głowę. Teoretycznie, zgodnie z tytułem bloga, to już koniec trasy. Ale dzięki uprzejmości linii lotniczych Condor, której ceny na tych trasach są wręcz niepokojąco niskie, w bonusie dostaniecie jeszcze jeden kraj.

scniana

Zaraz będzie Brazylia.

Zdjęcia z Urugwaju tutaj.

 

obelisko

Argentyna: Buenos Aires

Buenos, istotnie, jest boskie. Po bazarowo-nijakich środkowoamerykańskich stolicach, brudnej Limie, zimnym La Paz i zadymionym Santiago nareszcie mamy miasto, które nadaje się do życia. Gdyby nie to, że praca wzywa, i czas wygenerować trochę PKB w jakiejś stabilnej, wymienialnej walucie (czego nie można powiedzieć o pesos), zupełnie na serio rozpakowałabym tu plecak na stałe. A oto dlaczego:

buenos   gardel

 

  1. Buenos zbudowano z nowojorskim rozmachem, paryską elegancją i madryckim wdziękiem. Jest rzeka, jest metro, jest port, są kina, teatry, galerie, muzea, kluby jazzowe, wiedeńskie kawiarnie i największy meczet w Ameryce Południowej. Oraz 14 milionów ludzi. Zawsze było to miasto totalne, gdzie reszta świata uciekała przed wojnami, biedą, beznadzieją (Polacy, Hiszpanie) albo sprawiedliwością (Naziści), skutkiem czego powstało miasto-mozaika, otwarte, tolerancyjne i bogate, nawet w czasie najmroczniejszej, wojskowej dyktatury (1976-1983) czy peronistycznego szaleństwa. W Nowym Jorku jest zbyt zimno, w Londynie leje, w Berlinie mówią po niemiecku, a w Paryżu mieszkają Francuzi. Zatem zostaje Buenos Aires.
  2. Mieszkam w dzielnicy żydowskiej, gdzie koło mnie w supermarkecie zakupy robią pejsaci panowie w chałatach. Bezdyskusyjnie uwielbiam takie klimaty. Gdyby towarzystwo jeszcze mówiło w jidysz, to chyba bym ich z miejsca wyściskała, ale niestety raczą mówić wyłącznie po hiszpańsku.
  3. Buenos Aires ma najwięcej księgarni na świecie w przeliczeniu na jednego mieszkańca. (I są to księgarnie nie byle jakie. Na przykład: El Ateneo). Poza tym miłośnicy literatury na widok cienistych, zabazgranych uliczek w Palermo, San Telmo albo la Boca cieszą się jak małe zwierzęta, bo są to krajobrazy żywcem wyjęte z opowiadań Borgesa i Cortazara, „Gry w Klasy” (kto nie czytał, niech się wstydzi), o dziennikach Gombrowicza nie wspominając.
  4. Porteños mają zdrowy dystans do wszystkiego poza piłką nożną (tu akurat żartów nie ma), nie wyłączając słynnych Argentyńczyków. Można w miejscowych sklepach z pamiątkami zakupić pluszowego Papieża Franciszka (rodowitego porteño), Che Guevarę w formie wycinanki, albo zrobić sobie zdjęcie z sobowtórem Maradony w El Caminito.
  5. Mieszkają tu bez wątpienia najprzystojniejsi mężczyźni na świecie. Argentyńczycy to w 50% potomkowie imigrantów z Włoch, w 25% z Hiszpanii i 25% z reszty Europy, w tym Żydów z Polski. To się po prostu nie może nie udać.
  6. Buenos to jedna ze światowych stolic tatuażu. Wydziarane są pielęgniarki, kasjerki, kierowcy autobusów, urzędnicy na poczcie i lekarze. Nawet hollywoodzkie gwiazdy przyjeżdżają się tu pokolorować.
  7. Nie ma nic lepszego niż rozmowy z porteños o polityce. Jedni twierdzą, że dwanaście lat rządów Kirchnerów to katastrofa, i cieszą się, że ostatnie wybory wygrała prawica z Mauricio Macrim na czele. Inni, że to koniec, kaplica, tragedia, i wskazują na drastyczne podwyżki cen, rosnącą biedę i strach przed powrotem starej elity z czasów dyktatury. Jedni mówią, że peronizm to najgorsza zaraza, jaka kiedykolwiek spotkała Argentynę, a inni, że przeciwnie, nic lepszego nie wymyślono. Wnioskuję zatem, że jedno i drugie to gruba przesada, a musical Evita to jednak potworna, sentymentalna ściema.
  8. Z Argentyny wraca się o kilka kilo grubszym, i nic tu nie pomoże wegetarianizm. Bezdyskusyjnie najlepsze gelati na świecie są w Scannapieco, Jauja i Cadoré, a pizza w Las Cuartetas przegonila najlepszy włoski pierwowzór. Jak nie wierzycie, to sami sprawdźcie.

recoleta   madero

Zdjęcia tu.

 

mate

Argentyna: Mendoza – Córdoba

Pewnie się domyślacie, że tutaj obecnie panuje listopad.

Poza mżawką, wiatrem i dużą ilością gorącego mate, oznacza to dwie rzeczy:

Pierwsza: wydostanie się z Chile trwa cztery dni. Przejście graniczne Los Liberadores, położone bardzo wysoko w Andach, zostaje sparaliżowane przy pomocy śniegu na 72 godziny. Odgruzowane, szybko zostaje zablokowane po raz kolejny, tym razem przez zastępy Argentyńczyków, którzy jeżdżą do Santiago kupować elektronikę, meble, AGD i co tylko się da, ponieważ w Argentynie produkty luksusowe i z importu są absurdalnie wręcz drogie. Tym sposobem, ponieważ chilijska policja jest wyjątkowo bezlitosna, podróż do Mendozy trwa bite piętnaście godzin.

Druga: w Mendozie właśnie skończyło się winobranie, zatem spędziłam cztery dni na zupełnym gazie.

Argentyna, mimo tego, że kiedyś była jednym z najbogatszych państw świata, teraz ma gospodarkę postawioną na głowie do tego stopnia, że miejscowi są kompletnie wyluzowani na punkcie pieniędzy. Stopa inflacji obecnie wynosi 35% w skali roku, więc jakiekolwiek oszczędzanie jest zupełnie pozbawione sensu. Od czasu katastrofy gospodarczej w 2002 roku żyje się tu w przeświadczeniu, że w każdej chwili można stracić oszczędności, a pieniądze to tylko kupa papieru, którą najbezpieczniej jest trzymać w tapczanie, albo od razu zamienić na chilijską lodówkę lub dwie krowy. Kiedy zatem wreszcie w środku nocy dotarłam do Mendozy, znalezienie bankomatu, który raczyłby udostępnić mi jakąś gotówkę, zajęło mi kolejne dwie godziny, ponieważ wszystkie były kompletnie opróżnione. A kiedy dwa dni później na dworcu w Carlos Paz ktoś zajumał mi portfel, miejscowi wyjaśnili mi z właściwym sobie czarnym humorem, że przecież nic się nie stało, bo lokalna waluta i tak jest kompletnie bezwartościowa, i w razie czego zawsze mamy w domu dwa upasione kundle, z których można zrobić rosół.

Co by się nie działo, Argentyńczycy cieszą się życiem: palą jointy na przystanku autobusowym, piją mate i Fernet z Coca-Colą i objadają się włoskimi ciastkami. Jak dla mnie, to trochę przeginają z wołowiną – ulubionym sposobem spędzania niedzielnego popołudnia jest stanie z piwem w ręku dookoła paleniska z poćwiartowaną martwą krową (tzw. asado). Przeciętny Argentyńczyk rocznie zjada tyle wołowiny, ile sam waży, oraz twierdzi, że jedzenie kiełbasy na śniadanie, steków na obiad i żeberek na kolację nie jest niczym niezwykłym, ani broń Boże niezdrowym. W Mendozie z kolei hitem są wycieczki rowerowe od winnicy do winnicy, które u nas prawdopodobnie natychmiast zostałyby oprotestowane, bo po wizycie w dwóch bodegas nie ma na trasie do miasta ani jednego trzeźwego rowerzysty. Jeśli kiedyś tu zawitacie, polecam winnicę Carmelo Patti – właściciel, stary Sycylijczyk w tureckim sweterku, w pomieszczeniu wyglądającym jak osiedlowy garaż, sprzedaje rewelacyjne, jedenastoletnie Cabernet Sauvignon za 75 zł, oprowadza po piwnicach i twierdzi, że jego wino można pić tylko na siedząco i koniecznie w wolne popołudnie, bo inaczej jest niesmaczne. Dookoła pełno jest wielkich, komercyjnych, eksportowych bodegas, ale i tak wszyscy jeżdżą kupować wino do niego, gdzie nawet nie ma szyldu na drzwiach.

♪ ♫ ♬ Ale teraz – muszę jechać – do Buenos Aires! ♪ ♫ ♬

Zdjęcia tu.

13029471_10154764212778136_4888823803440040815_o

Chorillana

… czyli ulubione danie Chilijczyków w wersji wegetariańskiej. Bierzemy: cebulę pokrojoną w plasterki, 4 obrane ziemniaki, sól, paprykę, pieczarki, żółty ser, awokado. Na patelni podsmażamy cebulę, pokrojone pieczarki i paprykę, dodajemy szczyptę oregano. W międzyczasie kroimy ziemniaki i smażymy w oleju (= frytki). Usmażone kładziemy na talerzu i posypujemy warzywami, serem i świeżym awokado pokrojonym w kostkę. Możemy też dodać jajko sadzone, szczypiorek i kukurydzę.

konie

Chile: Rapa Nui

Jak to jest, mieszkać na środku Pacyfiku? Cztery godziny lotu od najbliższego lądu? Na wyspie wielkości Widzewa, której jedną piątą zajmuje lotnisko, a mieszkańców jest tyle, co w Mikołajkach?

guayaba    krater

Należało to sprawdzić: wsiąść do samolotu w Santiago i po pięciu godzinach nad wielką wodą gonić swój namiot dookoła kempingu (albowiem na Rapa Nui czego jak czego, ale wiatru akurat nie brakuje). Może dlatego nie ma tu drzew? Bo wszystkie wywiało do Nowej Zelandii?

anakena    krajobraz    wysepki

Jest na ten temat sporo różych teorii: co też się takiego wydarzyło na Wyspie Wielkanocnej, że kiedy dopłynęli tam Europejczycy pod koniec XVIII wieku, znaleźli garstkę wychudzonych tubylców na gołej ziemi i setki kamiennych posągów, porozwalanych po górkach i dołkach. Ta, która najbardziej do mnie przemawia mówi mniej więcej tyle: między 800 a 1200 rokiem pierwsi osadnicy przypłynęli tam z zachodniej Polinezji, wioząc ze sobą kury, szczury i nasiona. Znali się na nawigacji i musieli mieć całkiem niezłe łodzie, bo najbliższa wyspa, Pitcairn, jest ponad 2000 km na zachód, a Tahiti aż 4000 km. Mimo, że Rapa Nui jest mikroskopijna, podobno polinezyjscy żeglarze byli ją w stanie łatwo namierzyć z daleka, dzięki wędrownym ptakom i zmieniającym się nad lądem układem chmur. Zasiedlili wyspę, dzieląc ją między klanami na kilkanaście sektorów i stawiając nad brzegiem morza wielkie platformy (ahu), z kilkunastotonowymi figurami (moai), reprezentującymi (podobno) czcigodnych przodków. Nie bardzo wiadomo, jak to zrobili bez odpowiednich narzędzi, kół ani dźwigów, więc Daeniken z właściwym sobie rasizmem jak zwykle kombinuje, że to na pewno kosmici, a Thor Heyerdahl, że Indianie. W pewnym momencie jednak przeholowali z polowaniem i wycinką drzew i okazało się, że nie tylko nie bardzo jest co jeść i czym budować, ale również, co gorsza, nie ma dokąd uciekać. Skończyło się apokaliptycznym głodem, wojną domową oraz masowym niszczeniem moai (nie wiadomo, czy z zemsty, czy ze złości). Potem jeszcze Europejczycy dołożyli swoje trzy grosze w postaci chorób i wyzysku (a Peruwiańczycy wywieźli stamtąd mnóstwo ludzi, sprzedanych potem na targach niewolników), więc ostatecznie na wyspie zostało tylko kilkuset rdzennych mieszkańców, którym w dodatku nie wolno było wychodzić poza Hanga Roa aż do lat sześćdziesiątych.

ovahe    kwiatyczerwone

Nie wiem, co powiedział tamten koleś z siekierą trzy wieki temu, kiedy wycinał ostatnie drzewo na wyspie, ale założę się, że było tam coś o korniku, lewackim spisku, ekoterrorystach i gorszym sorcie Polinezyjczyków. Faktem jest, że dziś szczęśliwie drzewa na wyspie gdzieniegdzie są – przywiezione z Chile palmy, dzikie guayaby, fikusy i coś, co nie wiem, jak się nazywa, ale bardzo pięknie kwitnie na czerwono. Jak na miejsce kompletnej ekologicznej katastrofy, Wyspa Wielkanocna prezentuje się bardzo malowniczo: dzikie konie, plaże, trawiaste pagórki, porzucone wioski, wulkany i wszechobecne prehistoryczne kamienne kurniki.  Jak pisał Jared Diamond w „Upadku”, gdyby nie moai, Rapa Nui zostałoby zapamiętane przez resztę świata jako wyspa kamiennych kurników.

rybak    ovahe2

Co tam robić przez tydzień? Łazić i podziwiać. Jeździć stopem w tę i nazad, wspinać się na wulkany i oglądać zachody słońca. Ja do tego postanowiłam zafundować sobie mały survival i wybrać się na wycieczkę na ten kawałek wyspy, gdzie nie ma dróg, domów ani odrestaurowanych moai, za to są opuszczone wioski (a raczej pozostałe po nich krawężniki i obsceniczne petroglify), dzikie konie i krowie trupy. Przez sześć godzin marszu po kamorach minął mnie tylko jeden strażnik na koniu, i dopiero potem dowiedziałam się od tubylców, że „w tej części wyspy nikt nie mieszka, bo pełno tam duchów”.

tongariki    moairaraku

Nie wiem, żadna zjawa mnie nie goniła po łące, nawet kiedy lazłam ostatnie dwa kilometry po ćmoku, świecąc sobie komórką i potykając się o te nieszczęsne prehistoryczne kurniki. Ale nie tylko tam czujemy się jak ostatni człowiek na ziemi – w zasadzie kiedy tylko wyjdziemy z Hanga Roa (gdzie istnieje namiastka cywilizacji w postaci samochodów, poczty, bankomatu i paru knajp), możemy całymi godzinami dyrdać polami i lasami i nikogo nie spotkać. Mieszkańcy, zarówno rdzenni Rapa Nui i przyjezdni Chilijczycy zgodnie twierdzą, że na końcu świata żyje im się świetnie, może poza tym, że wszyscy tu o wszystkich wszystko wiedzą, jedzenie jest drogie, a internet przedpotopowy.

Zatem zachciało mi się więcej tego Pacyfiku i już kombinuję jak by tu kiedyś ogarnąć te wszystkie wypryski na oceanie za Australią (Fiji, Nauru, Tahihi), które ledwo jestem w stanie zlokalizować na mapie.

laka    stateczki

Zdjęcia tu.

15

Chile: Santiago – Valparaíso

Kiedy o szóstej rano krótkie trzęsienie ziemi wywaliło mnie z wyra, przypomniałam sobie, że właśnie dotarłam na centralny punkt Pacyficznego Pierścienia Ognia, gdzie w niektórych miejscach mniej więcej co tydzień trzeba złapać za kieliszki, żeby nie pospadały ze stołu, albo w środku nocy sama otwiera się szafa. Od czasu do czasu, tak jak na przykład sześć lat temu, zatelepie mocniej, co skutkuje tsunami i trzycyfrową liczbą ofiar. Zresztą, najsilniejsze zarejestrowane trzęsienie ziemi w historii było właśnie w Chile, w 1960 roku w Valdivia (9.5 stopnia w skali Richtera). W Valparaíso z kolei całe miasto jest obstawione znakami, dokąd uciekać w razie tsunami (ma się rozumieć, jak najdalej na górę). Miejscowi są do tego przyzwyczajeni: obsługa hostelu nawet się nie obudziła, kiedy 5.5 postawiło na równe nogi cały mój pokój.

Zawsze chciałam przyjechać do Chile. Po pierwsze dlatego, że Poema 20 Pablo Nerudy o miłości i przemijaniu (wersja angielska) do tej pory wyrecytuję obudzona w środku nocy, a na studiach chilijska dyktatura była moim ulubionym tematem przepychanek z prawicowcami. I może właśnie dlatego teraz, zamiast wina, górskich krajobrazów, papai i kawiarenek wszędzie w Santiago widzę dawne więzienia i obecne pomniki ofiar reżimu. Niestety, Kapuścińskiego nie można za młodu czytać bezkarnie. Lektura „Chrystusa z karabinem na ramieniu” kończy to się tak, że pobyt w stolicy spędzasz między cmentarzem a muzeum.

mural   krzyze

Historię pewnie znacie. 11 września 1973 to oficjalny początek czarnej dekady w Ameryce Południowej, kiedy w ramach sponsorowanej przez CIA operacji „Kondor”, chilijskie wojsko obaliło chwiejący się socjalistyczny rząd prezydenta Salvadora Allende (po trzech latach ekonomiczny ch tortur), wprowadzając zamordyzm na skalę wcześniej w Chile niespotykaną. Bezpośrednio po zamachu stanu, w którym zginął również prezydent, zabito lub „zniknięto” ponad 3000 osób, a w całym kraju powstały tajne więzienia, katownie i obozy tortur, przez które w sumie przewinęło się prawie 40 000 ludzi. Ponad 200 000 wyjechało z kraju, w obawie przed represjami. Prawdopodobnie najsłynniejszą ofiarą junty został Víctor Jara (piosenkarz, poeta, komunista), publicznie zakatowany na Stadionie Narodowym trzy dni po zamachu stanu, o czym opowiada jego ostatni wiersz, cudem przemycony w czyjejś kieszeni. Kilka dni potem na raka umarł też Pablo Neruda (poeta, ambasador, noblista), a jego pogrzeb stał się gigantyczną manifestacją przeciwko reżimowi. Po drugiej stronie barykady, kiedy wojskowe samoloty zrzucały bomby na pałac prezydencki, bogatsza część chilijskich konserwatystów odkorkowywała szampana i organizowała uliczne fiesty na cześć nowej władzy, która wkrótce zakazała partii politycznych, wprowadziła stan wyjątkowy, godzinę policyjną oraz DINA – tajną policję polityczną.

13041087_10154764205848136_1235765752965677010_o   desaparecidos

Generał Augusto Pinochet Ugarte rządził aż do 1989 roku, kiedy junta przegrała referendum, które w założeniu miało utrzymać jej władzę na kolejne osiem lat (jest o tym film). Umarł 10 lat temu, zabierając do grobu kilkaset różnych oskarżeń, od  łamania praw człowieka po gigantyczne malwersacje finansowe. W kolejnych, demokratycznych już wyborach wygrał świętej pamięci Patricio Aylwin (umarł cztery dni temu), którego Komisja Prawdy i Pojednania jako pierwsza ujawniła skalę zbrodni popełnionych przez juntę (pełne opracowanie, Raport Valecha, ukazało się dopiero w 2004). Dzisiaj Chile rządzi socjalistka, córka jednej z ofiar reżimu, Michelle Bachelet, a kraj jest prawdopodobniej najlepiej rozwiniętym kawałkiem Ameryki Południowej, mimo że index Gini jest tu taki jak w Boliwii. Z jednej strony gigantyczne zyski z eksportu miedzi i wina, autostrady, porty, wymuskane budynki i turystyka, a z drugiej wciąż obecne rozległe dzielnice nędzy, i wyjątkowo ostry podział na tych, co studiują, podróżują, balują i mają na lekarza oraz na tych, co siedzą cały dzień między bezdomnymi psami przed supermarketem i sprzedają za grosze domowej roboty naleśniki, żeby zarobić na horrendalnie wysoki czynsz.

45    12

Niemniej jednak z miejsca czujemy się jak w Europie, bo kiedy idziemy przejściem dla pieszych, nikt na nas nie trąbi i nam nie złorzeczy, próbując nas rozjechać (jak w Peru), nigdzie nie kupimy suszonych owczych płodów (jak w Boliwii), na stacjach metra są świetnie wyposażone, publiczne biblioteki, a słowo „gringo” zasadniczo wychodzi z mody. Do tego jest zimno, liście lecą, a na rynku w Valparaíso kupimy świeżą, jesienną dynię.

26   35

Valparaíso, do którego wzdychają wszyscy backpackerzy (łącznie ze mną), bo wzgórza, bo wino, bo ocean, bo koty, bo kolorowe domki i wszechobecne graffiti. Prawdopodobnie większość z was zapragnęłaby tu zamieszkać, bo Valparaíso to takie skrzyżowanie Łodzi (bohema, menelnia, rozwalone budynki, street art) z Santorini (górki, domki, woda, zachody słońca, pomarańcze), i cały czas masz wrażenie, że to jakaś lekko przybrudzona chagallowska sielanka. Zdaje mi się, że właśnie po to zachrzaniałam tu aż z Meksyku: żeby potem w jakieś słoneczne, jesienne popołudnie siedzieć z izraelskim hipisem na kolorowych schodach dwie przecznice od Pablo Nerudy, pić wino, zbierać kasztany i patrzeć na sterty niemieckich kontenerów w porcie na dole; jeździć rozklekotanymi ulicznymi windami, fotografować grube, rude koty na gzymsach, dachach i okiennicach, czytać sentymentalne wiersze, oglądać głupie seriale i wspinać się po rynnie na pierwsze piętro, bo akurat nam odbiło. W dzień robisz śniadanie innym backpackerom, jeździsz na szmacie i grabisz liście w ogrodzie (wolontariat, proszę państwa), a wieczorem włazisz na murek przy Ascensor Espíritu Santo, żeby przez godzinę gapić się na zatokę, i na wielki, żółty księżyc nad miastem. Właściwie nie może już być lepiej, bo by straciło na wiargodności.

32    44

Ale dosyć tego dobrego, trza się pożegnać z Valparaíso, hipisami, backpackerami, kotami i portowym syfem i polecieć na sam środek Pacyfiku. Jutro.

Zdjęcia tu i tam.

atacama

Chile: San Pedro de Atacama

Po przejechaniu na chilijską stronę granicy od razu zaczyna się asfalt, pobocze, znaki drogowe, wymuskane ulice oraz ceny powiększone o jedno zero. San Pedro to mała, zakurzona, gliniana mieścina w oazie na środku pustyni, pełna hipisów, drogich restauracji i bezpańskich, ale wyjątkowo dobrze odkarmionych psów. Kierowca wiozący mnie od granicy do hostelu postanowił zafundować mi szybki kurs przetrwania w San Pedro:

„Tu masz aptekę. Kup sobie syrop z awokado, bo się zakaszlesz na śmierć. Tu, w tych barakach, jest tanie jedzenie, zjesz obiad za 3000 pesos. A tu mieszka Ziutek. Zuitek ma najlepszą marihuanę w mieście. Chcesz pojechać do obserwatorium?”

Są dwa powody, żeby przyjechać do San Pedro: solne góry na pustyni i obserwatorium ALMA. Marsjański krajobraz: czerwone wydmy, kamory, sól, kolorowe laguny, plus kilka dymiących wulkanów na horyzoncie (w całym Chile jest ich aż 137. Nieźle, prawda?) znajdziemy też w Boliwii, ale tylko na pustyni Atacama są tak rewelacyjne warunki do oglądania kosmosu. Stały wiatr znad Pacyfiku, bezchmurne niebo, położony na 5000 m płaskowyż, żadnych dużych miast w pobliżu – więc nawet jeśli nie wybierzemy się do ALMA, to nawet w San Pedro, gołym okiem, zobaczymy całą Drogę Mleczną. A jeśli pojedziemy na „stargazing tour” na pustynię, to dostaniemy wino, teleskop i zajrzymy Jowiszowi między księżyce.

Niby mogłabym sobie poleżeć na wydmie, pijąc wino i jedząc lody z drzewa karobowego albo z kaktusa. Ale miałam ochotę na trochę chilijskiej martyrologii, więc wybrałam się do Santiago (o czym jutro).

Zdjęcia tu.